Witam Misie!
Przed wami pierwszy rozdział nowego opowiadania. Jest dłuższy niż rozdziały na moim poprzednim blogu, ale mam nadzieję, że dotrwacie do końca. I bardzo proszę o wyrażanie opinii i klikanie w interakcje. To dużo dla mnie znaczy.
OK, już nie przynudzam.
Indżoj!
*********************
Zaczęło się
niewinnie, od zwykłego zmęczenia. Ale kto w dzisiejszych czasach
nie jest zmęczony? Brendon może nie miał jakoś specjalnie
wymagającej pracy w swoim sklepie muzycznym, ale monotonia i nuda
dawały mu się we znaki.
Dlatego nie
przejął się, kiedy był tak zmęczony po powrocie do domu, że nie
miał siły zjeść śniadania. Bóle kości wyjaśnił zwykłym
przemęczeniem albo nieszkodliwym przeziębieniem. Ale kiedy Brendon
złapał kolejne już przeziębienie w ciągu trzech miesięcy,
Spencer kazał mu iść do lekarza. Oczywiście, że nie poszedł.
Kto normalny z powodu kataru biegnie po antybiotyki?
Pewnego dnia,
kiedy Brendon nie odbierał telefonu, przyjaciel nieco zaniepokojony
przyszedł do jego mieszkania, a to co tam zastał, w pierwszej
chwili przypominało scenę zbrodni. Na jasnym dywanie w salonie była
olbrzymia plama krwi i odchodziły od niej mniejsze plamki,
zmierzające aż do kuchni. Tam, na zimnych kafelkach, oparty o
szafkę, siedział Brendon z zakrwawionym ręcznikiem przyciśniętym
do twarzy. Może i Spencer miał jakieś zboczenie zawodowe i w
każdym objawie mógł rozpoznać początki raka, ale w momencie,
kiedy zobaczył bladego i przerażonego Brendona na kuchennej
podłodze, w kałuży krwi, jedyna myśl, jaka przyszła mu do głowy,
to tylko nie on...
- To białaczka.
Mężczyzna
siedzący na szpitalnym łóżku uśmiechnął się, a jego twarz
pobladła. To miała być zwykła infekcja, którą można wyleczyć
antybiotykami. Nie obchodziły go szczegóły. Pozwalał się
przecież kuć i łykał tabletki.
- Jak to
białaczka? - szepnął, patrząc na przyjaciela, który stał przed
nim. Spencer pracował w tym szpitalu, był tu onkologiem, więc
wszędzie widział raka. To oczywiste. Mężczyzna przeczesał ciemne
włosy, na chwilę zamknął oczy i wziął głęboki oddech. - To
miało się dać wyleczyć antybiotykiem! - wybuchnął, czując jak
do oczu cisną mu się łzy. Ogarnęła go panika. Był zbyt młody
by umierać. I widział zbyt wielu ludzi, którzy umarli na
białaczkę, by spokojnie przyjąć taką wiadomość. Przez twarz
lekarza przebiegł wyraz współczucia.
- Brendon... -
zaczął, wyciągając rękę w stronę pacjenta. Brunet podciągnął
kolana pod brodę i objął nogi rękami, chowając twarz. -
Wyleczymy cię, zobaczysz – ścisnął jego ramię w pokrzepiającym
geście i posłał mu uśmiech. Spencer nigdy nie był dobry w
kłamaniu. Od dziecka, kiedy coś nabroili wspólnie, to Brendon ich
tłumaczył, wiedząc że przyjaciel się jakoś zdradzi. Pacjent
spojrzał na swojego lekarza. Nie to chciał w nim zobaczyć. Obaj
mieli zaszklone oczy i drżące dłonie.
- Nie pozwól mi
umrzeć...
