Rozdział 4

on niedziela, 31 marca 2013

 Witam Was Robaczki! :3 

Przed wami kolejny rozdział, mam nadzieję, że nie jest tak okropny jak mi się wydaje. Nie chciałam go dzisiaj dodawać, ale dokończyłam go wczoraj w nocy (niech mi ktoś następnym razem przypomni, że nie mogę pić w ogóle kawy) i tak jakoś... Postanowiłam go dzisiaj wrzucić jednak. 

Poza tym znalazłam słodkiego one shota z Brencerem, którego właśnie tłumaczę, mam nadzieję, ze wam się spodoba. Wkrótce go wam pokażę. 

A tak w ogóle to Merry Easter, bo już sama nie wiem czy to Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Mam nadzieję, że wszyscy jesteście najedzeni do syta, szczęśliwi i z szerokimi uśmiechami spędzacie dzisiejszy dzień z rodziną :) 

Nie przeciągam już, 
Indżoj! 
*************** 







W Londynie postanowili zabawić chwilę dłużej. Na pewno dłużej niż dwa dni, jak w Nowym Jorku. Od momentu ich małej przygody na London Eye, Blair i Brendon przechodzili samych siebie, czego chwilami Spencer nie mógł znieść. Rzucali do siebie dwuznaczne teksty i stroili dzikie miny. Do tego gdy tylko zostawali sami nawet na mniej niż minutę, Smith mógł być pewien, że zastanie ich przyklejonych do siebie. I wcale mu to nie przeszkadzało, cieszył się szczęściem przyjaciela, jednak uczucie bycia piątym kołem u wozu nieco mu doskwierało. Nie mówiąc o wielu niezręcznych sytuacjach, jednak chyba tylko Spencer to tak odbierał.


- Jesteśmy tutaj dopiero drugi dzień, a pokój wygląda jak chlew – jęknął Spencer, kopiąc w puste opakowanie po chipsach, które walało się po dywanie, rozsypując wszędzie okruchy.
- Na mnie nie patrz! - Brendon uniósł ręce w obronnym geście i znacząco popatrzył na Blair. Spencer zerknął na nią z niedowierzaniem. Nigdy by nie przypuszczał, że przyjdzie mu zmierzyć się z parą bałaganiarzy. Swoją drogą Blair i Brendona łączyło dużo więcej, niż tak samo rozpoczynające się imię. Pewnie dlatego kiedy stali obok siebie i przybierali podobne miny, wyglądali jak partnerzy... w zbrodni.
- Podobno bałaganiary są dobrymi kochankami – Blair puściła oczko Spencerowi i uśmiechnęła się szeroko, widząc jego zmieszanie. Zdążyła zauważyć, że był bardziej grzeczny niż Brendon, który potrafił wychwycić podtekst w co drugim zdaniu.
- Moim zdaniem dobre kochanki są bałaganiarami – wtrącił Brendon, uśmiechając się równie szeroko co dziewczyna, a Spencer aż otworzył usta. Przez chwilę patrzył oniemiały na nich, a po chwili machnął ręką i wstał.
- Wychodzę do sklepu. Nie mogę z wami wytrzymać! – powiedział niby-oburzony, ale jednak się uśmiechał – Ktoś coś chce?
- Banana – Brendon wzruszył ramionami. Właściwie najadł się watą cukrową, którą rano kupiła Blair „na śniadanie” i jego żołądek pewnie nie przyjąłby większej ilości pokarmu, ale chciał sprawić przyjemność Spencerowi, wiedząc że ten się poważnie martwi, gdy chłopak nie je. Spencer przytaknął, zapisując zamówienie w głowie i przeniósł wzrok na Blair.
- Lody – mruknęła, po krótkim zastanowieniu, a Brendonowi rozbłysły oczy. Tak, lody były dobrym pomysłem! - Nawet nie myśl, że się z tobą podzielę – zaznaczyła od razu. Brendon zrobił minę zbitego szczeniaczka, ale w kąciku jego ust czaił się przebiegły uśmieszek.
- Odmówisz mi, umierającemu, być może ostatniego loda w życiu? - teraz chłopak wyglądał już jak mały diabełek. Blair pokręciła głową rozbawiona, a po chwili usłyszeli trzask drzwi.
- Gorzej niż dzieci – dobiegł ich jeszcze głos Spencera na korytarzu i oboje wybuchnęli śmiechem.

