Nie będę się tłumaczyć. Ale postanowiłam zakończyć tę historię. Ten rozdział jej niedokończony i w stanie surowym, ale jeśli ktoś to przeczyta, to mam nadzieję, że zrozumie, że był trudny do napisania. Dlatego przez półtorej roku sobie po prostu leżał.
Nie wiem czy ktoś jeszcze tutaj wchodzi i czyta... Jeśli tak to...
Indżoj!
**********************
Brendon nie spędził wiele czasu w szpitalu. Jedynie troszkę go
wzmocnili przetoczeniem krwi i kroplówkami i po trzech dniach został
wypisany. Bez zbędnych oporów zgodził się, że to pora wracać do
domu, kiedy Spencer mu to zasugerował. I chyba właśnie to złamało
Spencera. Brendon zawsze był uparty, chciał stawiać na swoim i nie
poddawał się.
A teraz zgodził się od razu by wrócić do Nowego Jorku. Spencer
tylko popatrzył na niego przez chwilę bez słowa, spodziewając się
zupełnie innej reakcji i szybko kiwnął głową, odwracając się
do niego tyłem i udając, że musi czegoś poszukać w szufladzie.
Tak naprawdę zacisnął zęby i zamknął oczy, nie chcąc się
rozkleić przed nim. Brendon się uśmiechał lekko, siedząc na
łóżku w ich hotelu i obserwując jak Blair i Spencer pakują
walizki. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że za niedługo go
już nie będzie. To było bliżej niż kiedykolwiek i bał się jak
cholera. Ale nadal trzymał to w sobie, wiedząc że i Blair, i
Spencer czują się podobnie, a przecież ktoś musi być silny.
***
Oczywiście wszyscy zatrzymują się w mieszkaniu Brendona. Blair
była tam po raz pierwszy, dlatego ciekawie rozglądała się po
kątach, oglądając zdjęcia, szkatułki, obrazki i meble.
- Masz fajne gniazdko! - krzyknęła z salonu. Brendon był w swojej
sypialni, pół siedząc – pół leżąc na łóżku, bawiąc się
szwem swojej koszulki. Uśmiechnął się na jej słowa, ale nic nie
odpowiedział. Nie chciało mu się otwierać ust i to chyba jedno z
tych przykrych skutków umierania. Wszystko co człowiek powie wydaje
się błahe. Co jeśli umrze, a jego ostatnie słowa będą głupie i
bezsensowne? Lepiej nic nie mówić.
Spencer krzątał się po kuchni, robiąc dla wszystkich herbatę i
wysypując ciastka na talerzyk. Brendon nic nie jadł od praktycznie
doby, musiał coś zjeść! Chociażby jednego, głupiego herbatnika.
Spencer doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co oznaczał ich
powrót do domu. I wiedział co oznaczała zbolała mina Brendona,
dlatego też od razu po wejściu do środka, zrobił mu zastrzyk i
wtedy Brendon się uśmiechnął do niego z wdzięcznością. I
wiedział też, że będzie się musiał uporać nie tylko ze sobą,
ale pomóc również Blair. Wydawała się być nieświadoma. Nie
mógł wiedzieć, że Blair doskonale zdawała sobie z wszystkiego
sprawę, po prostu wepchnęła to głęboko w siebie, przyjmując
beztroską maskę.
Kiedy już obejrzała cały dom Brendona, wpełzła na łóżko tuż
obok niego i przytuliła się do jego boku, palcem kreśląc bliżej
nieokreślone wzroki na jego ramieniu. Był ciepły, może troszkę
rozpalony, a jego oczy były szeroko otworzone, przypominając
spodki. I cały czas się uśmiechał. To było wręcz dobijające.
Nie mógł płakać? Bać się? Trząść? Okazywać strach w
jakikolwiek sposób? Może wtedy Blair byłoby łatwiej zrozumieć co
się dzieje, uporać się z tym. Ale on się uśmiechał, jakby
działo się coś dobrego. A kiedy jego ręka objęła Blair i
przyciągnął ją bliżej, tuląc, oczy Blair momentalnie wypełniły
się łzami. To on pocieszał ją, nie ona jego, tak nie powinno być!
