Witam Was Robaczki! :3
Przed wami kolejny rozdział, mam nadzieję, że nie jest tak okropny jak mi się wydaje. Nie chciałam go dzisiaj dodawać, ale dokończyłam go wczoraj w nocy (niech mi ktoś następnym razem przypomni, że nie mogę pić w ogóle kawy) i tak jakoś... Postanowiłam go dzisiaj wrzucić jednak.
Poza tym znalazłam słodkiego one shota z Brencerem, którego właśnie tłumaczę, mam nadzieję, ze wam się spodoba. Wkrótce go wam pokażę.
A tak w ogóle to Merry Easter, bo już sama nie wiem czy to Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Mam nadzieję, że wszyscy jesteście najedzeni do syta, szczęśliwi i z szerokimi uśmiechami spędzacie dzisiejszy dzień z rodziną :)
Nie przeciągam już,
Indżoj!
***************
W Londynie postanowili zabawić chwilę dłużej. Na pewno dłużej
niż dwa dni, jak w Nowym Jorku. Od momentu ich małej przygody na
London Eye, Blair i Brendon przechodzili samych siebie, czego
chwilami Spencer nie mógł znieść. Rzucali do siebie dwuznaczne
teksty i stroili dzikie miny. Do tego gdy tylko zostawali sami nawet
na mniej niż minutę, Smith mógł być pewien, że zastanie ich
przyklejonych do siebie. I wcale mu to nie przeszkadzało, cieszył
się szczęściem przyjaciela, jednak uczucie bycia piątym kołem u
wozu nieco mu doskwierało. Nie mówiąc o wielu niezręcznych
sytuacjach, jednak chyba tylko Spencer to tak odbierał.
- Jesteśmy tutaj dopiero drugi dzień, a pokój wygląda jak chlew –
jęknął Spencer, kopiąc w puste opakowanie po chipsach, które
walało się po dywanie, rozsypując wszędzie okruchy.
- Na mnie nie patrz! - Brendon uniósł ręce w obronnym geście i
znacząco popatrzył na Blair. Spencer zerknął na nią z
niedowierzaniem. Nigdy by nie przypuszczał, że przyjdzie mu
zmierzyć się z parą bałaganiarzy. Swoją drogą Blair i Brendona
łączyło dużo więcej, niż tak samo rozpoczynające się imię.
Pewnie dlatego kiedy stali obok siebie i przybierali podobne miny,
wyglądali jak partnerzy... w zbrodni.
- Podobno bałaganiary są dobrymi kochankami – Blair puściła
oczko Spencerowi i uśmiechnęła się szeroko, widząc jego
zmieszanie. Zdążyła zauważyć, że był bardziej grzeczny niż
Brendon, który potrafił wychwycić podtekst w co drugim zdaniu.
- Moim zdaniem dobre kochanki są bałaganiarami – wtrącił
Brendon, uśmiechając się równie szeroko co dziewczyna, a Spencer
aż otworzył usta. Przez chwilę patrzył oniemiały na nich, a po
chwili machnął ręką i wstał.
- Wychodzę do sklepu. Nie mogę z wami wytrzymać! – powiedział
niby-oburzony, ale jednak się uśmiechał – Ktoś coś chce?
- Banana – Brendon wzruszył ramionami. Właściwie najadł się
watą cukrową, którą rano kupiła Blair „na śniadanie” i jego
żołądek pewnie nie przyjąłby większej ilości pokarmu, ale
chciał sprawić przyjemność Spencerowi, wiedząc że ten się
poważnie martwi, gdy chłopak nie je. Spencer przytaknął,
zapisując zamówienie w głowie i przeniósł wzrok na Blair.
- Lody – mruknęła, po krótkim zastanowieniu, a Brendonowi
rozbłysły oczy. Tak, lody były dobrym pomysłem! - Nawet nie myśl,
że się z tobą podzielę – zaznaczyła od razu. Brendon zrobił
minę zbitego szczeniaczka, ale w kąciku jego ust czaił się
przebiegły uśmieszek.
- Odmówisz mi, umierającemu, być może ostatniego loda w
życiu? - teraz chłopak wyglądał już jak mały diabełek. Blair
pokręciła głową rozbawiona, a po chwili usłyszeli trzask drzwi.