***
Od
chemii paliły go narządy, a od naświetlań jego skóra zdawała
się płonąć. Oczy straciły swój dawny blask. Wydawał się tak
kruchy, leżąc na szpitalnym
łóżku, przykryty kocem. Spencer patrzył na niego przez szybę,
nie chcąc zakłócać Brendonowi odpoczynku. Potrzebował tego, był
wykończony niekończącymi się seriami mdłości, pomiędzy
przyjmowaniem lekarstw i wlewami z chemią. Szara bluza, która
kiedyś świetnie na nim wyglądała, zwisała teraz smętnie z jego
ramion, a nogi wydawały się być cienkie jak patyczki. Czarna
czapka opadała mu na czoło, jeszcze bardziej podkreślając
zapadnięte, blade policzki. Jedynie równomierny oddech sprawiał,
że Spencer wiedział, iż Brendon jeszcze walczy.
- On ma już dość, wiesz? - odezwał się łagodny głos z boku.
Spencer oderwał zatroskane spojrzenie od przyjaciela i spojrzał w
kierunku źródła głosu. Obok niego stał wysoki mężczyzna w
białym lekarskim kitlu, z plikiem kart pacjentów pod pachą.
- Wiem, Dallon, wiem... - mruknął, wzdychając. Dallon Weekes był
jego kolegą z pracy oraz jednym z lepszych lekarzy kardiologów w
tym kraju.
Spencer wiedział, że intensywna terapia wcale nie pomaga
Brendonowi, ale nie potrafił przyznać, że jego przyjaciel
zwyczajnie umiera i nie da się z tym nic zrobić. Sam go namówił
na ostatnią, najsilniejszą chemię, ale skutki uboczne były zbyt
duże. Brendon praktycznie nic nie jadł, nawet woda podrażniała
jego delikatny żołądek.
Postał jeszcze chwilę za szybą, ale kiedy zobaczył, że Brendon
się poruszył, szybko pożegnał się z kolegą i ruszył do sali.
Miał akurat przerwę na lunch, ale zamiast spędzić ją w stołówce,
jak zwykle przyszedł odwiedzić swojego najlepszego przyjaciela.
- Cześć, jak się czujesz? - usiadł w fotelu, który stał w
pokoju, tuż obok łóżka i posłał choremu uśmiech. Wyciągnął
kanapkę z papierowej torebki i ugryzł kawałek, nie czekając na
odpowiedź Brendona. Ten posłał mu tylko zdegustowane spojrzenie i
przymknął oczy, odchylając głowę.
- Mógłbyś...? - mruknął tylko, ale Spencer wiedział o co
chodzi. Przełknął kęs i włożył nadgryzioną kanapkę z
powrotem do torebki. Przetarł usta wierzchem dłoni i spojrzał z
troską na chorego.
- Dalej ci niedobrze? - zajrzał szybko do jego karty, która wisiała
na ramie łóżka. Leki powinny już dawno zadziałać, ale u
Brendona nic nie przebiegało zgodnie z planem.
- Mam już dość... - Spencer tylko pokiwał głową i odłożył
kartę na miejsce. - Naprawdę mam dość. Nie chcę już dalszego
leczenia.
Kiedy Brendon wraca do swojego mieszkania, które jest przytłaczająco
puste, praktycznie przesypia cały tydzień. Ale właśnie tyle
potrzebuje, by poczuć się lepiej, co nie zmienia faktu, że jest
zły na siebie. Zmarnował tyle czasu.
Oglądając głupi program w telewizji i ssąc miąższ słodkich
mandarynek, wpada mu do głowy pewien pomysł. Przecież nie może
tak po prostu umrzeć. To byłoby nie fair w stosunku do niego
samego. Chyba coś mu się należy jeszcze, prawda?
Odrzuca koc, którym jest przykryty i praktycznie podbiega do komody.
Z pierwszej szuflady wyciąga zeszyt i z biurka zgarnia czarny
długopis. Wraca na kanapę, na powrót przykrywając się kocem.
Schudł za bardzo, więc teraz wiecznie mu zimno. Lekko drżąc z
podekscytowania, zaczyna pisać w zeszycie. Pierwszą stronę
zostawia pustą, jak na razie jeszcze nie jest pewien co się tam
powinno znaleźć. Ale za to doskonale wie co powinno być na
kolejnej stronie, więc pewnie kreśli pochyłe litery, idealnie
mieszczące się w kratkach.