Na chwilę zapadła cisza. Kiedy byli sami, bardziej niż w towarzystwie Spencera, dawało się wyczuć między nimi jakieś napięcie, którego żadne z nich nie potrafiło wyjaśnić. Właściwie nie określili tego co było między nimi i żadne z nich jakoś nie rwało się do wykonania kroku w tym kierunku. To nie tak, że nie chcieli. Po prostu bali się. Brendon wiedział, że nie czeka ich żadna przyszłość i nawet nie myślał o tym, co ich łączy, w żadnych perspektywach. Zaś Blair naprawdę się bała przywiązywać do bruneta. Chociaż wciąż ciężko było jej uwierzyć, że za niedługo już go nie będzie, gdzieś z tyłu głowy kołatała się jej myśl o tym, że to nie ma sensu.
- Brendon... - mruczy cicho Blair i siada obok niego na niewielkiej kanapie, która znajduje się w pokoju. Chłopak od razu splata ich palce razem, jakby robił to od zawsze, a ona opiera głowę na jego ramieniu. - Wiesz... Może wypadałoby... pogadać czy coś?
Serce Brendona na chwilę przestaje bić, bo to jest właśnie to, czego się obawiał. Prostuje się i puszcza jej rękę, splatając tym razem tylko swoje dłonie razem.
- O czym chcesz pogadać? - pyta jeszcze z nadzieją, że chodzi o jakąś błahostkę, coś innego niż to. Jaka szkoda, że się myli i to jest jednak to, czego się obawia.
- No wiesz... O nas? - Blair mówi cicho, troszkę drżącym głosem, jakby bała się. W tym momencie serce Brendona ściska się boleśnie i chłopak zamyka oczy. Jak ma jej powiedzieć, że żadne „nas” nie ma sensu i nie powinno mieć miejsca? Za chwilę go nie będzie, a ona zostanie tutaj, być może z jakimiś nadziejami i planami i złamanym sercem. Ta myśl sprawia, że w gardle Brendona rośnie gula, a pod jego powiekami robi się nieznośnie mokro. Wcale nie chce płakać, nie przy Blair. Przy nikim. Woli udawać, że jest z tym wszystkim pogodzony i wcale nie ma ochoty wykrzyczeć Bogu, w którego już od dawna nie wierzy, jak bardzo jest niesprawiedliwy i że powinien się pieprzyć z tym swoim Boskim Planem, którego nikt nie rozumie.
Przełyka żal i nagły przypływ rozpaczy i lekko szklistymi oczami patrzy na Blair, która wygląda podobnie jak on, tylko gorzej to ukrywa.
- Blair... - westchnął, wodząc wzrokiem po jej twarzy, nie mogąc się zdobyć na to, by spojrzeć jej w oczy. To by mogło go złamać i mógłby się zgodzić na wszystko co tylko by powiedziała.
- OK. W porządku. Rozumiem – powiedziała sucho, wstając z kanapy. Była głupia myśląc, że może Brendon chce czegoś więcej, poza wygłupami i przytulankami. Naprawdę rozumiała jego chęć zapomnienia i rzucenia się w jakiś wir przyjemności i zabawy. Co nie zmienia faktu, że trochę bolał ją fakt, że ona jednak chciała więcej.