- Gorzej niż dzieci – dobiegł ich jeszcze głos Spencera na
korytarzu i oboje wybuchnęli śmiechem.
Na chwilę zapadła cisza. Kiedy byli sami, bardziej niż w
towarzystwie Spencera, dawało się wyczuć między nimi jakieś
napięcie, którego żadne z nich nie potrafiło wyjaśnić.
Właściwie nie określili tego co było między nimi i żadne z nich
jakoś nie rwało się do wykonania kroku w tym kierunku. To nie tak,
że nie chcieli. Po prostu bali się. Brendon wiedział, że nie
czeka ich żadna przyszłość i nawet nie myślał o tym, co ich
łączy, w żadnych perspektywach. Zaś Blair naprawdę się bała
przywiązywać do bruneta. Chociaż wciąż ciężko było jej
uwierzyć, że za niedługo już go nie będzie, gdzieś z tyłu
głowy kołatała się jej myśl o tym, że to nie ma sensu.
- Brendon... - mruczy cicho Blair i siada obok niego na niewielkiej
kanapie, która znajduje się w pokoju. Chłopak od razu splata ich
palce razem, jakby robił to od zawsze, a ona opiera głowę na jego
ramieniu. - Wiesz... Może wypadałoby... pogadać czy coś?
Serce Brendona na chwilę przestaje bić, bo to jest właśnie to,
czego się obawiał. Prostuje się i puszcza jej rękę, splatając
tym razem tylko swoje dłonie razem.
- O czym chcesz pogadać? - pyta jeszcze z nadzieją, że chodzi o
jakąś błahostkę, coś innego niż to. Jaka szkoda, że się
myli i to jest jednak to, czego się obawia.
- No wiesz... O nas? - Blair mówi cicho, troszkę drżącym głosem,
jakby bała się. W tym momencie serce Brendona ściska się boleśnie
i chłopak zamyka oczy. Jak ma jej powiedzieć, że żadne „nas”
nie ma sensu i nie powinno mieć miejsca? Za chwilę go nie będzie,
a ona zostanie tutaj, być może z jakimiś nadziejami i planami i
złamanym sercem. Ta myśl sprawia, że w gardle Brendona
rośnie gula, a pod jego powiekami robi się nieznośnie mokro. Wcale
nie chce płakać, nie przy Blair. Przy nikim. Woli udawać, że jest
z tym wszystkim pogodzony i wcale nie ma ochoty wykrzyczeć Bogu, w
którego już od dawna nie wierzy, jak bardzo jest niesprawiedliwy i
że powinien się pieprzyć z tym swoim Boskim Planem, którego nikt
nie rozumie.
Przełyka żal i nagły przypływ rozpaczy i lekko szklistymi oczami
patrzy na Blair, która wygląda podobnie jak on, tylko gorzej to
ukrywa.
- Blair... - westchnął, wodząc wzrokiem po jej twarzy, nie mogąc
się zdobyć na to, by spojrzeć jej w oczy. To by mogło go złamać
i mógłby się zgodzić na wszystko co tylko by powiedziała.
- OK. W porządku. Rozumiem – powiedziała sucho, wstając z
kanapy. Była głupia myśląc, że może Brendon chce czegoś
więcej, poza wygłupami i przytulankami. Naprawdę rozumiała jego
chęć zapomnienia i rzucenia się w jakiś wir przyjemności i
zabawy. Co nie zmienia faktu, że trochę bolał ją fakt, że ona
jednak chciała więcej.
Podeszła do okna i objęła się ramionami, żeby dodać sobie
otuchy. Nie mogła być na niego zła i nie chciała by widział, że
jej zależy bardziej niż jemu. Wzdrygnęła się, gdy poczuła jego
ciepły oddech na szyi i ramiona, które ją objęły. Jej oddech
przyspieszył i serce zaczęło się tłuc w klatce piersiowej, kiedy
ją przytulił. Wiedziała już, że wpadła po uszy, jak śliwka w
kompot i chyba za późno na przekonywanie samej siebie, żeby
zapomnieć, jednak wciąż mogła udawać przed nim. No chyba, że
poczuje jak jej serce świruje kiedy tylko jej dotyka.
Och...