Wiedział, że nie będzie łatwo. Ograniczony czas i siły wcale mu
nie pomogą, ale był zdeterminowany, by wypełnić choć część z
punktów, które nakreślił niedbale na środku kartki. Musiał coś
zrobić ze swoim życiem, nie chciał po prostu istnieć do końca.
Chciał żyć, chociaż tak właściwie był już martwy. Został mu
miesiąc, najwyżej dwa. Oczywiście Spencer to przed nim ukrył, nie
powiedział ile mu zostało. Ale raz, kiedy udawał, że śpi,
usłyszał jak rozmawiał z tym wysokim lekarzem. Weekes, chyba tak
się nazywał. Dlatego Brendon stworzył listę rzeczy, które chce
zrobić przed śmiercią.
- Hej, gdzie jesteś? - usłyszał wołanie, a zaraz potem trzask
drzwi.
- Tutaj! - odkrzyknął. Po chwili w drzwiach pojawił się Spencer.
Był zmęczony – świadczyły o tym cienie pod jego oczami i
poszarzała skóra. „Już niedługo”, pomyślał Brendon i posłał
przyjacielowi uśmiech. Spencer przychodził do niego codziennie po
pracy, praktycznie pomieszkując u niego. Na nic zdały się prośby
Brendona, by poszedł do siebie i porządnie wypoczął. Nie
odstępował go na krok, patrząc na niego z troską i uważnie
analizując każde westchnięcie Brendona, gotów by rzucić się mu
na ratunek. Brendon czuł się z tego powodu w jakiś sposób winny.
Był chory i przysparzał przyjacielowi więcej szkody niż pożytku.
-
Stało się coś? - zapytał podejrzliwie blondyn i rozejrzał się
po salonie, w którym jednak nic się nie zmieniło, więc przeniósł
z powrotem wzrok na dziwnie rozgorączkowanego Brendona, któremu
oczy świeciły się jak lampki. - Źle się czujesz? - od razu na
jego czole pojawiła się pozioma zmarszczka troski, którą Brendon
pragnął wymazać. Wcześniej jej nie było. Wcześniej,
czyli przed chorobą. A teraz choroba Brendona nie tylko dokuczała
jemu, chorował również jego przyjaciel.
Brunet prychnął i wziął kolejny kawałek mandarynki z talerzyka,
który leżał na stole.
- Jest dobrze – położył nacisk na drugie słowo i dla
potwierdzenia swoich słów zaczął bardziej zawzięcie żuć owoc.
Właściwie nie czuł jego smaku. Mandarynka nie smakowała tak jak
powinna. Była zupełnie nie do odróżnienia od tabletek, które
brał. Ale to lepiej. Nie mdliło go po niej. - Wyjeżdżam –
dodał, patrząc jak twarz Spencera najpierw blednie, pokazując
kompletne zaskoczenie, a potem zaczyna purpurowieć – ze złości.
- Słucham? - zapytał blondyn prawie ojcowskim tonem i Brendon się
wzdrygnął. Zrobił to odruchowo, nie myśląc zbyt wiele, ale Smith
od razu złagodniał. Brendon nie miał łatwego dzieciństwa. -
Bren... Wiesz, że nie możesz...
- Nie będę miał drugiej okazji – uniósł lewą brew i poprawił
czapkę na głowie. Włosy zaczynały odrastać, ale były krótkie i
Brendon czuł się nieswojo. Ostatni raz kiedy tak krótka szczecinka
przyozdabiała jego głowę był dawno temu, w czasach których
wolałby nie pamiętać.
