on sobota, 6 grudnia 2014
Hej.
Nie będę się tłumaczyć. Ale postanowiłam zakończyć tę historię. Ten rozdział jej niedokończony i w stanie surowym, ale jeśli ktoś to przeczyta, to mam nadzieję, że zrozumie, że był trudny do napisania. Dlatego przez półtorej roku sobie po prostu leżał.
Nie wiem czy ktoś jeszcze tutaj wchodzi i czyta... Jeśli tak to...

Indżoj!

**********************

 Brendon nie spędził wiele czasu w szpitalu. Jedynie troszkę go wzmocnili przetoczeniem krwi i kroplówkami i po trzech dniach został wypisany. Bez zbędnych oporów zgodził się, że to pora wracać do domu, kiedy Spencer mu to zasugerował. I chyba właśnie to złamało Spencera. Brendon zawsze był uparty, chciał stawiać na swoim i nie poddawał się.

A teraz zgodził się od razu by wrócić do Nowego Jorku. Spencer tylko popatrzył na niego przez chwilę bez słowa, spodziewając się zupełnie innej reakcji i szybko kiwnął głową, odwracając się do niego tyłem i udając, że musi czegoś poszukać w szufladzie. Tak naprawdę zacisnął zęby i zamknął oczy, nie chcąc się rozkleić przed nim. Brendon się uśmiechał lekko, siedząc na łóżku w ich hotelu i obserwując jak Blair i Spencer pakują walizki. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że za niedługo go już nie będzie. To było bliżej niż kiedykolwiek i bał się jak cholera. Ale nadal trzymał to w sobie, wiedząc że i Blair, i Spencer czują się podobnie, a przecież ktoś musi być silny.

***

Oczywiście wszyscy zatrzymują się w mieszkaniu Brendona. Blair była tam po raz pierwszy, dlatego ciekawie rozglądała się po kątach, oglądając zdjęcia, szkatułki, obrazki i meble.
- Masz fajne gniazdko! - krzyknęła z salonu. Brendon był w swojej sypialni, pół siedząc – pół leżąc na łóżku, bawiąc się szwem swojej koszulki. Uśmiechnął się na jej słowa, ale nic nie odpowiedział. Nie chciało mu się otwierać ust i to chyba jedno z tych przykrych skutków umierania. Wszystko co człowiek powie wydaje się błahe. Co jeśli umrze, a jego ostatnie słowa będą głupie i bezsensowne? Lepiej nic nie mówić.
Spencer krzątał się po kuchni, robiąc dla wszystkich herbatę i wysypując ciastka na talerzyk. Brendon nic nie jadł od praktycznie doby, musiał coś zjeść! Chociażby jednego, głupiego herbatnika. Spencer doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co oznaczał ich powrót do domu. I wiedział co oznaczała zbolała mina Brendona, dlatego też od razu po wejściu do środka, zrobił mu zastrzyk i wtedy Brendon się uśmiechnął do niego z wdzięcznością. I wiedział też, że będzie się musiał uporać nie tylko ze sobą, ale pomóc również Blair. Wydawała się być nieświadoma. Nie mógł wiedzieć, że Blair doskonale zdawała sobie z wszystkiego sprawę, po prostu wepchnęła to głęboko w siebie, przyjmując beztroską maskę.

Kiedy już obejrzała cały dom Brendona, wpełzła na łóżko tuż obok niego i przytuliła się do jego boku, palcem kreśląc bliżej nieokreślone wzroki na jego ramieniu. Był ciepły, może troszkę rozpalony, a jego oczy były szeroko otworzone, przypominając spodki. I cały czas się uśmiechał. To było wręcz dobijające. Nie mógł płakać? Bać się? Trząść? Okazywać strach w jakikolwiek sposób? Może wtedy Blair byłoby łatwiej zrozumieć co się dzieje, uporać się z tym. Ale on się uśmiechał, jakby działo się coś dobrego. A kiedy jego ręka objęła Blair i przyciągnął ją bliżej, tuląc, oczy Blair momentalnie wypełniły się łzami. To on pocieszał ją, nie ona jego, tak nie powinno być!

- Heeeej, czemu płaczesz? - Brendon wyszeptał. Właściwie był całkiem cichy przez ostatnie godziny i czasem wydawał się zupełnie nieobecny, jakby go nie było z nimi. To było trochę przerażające. Zarówno dla Blair jak i dla Spencera, który wpatrywał się w Brendona uważnie, mając nadzieję, że może w jakiś magiczny sposób wróci do siebie, wstanie i powie że żartował i wcale nie umiera.
- A dlaczego ty nie płaczesz? - Blair zapytała trzęsącym się głosem. Jej gardło było zaciśnięte i nie mogła się zdecydować, czy chce z nim tu być czy też uciec. Wydawał się taki słaby, ale silny zarazem. I Blair nie była pewna, czy sama sobie z tym poradzi.
- Nie widzę powodu – Brendon wzruszył lekko ramionami i mocniej zatopił się w poduszkach, zamykając oczy. Blair nieświadomie wpatrywała się w jego unoszącą się i opadającą klatkę piersiową. Równie dobrze mógłby nie oddychać, właśnie tak wyglądał. Zupełnie spokojnie. - Wiesz... Chciałbym... Zjeść lody. Czekoladowe – otworzył oczy i spojrzał na Blair, uśmiechając się nieco, troszkę bezczelnie. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona i szybko wytarła mokre policzki, starając się nie rozmazać sobie makijażu na pół twarzy.
- Mam... Pójść do sklepu i ci przynieść? - zapytała niepewnie, badając jego twarz czy aby na pewno sobie z niej nie żartuje. Ale chłopak pokiwał głową z cichym westchnięciem.
- Mogłabyś? - zapytał jeszcze ciszej. Miał puste oczy, które wydawały się czarne, albo od tego co dał mu Spencer albo od tego, że właściwie już jedną nogą był w grobie. Wyglądał upiornie, ze swoją przeźroczystą skórą i cieniami pod oczami i suchymi, bladymi ustami. Blair pokiwała i delikatnie pocałowała kącik jego ust, odgarniając mu włosy z czoła i szybko zeskakując z łóżka.
- Zaraz wracam! - zawołała, wybiegając z mieszkania.