Kiedy jego ciepłe usta musnęły odsłoniętą skórę na jej
ramieniu, wzdrygnęła się, a na całym jej ciele pojawiła się
gęsia skórka. Chłopak stał tak chwilę za nią, przytulając ją
do swojej klatki piersiowej i przyciskając usta do jej gładkiej
skóry. Pomyślał w tym momencie, że mógłby do końca życia
trzymać ją w ramionach i pewnie by mu się nie znudziło. Szkoda,
że nie miał na to więcej czasu.
- Wiesz, że to nie ma najmniejszego sensu? - wyszeptał, jednak
wbrew swoim słowom, wciąż ciasno ją obejmował. Blair pokiwała
głową na znak, że rozumie i odwróciła się do niego przodem.
Spojrzała mu w oczy, które były naprawdę smutne. Dlaczego musieli
się spotkać w takich okolicznościach? Życie było cholernie
niesprawiedliwe.
Pogładziła jego policzek i uśmiechnęła się, nieśmiało unosząc
kąciki ust. Z tej odległości widziała dokładnie jego piegi i
każdy pieprzyk. Prześledziła wzrokiem kształt jego brwi, nosa i
ust. Palcami zaznaczyła kształt jego szczęki, zatrzymując się na
brodzie i dopiero wtedy złożyła miękki pocałunek na jego ustach.
- I wiesz, że nie możesz się do mnie przywiązać? - powiedział
jeszcze, zanim znów się pocałowali. Blair znów pokiwała głową,
nie przerywając pocałunku.
Wszystko działo się powoli, zupełnie jakby na tę chwilę świat
zaczął się obracać wolniej niż zwykle, dając im więcej czasu
na poznanie siebie.
***
- Zróbmy coś głupiego – powiedział Brendon, kiedy następnego
ranka siedzieli w hotelowym pokoju i oglądali jakiś brytyjski
serial, który akurat leciał. Spencer spojrzał z powątpiewaniem na
swojego przyjaciela. Cała ta podróż była naprawdę głupia, a
większość rzeczy, które robili, była pozbawiona najmniejszego
sensu. Nie mieli planu więc działali praktycznie na oślep, chociaż
gdyby wcześniej zaplanowali co i jak powinno się odbyć, zapewne
zrobiliby to wszystko z 10 razy bardziej efektywnie.
- Na przykład? - mruknęła Blair. Wciąż była nieco zaspana. Nie
była rannym ptaszkiem. Spencer z racji swojego zawodu był
przyzwyczajony do wczesnego wstawania i budził się około 6.00
nawet bez budzika. Brendon zaś mówił, że nie chce tracić czasu
na spanie i wyśpi się potem.
- Och, no nie wiem... - zamyślił się brunet. Właściwie nie miał
żadnego pomysłu. Pogoda była dość marna, chociaż było lato.
Nie było tutaj zbyt gorąco, a słońce przez większość dnia
zamiast ładnie świecić i ogrzewać świat, wyglądało tylko
nieśmiało zza chmur. - Chodźmy na miasto, coś się wymyśli.
Podniósł się z łóżka i zaczął przegrzebywać swoją torbę w
poszukiwaniu czegoś nadającego się do wyjścia. Zauważył, że
ludzie tutaj potrafią wyjść na zewnątrz na przykład w piżamie i
kaloszach, ale on jednak nie był aż tak liberalny jeśli chodzi o
strój. Wybrał sobie czarne jeansy z rozdarciem na kolanie, trampki
i zwykły, czarny t-shirt. Nie specjalnie przejmując się tym, że
Blair patrzy na niego zamiast w telewizor, zaczął się przebierać.
- Nie gap się – burknął tylko, bo teraz nie czuł się dobrze we
własnej skórze. Wystające kości doprowadzały go do szału i
oddałby wszystko, byleby nabrać choć troszkę masy, która nieco
ukryłaby jego szkielet.
Na koniec naciągnął na głowę luźną, szarą czapkę, a na nos
założył okulary, typowe kujonki z czarnymi oprawkami. Zadowolony z
efektu spojrzał najpierw na Blair, a potem na Spencera. Oboje nie
ruszyli się nawet z miejsca. Blair wciąż była w białej bokserce
i różowych spodenkach, czyli w swojej piżamie, którą Brendon
zdążył już znielubić, bo była zbyt obcisła, i doskonale
niczego nie ukrywała. A Spencer siedział w fotelu z gazetą, nadal
owinięty bordowym szlafrokiem.