Podeszła do okna i objęła się ramionami, żeby dodać sobie otuchy. Nie mogła być na niego zła i nie chciała by widział, że jej zależy bardziej niż jemu. Wzdrygnęła się, gdy poczuła jego ciepły oddech na szyi i ramiona, które ją objęły. Jej oddech przyspieszył i serce zaczęło się tłuc w klatce piersiowej, kiedy ją przytulił. Wiedziała już, że wpadła po uszy, jak śliwka w kompot i chyba za późno na przekonywanie samej siebie, żeby zapomnieć, jednak wciąż mogła udawać przed nim. No chyba, że poczuje jak jej serce świruje kiedy tylko jej dotyka.

Och...

Kiedy jego ciepłe usta musnęły odsłoniętą skórę na jej ramieniu, wzdrygnęła się, a na całym jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Chłopak stał tak chwilę za nią, przytulając ją do swojej klatki piersiowej i przyciskając usta do jej gładkiej skóry. Pomyślał w tym momencie, że mógłby do końca życia trzymać ją w ramionach i pewnie by mu się nie znudziło. Szkoda, że nie miał na to więcej czasu.
- Wiesz, że to nie ma najmniejszego sensu? - wyszeptał, jednak wbrew swoim słowom, wciąż ciasno ją obejmował. Blair pokiwała głową na znak, że rozumie i odwróciła się do niego przodem. Spojrzała mu w oczy, które były naprawdę smutne. Dlaczego musieli się spotkać w takich okolicznościach? Życie było cholernie niesprawiedliwe.
Pogładziła jego policzek i uśmiechnęła się, nieśmiało unosząc kąciki ust. Z tej odległości widziała dokładnie jego piegi i każdy pieprzyk. Prześledziła wzrokiem kształt jego brwi, nosa i ust. Palcami zaznaczyła kształt jego szczęki, zatrzymując się na brodzie i dopiero wtedy złożyła miękki pocałunek na jego ustach.
- I wiesz, że nie możesz się do mnie przywiązać? - powiedział jeszcze, zanim znów się pocałowali. Blair znów pokiwała głową, nie przerywając pocałunku.
Wszystko działo się powoli, zupełnie jakby na tę chwilę świat zaczął się obracać wolniej niż zwykle, dając im więcej czasu na poznanie siebie.