- Heeeej, czemu płaczesz? - Brendon wyszeptał. Właściwie był
całkiem cichy przez ostatnie godziny i czasem wydawał się zupełnie
nieobecny, jakby go nie było z nimi. To było trochę przerażające.
Zarówno dla Blair jak i dla Spencera, który wpatrywał się w
Brendona uważnie, mając nadzieję, że może w jakiś magiczny
sposób wróci do siebie, wstanie i powie że żartował i wcale nie
umiera.
- A dlaczego ty nie płaczesz? - Blair zapytała trzęsącym się
głosem. Jej gardło było zaciśnięte i nie mogła się zdecydować,
czy chce z nim tu być czy też uciec. Wydawał się taki słaby, ale
silny zarazem. I Blair nie była pewna, czy sama sobie z tym poradzi.
- Nie widzę powodu – Brendon wzruszył lekko ramionami i mocniej
zatopił się w poduszkach, zamykając oczy. Blair nieświadomie
wpatrywała się w jego unoszącą się i opadającą klatkę
piersiową. Równie dobrze mógłby nie oddychać, właśnie tak
wyglądał. Zupełnie spokojnie. - Wiesz... Chciałbym... Zjeść
lody. Czekoladowe – otworzył oczy i spojrzał na Blair,
uśmiechając się nieco, troszkę bezczelnie. Dziewczyna spojrzała
na niego zaskoczona i szybko wytarła mokre policzki, starając się
nie rozmazać sobie makijażu na pół twarzy.
- Mam... Pójść do sklepu i ci przynieść? - zapytała niepewnie,
badając jego twarz czy aby na pewno sobie z niej nie żartuje. Ale
chłopak pokiwał głową z cichym westchnięciem.
- Mogłabyś? - zapytał jeszcze ciszej. Miał puste oczy, które
wydawały się czarne, albo od tego co dał mu Spencer albo od tego,
że właściwie już jedną nogą był w grobie. Wyglądał upiornie,
ze swoją przeźroczystą skórą i cieniami pod oczami i suchymi,
bladymi ustami. Blair pokiwała i delikatnie pocałowała kącik jego
ust, odgarniając mu włosy z czoła i szybko zeskakując z łóżka.
- Zaraz wracam! - zawołała, wybiegając z mieszkania.
To właściwie nie trwało długo. Tylko przez chwilkę się bał,
ale tak właściwie to nie o siebie tylko o innych. O Spencera i
Blair. Kto będzie denerwował Spencera, kiedy jego już nie będzie?
No i Blair... Był zły na siebie, że pozwolił jej zbliżyć się
do siebie. To było niesłychanie samolubne, ale było już za późno
żeby to odkręcić. Ostatnie, co zarejestrowały jego oczy to twarz
Spencera, który się nad nim nachylał i coś mówił. Ale co?
Wiedział tylko, że ciemność która zaczyna go otulać, jest
kojąca. Nagle wszystko przestało boleć i poczuł, jak gdyby się
unosił w powietrzu. To był jego ostatni oddech.
***
Kiedy Blair wróciła ze sklepu z różowymi policzkami od szybkiego
truchtu, po prostu złapała dwie łyżeczki i weszła do pokoju
gdzie zostawiła Brendona. Ale cały kolor z jej twarzy zniknął, w
momencie w którym usłyszała jak Spencer rozmawia z kimś przez
telefon i zobaczyła Brendona. Wciąż leżał w tym samym miejscu, w
którym go zostawiła. Właściwie wyglądał jakby się uśmiechał
tym swoim bezczelnym uśmieszkiem.