- Mam iść sam? - założył ręce na piersi, wiedząc, że jeśli
któreś z nich nie zgodzi się z nim pójść, zostanie zmuszony do
zostania w hotelu, a tego wcale nie chciał.
- Będzie padać. Weź sobie jakąś bluzę – powiedział Spencer,
nie odrywając wzroku od artykułu, który właśnie pochłaniał
jego całą uwagę. Nie chciało mu się nigdzie wychodzić. Wolałby
zostać i jakoś spędzić czas w hotelu, niż włóczyć się po
zatłoczonych ulicach Londynu, kiedy w każdej chwili może spaść
deszcz.
Brendon prychnął i popatrzył wyczekująco na Blair, która leżała
wyciągnięta niczym kotka i wlepiała wzrok w telewizor. Jego wzrok
odruchowo prześlizgnął się po jej ciele i po raz kolejny
przekonał się, jak bardzo idealna była i jak bardzo chciałby mieć
ją tylko dla siebie.
- Blair... - jęknął, robiąc minę zbitego psa. Ale dziewczyna
nawet na niego nie spojrzała. - Pójdziemy na lody!
Wiedział, że to był ulubiony deser czerwonowłosej, dlatego kiedy
spojrzała na niego, wyraźnie rozdarta między słodkim lenistwem, a
perspektywą pysznych lodów, uśmiechnął się zachęcająco.
- Wyglądasz jak hipster – powiedziała, ale podniosła się z
łóżka i przeciągnęła. Jej koszulka nieco się uniosła,
odsłaniając jeszcze więcej gładkiej skóry dziewczyny i Brendon
westchnął żałośnie, mając ochotę strzelić typowego
facepalm'a. Blair spojrzała na niego, zaskoczona jego zbolałym
wyrazem twarzy.
- Weź, okryj się jakoś niewiasto... - powiedział, starając się
patrzeć jej na twarz. Blair tylko się roześmiała i podeszła do
niego, lekko kołysząc biodrami. Spencer uśmiechnął się pod
nosem, jednak wciąż nie oderwał wzroku od gazety. Shepherd
przerzuciła ręce przez barki Brendona i uśmiechnęła się,
przytulając się do niego. Ręce Brendona odruchowo ją objęły,
znajdując idealne miejsce na jej lędźwiach, jednak chłopak
wiedział, że nie może jej obłapiać, bo może mu się za to
oberwać. Jaka w tym była sprawiedliwość? Blair kusiła go prawie
na każdym kroku, a on nie mógł nic z tym zrobić. Cóż, sam był
sobie winien, to on nie chciał z nią żadnego typu związku.
Blair skorzystała z tego, że była niższa od Brendona i oparła
czoło na jego ramieniu, tym samym dyskretnie wdychając jego zapach.
Był ciepły, miękki i ładnie pachniał, co sprawiało, że miała
ochotę go ciągle przytulać i nie wypuszczać już nigdy z ramion.
- Daj mi 15 minut – mruknęła i po chwili zniknęła w łazience.
Brendon opadł na materac i położył się, kładąc sobie ręce na
brzuchu. Westchnął, wpatrując się w sufit. A może ten
nieistniejący Bóg chciał żeby spotkał Blair i żeby w końcu się
w kimś zakochał?
Nie było do końca tak, że nie miał nigdy nikogo. Miał, ale nigdy
chyba nie był zakochany. Czuł przywiązanie, troskę, radość i
sympatię. Ale nie miał nigdy motyli w brzuchu. Kiedyś rozmawiał o
tym ze Spencerem i razem ustalili, że ma to jakiś związek z
dzieciństwem Brendona. Nie miał wystarczającej ilości miłości w
domu i dlatego potem nie potrafił się do nikogo zbytnio przywiązać.
Nie wspominając nawet o zaufaniu czy wysokim poczuciu wartości.
Zazwyczaj siebie obwiniał o wszystkie nieudane związki, chociaż
wszystkie jego partnerki tak naprawdę nie były uczciwe. Ale Spencer
nie potrafił do niego często wystarczająco dotrzeć, by mu to
wyjaśnić.