***

- Zróbmy coś głupiego – powiedział Brendon, kiedy następnego ranka siedzieli w hotelowym pokoju i oglądali jakiś brytyjski serial, który akurat leciał. Spencer spojrzał z powątpiewaniem na swojego przyjaciela. Cała ta podróż była naprawdę głupia, a większość rzeczy, które robili, była pozbawiona najmniejszego sensu. Nie mieli planu więc działali praktycznie na oślep, chociaż gdyby wcześniej zaplanowali co i jak powinno się odbyć, zapewne zrobiliby to wszystko z 10 razy bardziej efektywnie.
- Na przykład? - mruknęła Blair. Wciąż była nieco zaspana. Nie była rannym ptaszkiem. Spencer z racji swojego zawodu był przyzwyczajony do wczesnego wstawania i budził się około 6.00 nawet bez budzika. Brendon zaś mówił, że nie chce tracić czasu na spanie i wyśpi się potem.
- Och, no nie wiem... - zamyślił się brunet. Właściwie nie miał żadnego pomysłu. Pogoda była dość marna, chociaż było lato. Nie było tutaj zbyt gorąco, a słońce przez większość dnia zamiast ładnie świecić i ogrzewać świat, wyglądało tylko nieśmiało zza chmur. - Chodźmy na miasto, coś się wymyśli.
Podniósł się z łóżka i zaczął przegrzebywać swoją torbę w poszukiwaniu czegoś nadającego się do wyjścia. Zauważył, że ludzie tutaj potrafią wyjść na zewnątrz na przykład w piżamie i kaloszach, ale on jednak nie był aż tak liberalny jeśli chodzi o strój. Wybrał sobie czarne jeansy z rozdarciem na kolanie, trampki i zwykły, czarny t-shirt. Nie specjalnie przejmując się tym, że Blair patrzy na niego zamiast w telewizor, zaczął się przebierać.
- Nie gap się – burknął tylko, bo teraz nie czuł się dobrze we własnej skórze. Wystające kości doprowadzały go do szału i oddałby wszystko, byleby nabrać choć troszkę masy, która nieco ukryłaby jego szkielet.
Na koniec naciągnął na głowę luźną, szarą czapkę, a na nos założył okulary, typowe kujonki z czarnymi oprawkami. Zadowolony z efektu spojrzał najpierw na Blair, a potem na Spencera. Oboje nie ruszyli się nawet z miejsca. Blair wciąż była w białej bokserce i różowych spodenkach, czyli w swojej piżamie, którą Brendon zdążył już znielubić, bo była zbyt obcisła, i doskonale niczego nie ukrywała. A Spencer siedział w fotelu z gazetą, nadal owinięty bordowym szlafrokiem.
- Mam iść sam? - założył ręce na piersi, wiedząc, że jeśli któreś z nich nie zgodzi się z nim pójść, zostanie zmuszony do zostania w hotelu, a tego wcale nie chciał.
- Będzie padać. Weź sobie jakąś bluzę – powiedział Spencer, nie odrywając wzroku od artykułu, który właśnie pochłaniał jego całą uwagę. Nie chciało mu się nigdzie wychodzić. Wolałby zostać i jakoś spędzić czas w hotelu, niż włóczyć się po zatłoczonych ulicach Londynu, kiedy w każdej chwili może spaść deszcz.
Brendon prychnął i popatrzył wyczekująco na Blair, która leżała wyciągnięta niczym kotka i wlepiała wzrok w telewizor. Jego wzrok odruchowo prześlizgnął się po jej ciele i po raz kolejny przekonał się, jak bardzo idealna była i jak bardzo chciałby mieć ją tylko dla siebie.
- Blair... - jęknął, robiąc minę zbitego psa. Ale dziewczyna nawet na niego nie spojrzała. - Pójdziemy na lody!
Wiedział, że to był ulubiony deser czerwonowłosej, dlatego kiedy spojrzała na niego, wyraźnie rozdarta między słodkim lenistwem, a perspektywą pysznych lodów, uśmiechnął się zachęcająco.
- Wyglądasz jak hipster – powiedziała, ale podniosła się z łóżka i przeciągnęła. Jej koszulka nieco się uniosła, odsłaniając jeszcze więcej gładkiej skóry dziewczyny i Brendon westchnął żałośnie, mając ochotę strzelić typowego facepalm'a. Blair spojrzała na niego, zaskoczona jego zbolałym wyrazem twarzy.
- Weź, okryj się jakoś niewiasto... - powiedział, starając się patrzeć jej na twarz. Blair tylko się roześmiała i podeszła do niego, lekko kołysząc biodrami. Spencer uśmiechnął się pod nosem, jednak wciąż nie oderwał wzroku od gazety. Shepherd przerzuciła ręce przez barki Brendona i uśmiechnęła się, przytulając się do niego. Ręce Brendona odruchowo ją objęły, znajdując idealne miejsce na jej lędźwiach, jednak chłopak wiedział, że nie może jej obłapiać, bo może mu się za to oberwać. Jaka w tym była sprawiedliwość? Blair kusiła go prawie na każdym kroku, a on nie mógł nic z tym zrobić. Cóż, sam był sobie winien, to on nie chciał z nią żadnego typu związku.
Blair skorzystała z tego, że była niższa od Brendona i oparła czoło na jego ramieniu, tym samym dyskretnie wdychając jego zapach. Był ciepły, miękki i ładnie pachniał, co sprawiało, że miała ochotę go ciągle przytulać i nie wypuszczać już nigdy z ramion.
- Daj mi 15 minut – mruknęła i po chwili zniknęła w łazience.