Nie miał jakoś szczególnie szczęśliwych wspomnień z czasów,
kiedy był jeszcze dzieckiem. W jego rodzinie się nie przelewało,
dlatego jako najmłodszy musiał chodzić w ubraniach po starszym
rodzeństwie. Przez to w szkole był wytykany palcami i
niejednokrotnie kończył z głową w toalecie, kiedy starsi chłopcy
mieli ochotę się zabawić. Na szczęście w 5 klasie zaprzyjaźnił
się ze Spencerem, który mieszkał tuż obok niego i był starszy,
więc bardziej szanowany. Do tego pochodził z dobrego domu i dość
bogatej rodziny. Ochronił Brendona przed dalszymi prześladowaniami.
Ale to nie było wszystko. To, że nikt więcej nie znęcał się nad
nim w szkole, nie załatwiało sprawy. Brendon niechętnie wracał do
domu. Chociaż jego mama była tak naprawdę świętą kobietą i
podziwiał ją, że potrafiła jakoś związywać koniec z końcem i
radzić sobie z tyloma obowiązkami, to ojczym chłopaka pozostawiał
wiele do życzenia. Nie rozumiał czym sobie zasłużył na takie
traktowanie. Mężczyzna wybrał sobie go na swoją zabawkę, może
dlatego że był najmłodszy i najsłabszy. Śmiał mu się prosto w
twarz, kiedy Brendon płakał z przerażenia, błagając by tamten
przestał go bić. Jego mama o tym nie wiedziała, bo facet robił to
tylko kiedy nie było jej w domu, a to zdarzało się dość często,
z powodu długich godzin pracy. Do tego bił Brendona tylko tam,
gdzie mógł zakryć siniaki ubraniami.
Nic dziwnego, że Brendon nie skończył liceum. Gdy chłopak miał
16 lat, jego ojczym pewnego wieczoru doprowadził do tego, że dłużej
się nie zastanawiał, tylko spakował kilka rzeczy do swojego
plecaka i uciekł z domu. Właśnie wtedy naprawdę zaprzyjaźnił
się ze Spencerem. Smith zajął się nim i zadbał, by miał
wszystko czego potrzebuje. Był wtedy studentem i mieszkał w
wynajętym mieszkaniu wraz z innymi studentami medycyny. Chociaż
Brendon sypiał wtedy na kanapie, to były jego najszczęśliwsze
lata i nie wymieniłby ich na żadne skarby.
- Więc gdzie się wybieramy? - westchnął Spencer, w głowie już
układając sobie przemowę, którą będzie musiał przekonać szefa
do dania mu urlopu. Zresztą, chrzanić pracę. Jeśli będzie musiał
to się zwolni. Był dobry, był tak zajebiście dobry, że nie jeden
szpital chciałby, by dla nich pracował.
- „My”? - zapytał Brendon, wyraźnie zdziwiony. Nie chciał już
niczego od Spencera. Przyjaciel wiele dla niego poświęcił i wiele
razy mu pomagał, nie musiał robić już nic więcej.
- Chyba nie sądzisz, że puszczę cię samego? - teraz to Spencer
się zdziwił. Brendon wzruszył ramionami. Sam nie wiedział co
myślał. Chciał po prostu coś jeszcze przeżyć, póki ma siłę
chodzić, śmiać się i bawić.
- To na początek... Idziemy wieczorem do klubu – przez twarz
bruneta przebiegł uśmiech chochlika. Spencer tylko westchnął
głośno i wzniósł oczy ku niebu. To znaczy ku sufitowi. Ale nie
znalazłszy tam odpowiedzi na żadne z jego życiowych problemów,
pokiwał tylko smętnie głową.
- Bez alkoholu – zastrzegł od razu, kiwając palcem Brendonowi, a
ten zrobił zasmuconą minkę zbitego psa.
- Spencerrrrr – jęknął chłopak, dramatycznie opadając na
kanapę – Miej litość, jesteśmy już dorośli. O kilku ładnych
lat możemy już legalnie pić, wiesz?
- Ale... - zaczął blondyn, ale przyjaciel wszedł mu w słowo.
- Żadnego, kurwa, ale. Mamy się zabawić. I osobiście
dopilnuję, żebyś wypił chociaż dwa piwa! - Urie uniósł dwa
palce w harcerskiej przysiędze – Tak oto obiecuję ja, Brendon
Urie i obowiązuje mnie słowo harcerza!