- Coś się zmieniło – cichy głos Spencera wyrwał Brendona z
zamyślenia. Brunet spojrzał na przyjaciela nierozumiejącym
wzrokiem, żądając tym samym wyjaśnienia. - Z Blair – dodał.
- Och... Może – Brendon podniósł się i usiadł po turecku,
opierając łokcie na kolanach. - Rozmawialiśmy.
- I? - Spencer wiedział, że żeby wyciągnąć coś z Brendona,
trzeba włożyć w to trochę wysiłku. Przede wszystkim liczyły się
konkretne pytania, bo na ogólne dostawało się wymijające
odpowiedzi.
- I... Jest inaczej!
- Brendon – westchnął Smith, nieco się prostując. - Wiesz co
mam na myśli. Co się zmieniło? Co takiego jej powiedziałeś?
- Zachowujesz się jakbyś był psychologiem czy innym psychiatrą –
burknął Brendon i z powrotem opadł na materac, przyjmując
poprzednią pozę. Spencer zdusił w sobie przeciągłe warknięcie z
irytacji. To nie jest dobra pora na kłótnie.
- Jestem twoim przyjacielem. Chyba możesz mi powiedzieć,
nie?
- Cóż... Chciała wiedzieć co jest między nami. Chciała to jakoś
nazwać... - Brendon spojrzał niepewnie w kierunku łazienki, jednak
drzwi wciąż pozostawały zamknięte i słychać było szum wody. -
I tak jakby... Tak jakby powiedziałem jej że to nie ma sensu.
Spencerowi opadła szczęka aż do podłogi i pozbieranie jej stamtąd
zajęło mu dość chwilę. A kiedy już to zrobił, popatrzył na
przyjaciela z niedowierzaniem i mieszaniną litości.
- Brendon, debilu... - jęknął, przykładając rękę do czoła.
Brendon, nie spodziewając się takiej reakcji, spojrzał na niego
spod zmarszczonych brwi.
- Co?
- Chciała z tobą chodzić, a ty jej odmówiłeś? Serio? Ile ty
masz lat?
- 26 – odpowiedział, zgodnie z prawdą. Znów wydało mu się to i
dużo i mało. Dużo, jak na bycie młodym. Mało, jak na koniec
życia.
- Brendon! - jęknął po raz kolejny Spencer, zastanawiając się,
co i kiedy wyżarło mózg jego przyjacielowi. To na bank ta trawka,
którą popalał. Albo za dużo alkoholu. Musiało być jakieś
wytłumaczenie głupoty Brendona.
- Przestań mi tu brendonować i stękać, jakbyś... No nieważne co
– uciął, widząc minę Spencera. - O co ci chodzi?
- Jesteś tak głupi z natury czy ktoś ci płaci? - sarknął Smith
i wrócił do czytania gazety. Ciekawe jak on by się czuł gdyby go
ktoś tak bezczelnie olał, a potem kazał ze sobą biegać po
mieście, pomyślał.
- Czyli nie dowiem się?
- Brendon... - zaczął Spencer, robiąc krótką pauzę. - Chciała,
żebyś jej tylko powiedział, że ci zależy. Przecież ona wie,
że... - ...umrzesz. To słowo nie chciało przejść
Spencerowi przez gardło, dlatego potrząsnął tylko głową,
próbując jakoś sensownie złożyć zdanie. - Ona wszystko rozumie,
a mimo to chciała móc się potrzymać za rękę i robić te
wszystkie urocze rzeczy, które robią dziewczyny ze swoimi
chłopakami. A ty jej nie pozwoliłeś. Co ci szkodzi?
- Urocze rzeczy? - Brendon uniósł jedną brew, ironicznie się
uśmiechając. - Urocze?
- Zmieniasz temat – ostrzegł Spencer, rumieniąc się nieco.
- W porządku – Brendon wzruszył ramionami i wyciągnął z
kieszeni telefon. Zakończył rozmowę, chociaż według Spencera nie
byli nawet blisko końca.
- „W porządku”?