Brendon opadł na materac i położył się, kładąc sobie ręce na brzuchu. Westchnął, wpatrując się w sufit. A może ten nieistniejący Bóg chciał żeby spotkał Blair i żeby w końcu się w kimś zakochał?
Nie było do końca tak, że nie miał nigdy nikogo. Miał, ale nigdy chyba nie był zakochany. Czuł przywiązanie, troskę, radość i sympatię. Ale nie miał nigdy motyli w brzuchu. Kiedyś rozmawiał o tym ze Spencerem i razem ustalili, że ma to jakiś związek z dzieciństwem Brendona. Nie miał wystarczającej ilości miłości w domu i dlatego potem nie potrafił się do nikogo zbytnio przywiązać. Nie wspominając nawet o zaufaniu czy wysokim poczuciu wartości. Zazwyczaj siebie obwiniał o wszystkie nieudane związki, chociaż wszystkie jego partnerki tak naprawdę nie były uczciwe. Ale Spencer nie potrafił do niego często wystarczająco dotrzeć, by mu to wyjaśnić.
- Coś się zmieniło – cichy głos Spencera wyrwał Brendona z zamyślenia. Brunet spojrzał na przyjaciela nierozumiejącym wzrokiem, żądając tym samym wyjaśnienia. - Z Blair – dodał.
- Och... Może – Brendon podniósł się i usiadł po turecku, opierając łokcie na kolanach. - Rozmawialiśmy.
- I? - Spencer wiedział, że żeby wyciągnąć coś z Brendona, trzeba włożyć w to trochę wysiłku. Przede wszystkim liczyły się konkretne pytania, bo na ogólne dostawało się wymijające odpowiedzi.
- I... Jest inaczej!
- Brendon – westchnął Smith, nieco się prostując. - Wiesz co mam na myśli. Co się zmieniło? Co takiego jej powiedziałeś?
- Zachowujesz się jakbyś był psychologiem czy innym psychiatrą – burknął Brendon i z powrotem opadł na materac, przyjmując poprzednią pozę. Spencer zdusił w sobie przeciągłe warknięcie z irytacji. To nie jest dobra pora na kłótnie.
- Jestem twoim przyjacielem. Chyba możesz mi powiedzieć, nie?
- Cóż... Chciała wiedzieć co jest między nami. Chciała to jakoś nazwać... - Brendon spojrzał niepewnie w kierunku łazienki, jednak drzwi wciąż pozostawały zamknięte i słychać było szum wody. - I tak jakby... Tak jakby powiedziałem jej że to nie ma sensu.
Spencerowi opadła szczęka aż do podłogi i pozbieranie jej stamtąd zajęło mu dość chwilę. A kiedy już to zrobił, popatrzył na przyjaciela z niedowierzaniem i mieszaniną litości.
- Brendon, debilu... - jęknął, przykładając rękę do czoła. Brendon, nie spodziewając się takiej reakcji, spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi.
- Co?
- Chciała z tobą chodzić, a ty jej odmówiłeś? Serio? Ile ty masz lat?
- 26 – odpowiedział, zgodnie z prawdą. Znów wydało mu się to i dużo i mało. Dużo, jak na bycie młodym. Mało, jak na koniec życia.
- Brendon! - jęknął po raz kolejny Spencer, zastanawiając się, co i kiedy wyżarło mózg jego przyjacielowi. To na bank ta trawka, którą popalał. Albo za dużo alkoholu. Musiało być jakieś wytłumaczenie głupoty Brendona.
- Przestań mi tu brendonować i stękać, jakbyś... No nieważne co – uciął, widząc minę Spencera. - O co ci chodzi?
- Jesteś tak głupi z natury czy ktoś ci płaci? - sarknął Smith i wrócił do czytania gazety. Ciekawe jak on by się czuł gdyby go ktoś tak bezczelnie olał, a potem kazał ze sobą biegać po mieście, pomyślał.
- Czyli nie dowiem się?
- Brendon... - zaczął Spencer, robiąc krótką pauzę. - Chciała, żebyś jej tylko powiedział, że ci zależy. Przecież ona wie, że... - ...umrzesz. To słowo nie chciało przejść Spencerowi przez gardło, dlatego potrząsnął tylko głową, próbując jakoś sensownie złożyć zdanie. - Ona wszystko rozumie, a mimo to chciała móc się potrzymać za rękę i robić te wszystkie urocze rzeczy, które robią dziewczyny ze swoimi chłopakami. A ty jej nie pozwoliłeś. Co ci szkodzi?
- Urocze rzeczy? - Brendon uniósł jedną brew, ironicznie się uśmiechając. - Urocze?
- Zmieniasz temat – ostrzegł Spencer, rumieniąc się nieco.
- W porządku – Brendon wzruszył ramionami i wyciągnął z kieszeni telefon. Zakończył rozmowę, chociaż według Spencera nie byli nawet blisko końca.
- „W porządku”?
- Skoro mamy twoje błogosławieństwo, to spoko. Będziemy robić te wszystkie urocze rzeczy – odpowiedział Brendon, nawet nie patrząc na przyjaciela, który był co najmniej zdziwiony. Nie nadążał za nim, nie rozumiał jego toku myślenia i nie potrafił przedrzeć się przez jego skomplikowany sposób rozwiązywania problemów, który rzekomo był jednym z najprostszych. Po chwili z łazienki wyszła Blair, ubrana i ze swoją charakterystyczną kreską na powiece. Brendon od razu podniósł się z łóżka i rzucił ostatnie spojrzenie Spencerowi.
- No to idziemy!