- Nigdy nie byłeś harcerzem – Spencer słusznie zauważył, ale i
tak parsknął śmiechem – Niech ci będzie, debilu...
- Też cię kocham kotku – posłał Smithowi buziaka w powietrzu.
Spencer martwił się tym, że Brendon się załamie. Że będzie
przechodził ciężką depresję albo coś w tym stylu. Ale zamiast
tego zauważył, że przyjaciel chce wykorzystać swoje ostatnie dni
jak najlepiej. Mógł być tylko wdzięczny Bogu za to, jaką
osobowość miał Brendon. Był optymistą i zazwyczaj szukał we
wszystkim pozytywów.
Kiedy Brendonowi zaczęły wypadać włosy od chemii, chłopak ściął
je na krótko i kupił z 10 różnych czapek, mówiąc że w końcu
będzie miał motywację do zakładania ich. Poza tym kolorowe czapki
są ciekawsze niż nudne, brązowe włosy, do których nigdy nie miał
cierpliwości, więc sterczały na wszystkie strony.
***
Stali w zatłoczonym klubie. Spencer rozglądał się niepewnie na
boki, w poszukiwaniu narkomanów gotowych ukuć go zakażoną igłą.
Zaś Brendon rozglądał się w poszukiwaniu kogoś, kto pomógłby
mu się rozerwać. Za wszelką cenę. Wiedział, że Spencer na
trzeźwo nie będzie zbyt rozrywkowy.
- Chodź, pierwszą kolejkę ja stawiam! - Urie krzyknął,
upewniając się, że jego głos dotrze do przyjaciela mimo głośnego
beatu jakiegoś najnowszego hitu, którego tytułu w tej chwili nie
mógł skojarzyć. Pociągnął Spencera za rękaw w kierunku baru.
Po krótkiej chwili stały przed nimi dwie szklanki tequili. Smith
niechętnie spoglądał na alkohol, a potem zerkał na Brendona,
który sprawnie rozprawił się z trunkiem za pomocą szczypty soli i
kawałka limonki czy innej cytryny.
Płynnie naśladował czynności przyjaciela, ale alkohol boleśnie
zatrzymał się w jego gardle, powodując pieczenie. Zaczął
kaszleć, a rozbawiony Brendon poklepał go po plecach. Kiedy łzy
przestały mu napływać do oczu, zobaczył że chłopak płynnie
kołysze się wraz z rytmem muzyki.
- Idę potańczyć – oznajmił brunet. - Idziesz ze mną?
Spencer pokręcił głową, wciąż nie czując się zbyt dobrze po
przejściach z tequilą. Postanowił więc obserwować przyjaciela z
krzesełka barowego, na którym siedział.
- Mogę prosić... wodę? - powiedział niepewnie. Barmanka zmierzyła
go wzrokiem, a potem uśmiechnęła się sztucznie i podała mu
butelkę.
Kilka drinków później Brendon bawił się naprawdę dobrze,
próbując wciągnąć Spencera w zabawę.
- Brendon, powinniśmy już wracać – powiedział niepewnie
Spencer, przyglądając się zgrzanemu chłopakowi. To nie było dla
niego najlepsze miejsce, pełne zarazków i Bóg wie czego jeszcze.
Martwił się o niego. Do tego wypity alkohol, który rozrzedza
krew... U Brendona i tak już wystarczająco łatwo było o jakiś
poważny krwotok.
- Marudzisz! Przestań w tej chwili – Brendon podparł się baru,
kiedy zaplątał się we własne nogi. Spencer natychmiast się
poderwał i objął go w pasie, chroniąc przed upadkiem.
- Masz już dość – powiedział tym razem stanowczo i zaczął
prowadzić przyjaciela do wyjścia.
- Ale, kurwa, nie pożegnałem się. Z koleżankami! - Brendon
machnął w stronę dwóch dziewczyn, z którymi wcześniej tańczył.