- Skoro mamy twoje błogosławieństwo, to spoko. Będziemy robić te
wszystkie urocze rzeczy – odpowiedział Brendon, nawet nie patrząc
na przyjaciela, który był co najmniej zdziwiony. Nie nadążał za
nim, nie rozumiał jego toku myślenia i nie potrafił przedrzeć się
przez jego skomplikowany sposób rozwiązywania problemów, który
rzekomo był jednym z najprostszych. Po chwili z łazienki wyszła
Blair, ubrana i ze swoją charakterystyczną kreską na powiece.
Brendon od razu podniósł się z łóżka i rzucił ostatnie
spojrzenie Spencerowi.
- No to idziemy!
Po chwili spaceru znaleźli się pod jakąś uroczą kawiarnią. Na
brązowym szyldzie, złotymi ozdobnymi literami była napisana jej
nazwa: Harmony.
Brendon złapał Blair za rękę i wciągnął ją do środka, na co
dziewczyna pisnęła cicho zaskoczona. W środku było całkiem
przytulnie. Pod dużym oknem stały półokrągłe, czerwone kanapy z
kolorowymi poduszkami, a przy nich niskie, czarne stoliki. Resztę
miejsca zajmowały małe stoliki, porozrzucane po całym lokalu.
Naprzeciw wejścia znajdowała się solidna, drewniana lada, a obok
lodówka z kubełkami lodów. Stała tam kobieta w średnim wieku i
na widok przybyłych klientów, uśmiechnęła się szeroko. Brendon
odwzajemnił jej uśmiech i wciąż trzymając Blair za rękę,
zaprowadził ją na kanapę w rogu. Poza nimi był tutaj jeszcze
jakiś student, który popijał coś z filiżanki i zawzięcie stukał
w klawisze swojego małego laptopa, oraz jakaś para w drugim kącie,
która rozmawiała ściszonymi głosami, bardzo blisko siebie.
Kobieta do nich podeszła i wręczyła im menu, obite w brązową
skórę. Brendon jej podziękował i zniknęła. Blair rozglądała
się jeszcze przez chwilę po kawiarni. Na ścianach było dużo
małych obrazków, przedstawiających charakterystyczne miejsca,
budowle albo rzeczy z różnych zakątków świata. I tak między
innymi zobaczyła Statuę Wolności, Krzywą Wieżę z Pizy i Wieżę
Eiffel'a. Do tego na pod sufitem były porozwieszane białe lampki,
które tylko nadawały przytulności temu miejscu.
- Gorąca czekolada i lody pistacjowe... - powiedział rozmarzonym
głosem Urie, a dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
- Gorąca czekolada i zimne lody? - zapytała
niepewnie, krzywiąc się na samą myśl. Samo wspomnienie wywołało
u niej krótki, aczkolwiek dokuczliwy ból zębów.
- Zdecydowanie! - powiedział Brendon, zupełnie się nie przejmując
tym, że wielu ludzi uznałoby go za masochistę. - A ty co chcesz?
- Lody straciatella i cytrynowe.
Po chwili kobieta, Anne – tak głosiła plakietka przypięta na jej
piersi, przyjęła ich zamówienie i niedługo potem mogli się
rozkoszować smakołykami. Nie mówili dużo, zbyt zajęci
pochłanianiem naprawdę smacznych deserów. Brendon uwielbiał lody,
chociaż mógłby wymienić kilka bardziej ekscytujących deserów.
Blair kochała lody ponad wszystko, dlatego rozpływała się wraz z
nimi za każdym razem, gdy łyżeczka pełna zimnego smakołyku
lądowała w jej ustach.
- Rozmawiałem ze Spencerem – mruknął Brendon, upijając łyk
parującego napoju i krzywiąc się, gdy poczuł znaczną różnicę
temperatur w swoich ustach. Blair spojrzała na niego zaciekawiona.
Bo o czym takim mógł rozmawiać ze Spencerem, że ona musiała to
wiedzieć?
- O czym?
- O nas – powiedział, wzruszając ramionami i serce Blair na
chwilę stanęło. Jednak szybko się opanowała, bo „o nas”
mogło znaczyć „Brendon i Spencer”, a nie „Blair i Brendon”.
- O... was? - zapytała niepewnie, a Brendon swoim komicznym
zwyczajem spojrzał na nią z udawanym oburzeniem, a następnie
teatralnie przewrócił oczami.