Po chwili spaceru znaleźli się pod jakąś uroczą kawiarnią. Na brązowym szyldzie, złotymi ozdobnymi literami była napisana jej nazwa: Harmony.
Brendon złapał Blair za rękę i wciągnął ją do środka, na co dziewczyna pisnęła cicho zaskoczona. W środku było całkiem przytulnie. Pod dużym oknem stały półokrągłe, czerwone kanapy z kolorowymi poduszkami, a przy nich niskie, czarne stoliki. Resztę miejsca zajmowały małe stoliki, porozrzucane po całym lokalu. Naprzeciw wejścia znajdowała się solidna, drewniana lada, a obok lodówka z kubełkami lodów. Stała tam kobieta w średnim wieku i na widok przybyłych klientów, uśmiechnęła się szeroko. Brendon odwzajemnił jej uśmiech i wciąż trzymając Blair za rękę, zaprowadził ją na kanapę w rogu. Poza nimi był tutaj jeszcze jakiś student, który popijał coś z filiżanki i zawzięcie stukał w klawisze swojego małego laptopa, oraz jakaś para w drugim kącie, która rozmawiała ściszonymi głosami, bardzo blisko siebie.
Kobieta do nich podeszła i wręczyła im menu, obite w brązową skórę. Brendon jej podziękował i zniknęła. Blair rozglądała się jeszcze przez chwilę po kawiarni. Na ścianach było dużo małych obrazków, przedstawiających charakterystyczne miejsca, budowle albo rzeczy z różnych zakątków świata. I tak między innymi zobaczyła Statuę Wolności, Krzywą Wieżę z Pizy i Wieżę Eiffel'a. Do tego na pod sufitem były porozwieszane białe lampki, które tylko nadawały przytulności temu miejscu.
- Gorąca czekolada i lody pistacjowe... - powiedział rozmarzonym głosem Urie, a dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
- Gorąca czekolada i zimne lody? - zapytała niepewnie, krzywiąc się na samą myśl. Samo wspomnienie wywołało u niej krótki, aczkolwiek dokuczliwy ból zębów.
- Zdecydowanie! - powiedział Brendon, zupełnie się nie przejmując tym, że wielu ludzi uznałoby go za masochistę. - A ty co chcesz?
- Lody straciatella i cytrynowe.
Po chwili kobieta, Anne – tak głosiła plakietka przypięta na jej piersi, przyjęła ich zamówienie i niedługo potem mogli się rozkoszować smakołykami. Nie mówili dużo, zbyt zajęci pochłanianiem naprawdę smacznych deserów. Brendon uwielbiał lody, chociaż mógłby wymienić kilka bardziej ekscytujących deserów. Blair kochała lody ponad wszystko, dlatego rozpływała się wraz z nimi za każdym razem, gdy łyżeczka pełna zimnego smakołyku lądowała w jej ustach.

