Hej Misie!
Przed wami kolejny rozdział, troszkę mniej sensacyjny niż poprzedni. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że nie będzie tak źle i wam się spodoba :)
Indżoj!
************************
W milczeniu weszli do swojego wynajętego mieszkanka. Brendon opadł
na drewniane kuchenne krzesło i opierając łokcie o stół
ozdobiony poszarzałym obrusem, podpiera głowę rękami, zakrywając
twarz. Oddychał niespokojnie i głośno, jakby przebiegł właśnie
maraton. Ale dokładnie tak się czuł. Był zmęczony i miał dość.
Pragnął zwinąć się w kłębek i się nie ruszać. Znów czuł
się dzieckiem, znów czuł się mały i nic niewarty. A wszystko
przez jedno, głupie spotkanie. Z jego gardła wydobył się
niekontrolowany szloch, który szybko stłumił, bo przecież nie
może płakać. Nie przez niego. Nie zasłużył na to, by
poświęcać mu tyle czasu, ile zabiera płakanie. Ale mimo wszystko
łzy zbierają się pod jego powiekami i przeklina się za to, że
jest taki słaby i beznadziejny.