Patrzyły na nich, mówiąc coś do siebie.
- Chodź, głupku. Jutro musimy ustalić gdzie jedziemy i wszystko
pozałatwiać, tak?
Wiedział, że Brendon się złapie na wzmiankę o wyjeździe.
Chłopak spojrzał na niego błyszczącymi, ale lekko zamglonymi od
alkoholu oczami i pokiwał głową.
- No dobra – powiedział w końcu, pozwalając się wyprowadzić z
klubu. Spencer zapakował ich oboje do taksówki i podał adres.
Brendon praktycznie od razu zasnął, oparty o jego ramię. Kierowca
zerkał na nich co jakiś czas we wstecznym lusterku, ale nie
powiedział ani słowa. Spencer w końcu posłał mu uśmiech i ten
przestał się gapić. Nie widział nigdy dwójki facetów
wracających z klubu?
Zmusił Brendona do ostatniego już tej nocy wysiłku, a mianowicie
kazał mu stanąć pod ścianą, kiedy jechali windą i kiedy
otwierał drzwi jego mieszkania. Potem zaniósł go do łóżka, nie
wysilając się przy tym zbytnio, bo Brendon ważył najwyżej
50-parę kilogramów. Ściągnął mu buty i czapkę a potem przykrył
go kocem, który leżał na łóżku. Sam zaś poszedł jak zwykle na
kanapę, która prawdę powiedziawszy była wygodniejsza niż jego
łóżko. A może tylko to sobie wmówił? Nie chciał wracać do
swojego mieszkania, chociaż znajdowało się ono zupełnie
niedaleko, jednak w nieco lepszej okolicy. Wolał być tu na miejscu,
na wszelki wypadek. Chciał mieć przyjaciela na oku.
Wiedział, że nie powinien zostawać sam i nie wybaczyłby sobie,
gdyby coś mu się stało przez jego wygodnictwo. Dlatego kanapa
wydawała mu się naprawdę wygodna, więc zasnął zupełnie szybko.
Chociaż blondyn nie wypił wczoraj nic poza jedną tequilą i wodą,
gdy obudził się rano, dziękował Bogu, że jest sobota i nie musi
być dzisiaj w szpitalu. Bolała go głowa i wszystkie kości.
Usiadł, cicho stękając i pokręcił głową na wszystkie strony,
by nieznośny ucisk w karku zniknął. Przetarł twarz dłońmi i
odrzucił koc, którym był przykryty.
- Głupia kanapa... - burknął. Przeszedł przez salon i zajrzał do
sypialni Brendona. Chłopak wciąż spał z rozrzuconymi rękami, a
jego prawa noga zwisała z łóżka. Koc, którym go wczoraj okrył,
zaplątał się jakoś z jego szczupłymi nogami. Spencer uśmiechnął
się pod nosem, widząc jak klatka piersiowa Brendona unosi się
równomiernie, a jego twarz sugeruje, że śni mu się coś
przyjemnego, bo lekko się uśmiechał.
Po cichu przymknął drzwi, wiedząc że chłopak wypił wczoraj o
dużo za dużo i kiedy się obudzi, pewnie będzie umierał na ból
głowy. Analizując w głowie jego lekarstwa, udał się do kuchni i
włączył ekspres do kawy. Aspiryna odpadała. Ale ibuprofen
powinien się nadać.
Nie było dla niego wielkim zdziwieniem to, że w apteczce Brendona
nie było nic poza plastrami, termometrem i syropem na kaszel. Na
półce niżej stały podzielone porcje tabletek, które powinien
brać. Spencer westchnął, patrząc na lekarstwa. Chociaż wiedział,
że leczenie prawdopodobnie zabiłoby go szybciej niż choroba, ale
mimo wszystko nie mógł się do końca pogodzić z decyzją
przyjaciela.