- Nie o nas, tylko o nas! - obruszył się, ale Blair nadal wydawała
się nieprzekonana co do znaczenia słów Brendona. - O tobie i o
mnie? - podpowiedział. Mógł teraz obserwować jak z twarzy
czerwonowłosej odpływa cała krew. Rumieńce z jej policzków
zniknęły i dziewczyna siedziała wyprostowana i sztywna jak kij od
miotły, a w jej głowie kołatało się tylko kurwakurwakurwa,
bo serio. Rozmawiali o nich? I...co teraz? Spanikowała.
Pokiwała tylko głową, wiedząc że gdyby spróbowała się
odezwać, powiedziałaby coś dziwnego, albo załamałby się jej
głos.
- No więc przemyślałem to... o czym rozmawialiśmy – kontynuował
Brendon, jakby nie widział zdenerwowania Blair. Może faktycznie go
nie dostrzegł, bo mimo pozornego spokoju sam się denerwował,
czując się jakby znów był w liceum i próbował umówić się z
dziewczyną, wiedząc, że wcale nie ma szans i zaraz dostanie
takiego kosza, po którym być może się nie pozbiera.
- Blair... Wiesz, nie mam czasu... Zbyt wiele czasu, żeby móc
popełniać błędy. Przepraszam, że wcześniej cię olałem.
Naprawdę cię lubię, ty mnie też, prawda?
Blair nie odpowiedziała, wpatrując się tylko w niego, co sprawiło,
że jego dłonie stały się nieznośnie mokre. Przełknął nerwowo,
nie bardzo wiedząc co to wszystko znaczy. Przygryzł dolną wargę,
wyglądając przy tym tak cholernie dobrze, że Blair miała ochotę
mu krzyknąć, że oczywiście, rozumie, powinni w tej chwili iść
do ich pokoju, wyrzucić Spencera i to jakoś uczcić. Ale
resztkami silnej woli powstrzymała te dziwne uczucie. Brendon miał
szansę załatwić to bez problemu za pierwszym razem. Byliby teraz
parą i nie musiałby się stresować. Ale nie pozwolił na to i
teraz powinien się postarać. Powinien to zrobić jak należy i
Blair była ciekawa, czy chłopak zrozumie, że ona chce, żeby
powiedział to co się powinno mówić w takich momentach, chociażby
to miało być głupie „będziesz moją dziewczyną?”.
- Blair, powiedz coś – jęknął, nieco zażenowany całą tą
sytuacją. Zabrał ją na lody do jakiejś uroczej kawiarni, wygłosił
całą tę mowę, a ona po prostu się patrzy i doprowadza go tym do
szaleństwa. Brendon lubił jasne sytuacje, takie zwodzenie tylko go
dobijało.
- Nie bardzo wiem czego ode mnie oczekujesz? - sama zdziwiła się
tonem swojego głosu. Powiedziała to tak, jakby załatwiała jakąś
sprawę na poczcie, a nie mówiła o ewentualnych uczuciach.
- Może jakiegoś romantycznego zakończenia? W sensie wiesz, rzucasz
mi się na szyję czy coś i całujesz, a potem... No potem to byśmy
zobaczyli co i jak – Brendon uśmiechnął się szeroko, jak zwykle
błaznując, jednak był tak naprawdę wciąż zdenerwowany. Blair
pokręciła głową i spuściła wzrok na pucharek, w którym były
resztki lodów, które już zdążyły się dawno rozpuścić. -
Blaaaaair...
Podnoszenie na niego wzroku było chyba błędem, bo gdy tylko na
niego spojrzała, jej serce momentalnie zmiękło. Sama nie wiedziała
czemu go tym męczyła. A widząc go teraz takiego denerwowanego i
niepewnego czuła wyrzuty sumienia. Brendon był Brendonem, raczej
się już nie zmieni, nie powinna od niego oczekiwać za dużo,
wiedząc że chłopak nie będzie miał już okazji by się poprawić.
Westchnęła ciężko, patrząc mu w oczy i przeklinając w duchu.
- Zrobisz to tak jak należy albo możesz pomarzyć – powiedziała
w końcu, siląc się na surowy ton, ale zdradzał ją uśmiech.
Przepadła, doskonale o tym wiedziała. Jak mogłaby mu odmówić?
Urie popatrzył na nią nieco zdezorientowany, nie wiedząc o co jej
chodzi, a czerwonowłosa przewróciła teatralnie oczami.