- Śpi? - zapytała pół przytomnie ponieważ doskonale wiedziała
jaka jest prawda. Ale samo myślenie o tym odbierało jej możliwość
oddychania. Czuła jakby ktoś zacisnął żelazny pręt wokół jej
klatki piersiowej i każda próba napełnienia płuc powietrzem, była
niezwykle bolesna.
- Blair... - Spencer zaczął i wyciągnął do niej rękę, ale ona
tylko pokręciła głową.
- Ja przyniosłam mu lody. Chciał lody i... przyniosłam je... -
zaczęła trzęsącym się głosem, a następnie spojrzała na
Spencera oczami pełnymi łez. - Obudź go i powiedz, że mam lody –
zażądała.
- Blair, on się już nie obudzi. Chodź, pożegnaj się – Spencer
powiedział spokojnym tonem głosu. Dla niego to również była
trudna sytuacja. Tylko starał się nie pokazywać tego zbytnio. Ale
jego serce było ściśnięte z żalu i czuł jakby miał zaraz
zwymiotować. Jednak trzymał się.
Blair się nie chciała pożegnać. Po prostu wyszła z mieszkania.
***
Pogrzeb był skromny, ale zupełnie taki jaki Brendon chciał.
Powiedział, ze skopie Spencerowi tyłek, jeśli na jego pogrzebie
nie będzie czekoladowych babeczek. Oczywiście zmusił go również
do ubrania tego tragicznego garnituru w grochy oraz krawatu w paski.
Wyglądał komicznie. Ale nie odważył się nie spełnić życzenia
Brendona.
Tęsknił za nim tak bardzo, że po ceremonii i stypie, kiedy był
już sam, rozpłakał się jak małe dziecko. Nie wiedział czy było
w nim więcej złości czy żalu. Za to wiedział, że nie mógł w
pełni oddychać. A gdyby zauważył wcześniej objawy? Może Brendon
by żył i właśnie go irytował jakimiś głupimi żartami. Jak
mógł nie dostrzec niczego dziwnego? Był przecież pieprzonym
lekarzem!
***
Blair nie pojawiła się na pogrzebie. Spencer nie widywał jej
również później. Czasami zastanawiał się co się z nią dzieje
i próbował się z nią skontaktować, ale bez skutku. Dopiero kilka
lat później, kiedy wychodził z pracy i zamyślony szedł w
kierunku swojego samochodu, zobaczył jej drobną postać siedzącą
na ławce w parku naprzeciwko, więc bez dłuższych rozmyślań,
podszedł do niej.
- Blair... - westchnął i usiadł obok niej. Zmieniła się. Jej
włosy były ciemne, a ubrania również stonowane i luźno wiszące
na jej sylwetce. Dopiero po pewnym czasie zauważył, że w jakiś
sposób była...inna.
- Spencer – powitała go z lekkim skinieniem głowy i delikatnie
się uśmiechnęła. Porozmawiali chwilkę o swoim życiu i jak się
zmieniło od ostatniego czasu kiedy się widzieli. Blair przeprosiła
za swoje zachowanie i powiedziała, że nie była w stanie przyjść
na pogrzeb. Nie po tym wszystkim co się wydarzyło i zmieniło w jej
życiu. Spencer nie do końca wiedział o co chodzi, dopiero kiedy do
Blair podbiegł kilkuletni chłopczyk, a Blair podała mu butelkę z
wodą, zrozumiał o co chodzi.
- To...? - sapnął, patrząc na dziecko z wielkimi ze zdziwienia
oczami. Chłopiec miał krótkie brązowe włoski i duże brązowe
oczy, a kiedy spojrzał na Spencera, ten mógłby przysiąc, że
patrzy na niego Brendon.
- To Julian – Blair powiedziała z uśmiechem, jednak jej oczy
nieco się zaszkliły. Wciąż pamiętała, jak bardzo płakała, gdy
dowiedziała się że jest w ciąży. Mimo jej usilnych starań,
jakimś cudem chłopiec urodził się cały i zdrów, i kiedy
spojrzał na nią po raz pierwszy, pokochała go od razu. - Syn
Brendona.