- Możesz się poczęstować, jeśli masz ochotę. Mam ich nadmiar –
usłyszał za plecami nieco ochrypnięty głos i drgnął,
zaskoczony. Szybko zamknął szafkę i odwrócił się przodem do
Brendona. Chłopak usiadł na wysokim taborecie przy wysepce
kuchennej i od razu przyłożył głowę do chłodnego blatu. - Ja
pierdolę... - wycharczał i zamknął oczy. Wszystko nieznośnie
wirowało mu przed oczami i pewnie gdyby coś jadł, już dawno by
klęczał w łazience i pozbywał się tego ze swojego organizmu.
- Mogłeś tyle nie pić – powiedział Spencer i sięgnął do
swojej torby. Wyciągnął z niej słoiczek tabletek. Położył dwie
przed Brendonem, razem z szklanką wody.
- Dzięki – Brendon sprawnie łyknął tabletki i duszkiem wypił
chłodny napój bogów. Oczywiście chodzi o wodę. Podparł głowę
ręką i spojrzał wyczekująco na Spencera.
- Znów spałeś na kanapie – stwierdził, przyglądając się jego
pomiętej koszuli. - Mogłeś wrócić do domu i się porządnie
wyspać.
Spencer zignorował jego gadanie, nie chcąc po raz kolejny drążyć
tematu. Jakie to miało znaczenie czy sypiał u siebie czy tutaj.
Żadne. Dawało mu to więcej spokoju.
- Dzięki mnie dostałeś coś na ból głowy i jeszcze narzekasz.
Idź się ogarnij, a ja pójdę do sklepu.
Kiedy Urie poczłapał do łazienki, by się odświeżyć, Spencer
rękami wygładził ubranie i upewniwszy się, że zabrał pieniądze,
wyszedł z mieszkania by kupić coś na śniadanie. W windzie spotkał
sąsiadkę, która zawsze rano gdzieś pędziła, chociaż była już
co najmniej od 100 lat na emeryturze. Ale kto by tam zrozumiał
kobiety, a co dopiero starsze kobiety.
- Dzień dobry – Spencer grzecznie się przywitał i uśmiechnął
do kobiety, która tylko zmierzyła go wzrokiem. - Co u pani słychać?
- zagadnął, chcąc być miłym, ale staruszka nadal patrzyła na
niego nieprzychylnie, dziwnie wykrzywiając twarz, jakby brzydko
pachniał. Oczywiście nie wziął prysznicu, ale nie sądził, by
mogło być aż tak tragicznie. Nieco zmieszany brakiem odpowiedzi,
odwrócił się i patrzył na zmieniające się cyferki pięter. W
końcu kiedy winda się zatrzymała na parterze, przepuścił kobietę
przodem, chcąc również wyjść. Ale staruszka zastawiła mu drogę
niewielkim wózkiem na zakupy i wymierzyła w niego palcem. Odsunął
się zaskoczony, co z boku musiało wyglądać dość zabawnie.
Malutka staruszka mierząca palcem w dorosłego mężczyznę,
wyższego od niej o jakieś pół metra.
- Nie mam nic do was, ale dzieci to nie powinniście wychowywać,
zrozumiano? - powiedziała groźnie, wciąż mierząc do niego
palcem. Smith stał oniemiały, nie wiedząc o co chodzi i jak jej
odpowiedzieć, pokiwał więc głową. Dopiero wtedy staruszka
uśmiechnęła się zadowolona i ciągnąc za sobą wózeczek.
Spencer stał jeszcze chwilę w miejscu, nie będąc pewnym tego, co
się właśnie stało. Po chwili jednak przypomniał sobie, że miał
iść do sklepiku obok, kupić coś na śniadanie.
- Już jestem! - zawołał, odstawiając zakupy na blat kuchenny.
Idąc za dźwiękiem cichego mamrotania, dotarł do salonu, gdzie był
akurat Brendon i przeszukiwał internet. - Co robisz?
Usiadł obok chłopaka, zaglądając mu przez ramię. Brendon
przeglądał właśnie stronę linii lotniczych i widocznie coś mu
się nie podobało, bo co chwilkę mruczał pod nosem jakieś
przekleństwa.