- Wiesz, wypada zadać jakieś pytanie, prawda? Tak właściwie to
nie powiedziałeś niczego konkretnego – podpowiedziała,
obserwując jak Brendon się rumieni, ale jego oczy się rozjaśniają
w przypływie zrozumienia. Pokiwał głową i poprawił okulary,
przesuwając je wyżej na nosie. Wyprostował się, sięgnął po jej
rękę przez stolik i splatając ich palce razem, spojrzał jej w
oczy.
- Blair, będziesz moją dziewczyną? - zapytał niskim głosem i
Blair mogłaby przysiąc, że poczuła ten głos gdzieś w środku
siebie, przyjemnie ją rozgrzewający. Przygryzła dolną wargę i
ochoczo pokiwała głową, próbując powstrzymać uśmiech, który
próbował rozedrzeć jej twarz na pół – był naprawdę szeroki.
- No to chodź tu... - Brendon wymruczał, ciągnąc ją do siebie.
Blair, nie zwlekając, przesunęła się tak, że siedziała teraz
obok chłopaka. Oboje nie byli zwolennikami okazywania uczuć
publicznie, więc tylko na chwilę złączyli swoje usta w słodkim
pocałunku.
- Na co masz dzisiaj ochotę? - zapytała po chwili Blair, wciąż
się uśmiechając. Może i zachowywali się jak dzieciaki, z tym
całym głupim pytaniem, rumieńcami i uśmiechami, ale Blair taka
właśnie była, a Brendonowi widocznie to się udzieliło. Dla
Brendona najważniejsze było to, że Shepherd promieniała,
widocznie zadowolona i uśmiechała się dzięki niemu. Zaś
Blair widziała urocze rumieńce na policzkach chłopaka oraz jego
błyszczące oczy i czuła, że to coś dobrego.
- Poza tobą? - zapytał, bezczelnie się uśmiechając. Blair
uderzyła go w ramię, śmiejąc się głośno. - Ałć! Za co to? -
zawołał, uśmiechając się i masując miejsce, gdzie uderzyła go
dziewczyna. Cóż, cios do delikatnych nie należał.
- Powoli ogierze, co? - mina Brendona nieco posmutniała, ale wciąż
się uśmiechał. - Wszystko w swoim czasie. Pytałam o to... Jak
chcesz spędzić dzisiejszy dzień – wyjaśniła, siadając
wygodnie i opierając głowę na ramieniu bruneta.
- Muszę znaleźć Spencerowi jakąś pannę, bo straszna z niego
maruda. Wiesz, żeby się rozerwał... - mruknął chłopak i Blair
spojrzała na niego z powątpiewaniem. On mówił o tym, o czym ona
myślała, że mówił, czy po prostu sobie coś ubzdurała?
- Brendon? - zapytała niepewnie, a chłopak spojrzał na nią –
Czy ty chcesz znaleźć Spencerowi jakąś prostytutkę?
- Co? Nie! - od razu zaprzeczył chłopak, kręcąc głową. - Tylko
jakąś dziewczynę, która lubi się niezobowiązująco zabawić. No
chyba że się jakoś spikną... - zamyślił się, a Blair nie
wiedziała czy się śmiać czy płakać. Cóż, miała inny wybór
jak tylko pomóc mu znaleźć kogoś odpowiedniego dla Smitha?

2 komentarzy:
Jak zwykle ciekawie ;)
Ale mam jedna uwage,nie co do tresci,ale co do wygladu bloga: nie wiem,czy to moj blad systemowy organizmu,czy co,ale strasznie mecza mnie biale literki na ciemnym tle,moze cos daloby sie zrobic ? ;)
może zabrzmi to głupio ale najprzyjemniejszy moment w ciągu dnia to dla mnie czas kiedy mogę wieczorem w piżamce przeczytać sobie rozdział Twojego opowiadania... jakoś tak utożsamiam się z biednym Spencerem. Dzielnie śledziłam Twoje poprzednie opowiadanie i nawet czasem odezwałam się jako anonim (jestem typem osoby, która rzadko odzywa się w cyberświecie) ;) Czekam na następny odcinek i na one shota z Brencerem ;)
Prześlij komentarz