To właściwie nie trwało długo. Tylko przez chwilkę się bał, ale tak właściwie to nie o siebie tylko o innych. O Spencera i Blair. Kto będzie denerwował Spencera, kiedy jego już nie będzie? No i Blair... Był zły na siebie, że pozwolił jej zbliżyć się do siebie. To było niesłychanie samolubne, ale było już za późno żeby to odkręcić. Ostatnie, co zarejestrowały jego oczy to twarz Spencera, który się nad nim nachylał i coś mówił. Ale co? Wiedział tylko, że ciemność która zaczyna go otulać, jest kojąca. Nagle wszystko przestało boleć i poczuł, jak gdyby się unosił w powietrzu. To był jego ostatni oddech.

***

Kiedy Blair wróciła ze sklepu z różowymi policzkami od szybkiego truchtu, po prostu złapała dwie łyżeczki i weszła do pokoju gdzie zostawiła Brendona. Ale cały kolor z jej twarzy zniknął, w momencie w którym usłyszała jak Spencer rozmawia z kimś przez telefon i zobaczyła Brendona. Wciąż leżał w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Właściwie wyglądał jakby się uśmiechał tym swoim bezczelnym uśmieszkiem.
- Śpi? - zapytała pół przytomnie ponieważ doskonale wiedziała jaka jest prawda. Ale samo myślenie o tym odbierało jej możliwość oddychania. Czuła jakby ktoś zacisnął żelazny pręt wokół jej klatki piersiowej i każda próba napełnienia płuc powietrzem, była niezwykle bolesna.
- Blair... - Spencer zaczął i wyciągnął do niej rękę, ale ona tylko pokręciła głową.
- Ja przyniosłam mu lody. Chciał lody i... przyniosłam je... - zaczęła trzęsącym się głosem, a następnie spojrzała na Spencera oczami pełnymi łez. - Obudź go i powiedz, że mam lody – zażądała.
- Blair, on się już nie obudzi. Chodź, pożegnaj się – Spencer powiedział spokojnym tonem głosu. Dla niego to również była trudna sytuacja. Tylko starał się nie pokazywać tego zbytnio. Ale jego serce było ściśnięte z żalu i czuł jakby miał zaraz zwymiotować. Jednak trzymał się.
Blair się nie chciała pożegnać. Po prostu wyszła z mieszkania.

***

Pogrzeb był skromny, ale zupełnie taki jaki Brendon chciał. Powiedział, ze skopie Spencerowi tyłek, jeśli na jego pogrzebie nie będzie czekoladowych babeczek. Oczywiście zmusił go również do ubrania tego tragicznego garnituru w grochy oraz krawatu w paski. Wyglądał komicznie. Ale nie odważył się nie spełnić życzenia Brendona.
Tęsknił za nim tak bardzo, że po ceremonii i stypie, kiedy był już sam, rozpłakał się jak małe dziecko. Nie wiedział czy było w nim więcej złości czy żalu. Za to wiedział, że nie mógł w pełni oddychać. A gdyby zauważył wcześniej objawy? Może Brendon by żył i właśnie go irytował jakimiś głupimi żartami. Jak mógł nie dostrzec niczego dziwnego? Był przecież pieprzonym lekarzem!

***

Blair nie pojawiła się na pogrzebie. Spencer nie widywał jej również później. Czasami zastanawiał się co się z nią dzieje i próbował się z nią skontaktować, ale bez skutku. Dopiero kilka lat później, kiedy wychodził z pracy i zamyślony szedł w kierunku swojego samochodu, zobaczył jej drobną postać siedzącą na ławce w parku naprzeciwko, więc bez dłuższych rozmyślań, podszedł do niej.
- Blair... - westchnął i usiadł obok niej. Zmieniła się. Jej włosy były ciemne, a ubrania również stonowane i luźno wiszące na jej sylwetce. Dopiero po pewnym czasie zauważył, że w jakiś sposób była...inna.
- Spencer – powitała go z lekkim skinieniem głowy i delikatnie się uśmiechnęła. Porozmawiali chwilkę o swoim życiu i jak się zmieniło od ostatniego czasu kiedy się widzieli. Blair przeprosiła za swoje zachowanie i powiedziała, że nie była w stanie przyjść na pogrzeb. Nie po tym wszystkim co się wydarzyło i zmieniło w jej życiu. Spencer nie do końca wiedział o co chodzi, dopiero kiedy do Blair podbiegł kilkuletni chłopczyk, a Blair podała mu butelkę z wodą, zrozumiał o co chodzi.
- To...? - sapnął, patrząc na dziecko z wielkimi ze zdziwienia oczami. Chłopiec miał krótkie brązowe włoski i duże brązowe oczy, a kiedy spojrzał na Spencera, ten mógłby przysiąc, że patrzy na niego Brendon.

- To Julian – Blair powiedziała z uśmiechem, jednak jej oczy nieco się zaszkliły. Wciąż pamiętała, jak bardzo płakała, gdy dowiedziała się że jest w ciąży. Mimo jej usilnych starań, jakimś cudem chłopiec urodził się cały i zdrów, i kiedy spojrzał na nią po raz pierwszy, pokochała go od razu. - Syn Brendona.