- Zamawiam bilety – odpowiedział po prostu, nie kłopocząc się z
dalszymi wyjaśnieniami. Po chwili klikania i mamrotania, w końcu na
jego twarzy wykwitł radosny uśmiech – Mam!
- Lecimy do... Nowego Jorku? - blondyn nie krył zdziwienia. Co
takiego było w NYC, że Brendon koniecznie chciał się tam znaleźć?
Swoim sposobem w głowie wymienił kilka atrakcji, które mogłyby
przypaść do gustu Brendonowi. Statua Wolności, Central Park,
Broadway, Times Square, Piąta Aleja, Madison Avenue, Empire State
Building, ogród botaniczny, Metropolitan Museum of Art. Opcji było
tak wiele, że Spencer nie wiedział co wybrać.
- Tak. Chcę zjeść nowojorską pizzę i pójść na mecz Red Bulls
– powiedział brunet, a przyjaciel spojrzał na niego, oczekując,
że zaraz powie, że to żart. Lecą do Nowego Jorku na pizze i jakiś
głupi mecz?
- Na co ja się zgodziłem... - jęknął Spencer, przykładając
dłoń do czoła.
- Nie marudź, będzie fajnie! - Brendon klepnął go w ramię i
odłożył laptopa. Sięgnął po pilota i włączył telewizor.
Leciał jakiś serial o zombie. - Och, idealnie – ucieszył się i
wygodniej rozłożył na kanapie. - Co ze śniadaniem? - zapytał po
chwili Spencera, który nadal siedział w bezruchu.
To będzie cięższa podróż niż przypuszczał. Jak on wytrzyma z
rozkapryszonym Brendonem tyle czasu? Jeśli się nie pozabijają, to
będzie jakiś cud.

6 komentarzy:
No to czynie honory pierwszego komentarza: ogolnie wychudzony Brendon w moich wyobrazaniach nie za bardzo rozni sie od 'normalnego';D Przyjazc Brendona ze Spencerem,ktora tu opisalas przypomina mi Housa i Wilsona,kiedy onkolog zachorowal,ale moze to moje zboczenie ;) Czekam na ciag dalszy,zawsze lubie czytac Twoje opowiadania!
Hmmm, zaczyna się bardzo ciekawie. Co najbardziej mi się podoba - długość rozdziałów, oby tak dalej! No i oczywiscie nie mogę się już doczekać Blair!
Nawet nie pisząc w pierwszej osobie dobrze oddajesz ich uczucia i przemyślenia - mi piace! Rzesztą już Ci mówiłam - nawet jakbyś pisała książke kucharska to bym czytała z entuzjazmem :D
No, doczekałam się opowiadania z większą ilością Spencera.
Szanowna pani autorka robi duże postępy i coraz lepiej opisuje sceny, ale oczywiście nic nie mam do poprzednich opowiadań.
Początek jest interesujący. Skoro zaczynamy od początku od takich momentów, to jestem ciekawa kolejnych rozdziałów. :)
Jedyne co moge teraz napisac to to ze chce wiecej, wiele wiecej. Bardzo dobrze czyta mi sie to co tutaj skrobiesz ;)
Łał, zaskoczyłaś mnie, nie tego się spodziewałam! Ale zapowiada się bardzo ciekawie, obiecuję, że będę śledzić ;d Przy okazji mam interes, ale z tym to raczej na tt się zgłoszę ;D
Relacje Spencer- Bden wyglądają zupełnie jak relacja moje i mojego przyjaciela. No ja oczywiście jestem Spenc. Tak samo jojczę i w ogóle, ale gdy mój przyjaciel dzwoni w środku nocy, to mimo że klnę jak szewc, wyciągam go z każdej opresji.
A teraz, siedząc chora i zawinięta w kocyk, marzę o jakimś przyjacielu-lekarzu, który by tak się mną troskliwie zajął.
Sam pomysł bardzo mi się podoba i bardzo ciekawa jestem w jaki sposób pociągniesz fabułę ;)
Pozdrawiam^^
Prześlij komentarz