- Rozmawiałem ze Spencerem – mruknął Brendon, upijając łyk parującego napoju i krzywiąc się, gdy poczuł znaczną różnicę temperatur w swoich ustach. Blair spojrzała na niego zaciekawiona. Bo o czym takim mógł rozmawiać ze Spencerem, że ona musiała to wiedzieć?
- O czym?
- O nas – powiedział, wzruszając ramionami i serce Blair na chwilę stanęło. Jednak szybko się opanowała, bo „o nas” mogło znaczyć „Brendon i Spencer”, a nie „Blair i Brendon”.
- O... was? - zapytała niepewnie, a Brendon swoim komicznym zwyczajem spojrzał na nią z udawanym oburzeniem, a następnie teatralnie przewrócił oczami.
- Nie o nas, tylko o nas! - obruszył się, ale Blair nadal wydawała się nieprzekonana co do znaczenia słów Brendona. - O tobie i o mnie? - podpowiedział. Mógł teraz obserwować jak z twarzy czerwonowłosej odpływa cała krew. Rumieńce z jej policzków zniknęły i dziewczyna siedziała wyprostowana i sztywna jak kij od miotły, a w jej głowie kołatało się tylko kurwakurwakurwa, bo serio. Rozmawiali o nich? I...co teraz? Spanikowała.
Pokiwała tylko głową, wiedząc że gdyby spróbowała się odezwać, powiedziałaby coś dziwnego, albo załamałby się jej głos.

- No więc przemyślałem to... o czym rozmawialiśmy – kontynuował Brendon, jakby nie widział zdenerwowania Blair. Może faktycznie go nie dostrzegł, bo mimo pozornego spokoju sam się denerwował, czując się jakby znów był w liceum i próbował umówić się z dziewczyną, wiedząc, że wcale nie ma szans i zaraz dostanie takiego kosza, po którym być może się nie pozbiera.
- Blair... Wiesz, nie mam czasu... Zbyt wiele czasu, żeby móc popełniać błędy. Przepraszam, że wcześniej cię olałem. Naprawdę cię lubię, ty mnie też, prawda?
Blair nie odpowiedziała, wpatrując się tylko w niego, co sprawiło, że jego dłonie stały się nieznośnie mokre. Przełknął nerwowo, nie bardzo wiedząc co to wszystko znaczy. Przygryzł dolną wargę, wyglądając przy tym tak cholernie dobrze, że Blair miała ochotę mu krzyknąć, że oczywiście, rozumie, powinni w tej chwili iść do ich pokoju, wyrzucić Spencera i to jakoś uczcić. Ale resztkami silnej woli powstrzymała te dziwne uczucie. Brendon miał szansę załatwić to bez problemu za pierwszym razem. Byliby teraz parą i nie musiałby się stresować. Ale nie pozwolił na to i teraz powinien się postarać. Powinien to zrobić jak należy i Blair była ciekawa, czy chłopak zrozumie, że ona chce, żeby powiedział to co się powinno mówić w takich momentach, chociażby to miało być głupie „będziesz moją dziewczyną?”.
- Blair, powiedz coś – jęknął, nieco zażenowany całą tą sytuacją. Zabrał ją na lody do jakiejś uroczej kawiarni, wygłosił całą tę mowę, a ona po prostu się patrzy i doprowadza go tym do szaleństwa. Brendon lubił jasne sytuacje, takie zwodzenie tylko go dobijało.
- Nie bardzo wiem czego ode mnie oczekujesz? - sama zdziwiła się tonem swojego głosu. Powiedziała to tak, jakby załatwiała jakąś sprawę na poczcie, a nie mówiła o ewentualnych uczuciach.
- Może jakiegoś romantycznego zakończenia? W sensie wiesz, rzucasz mi się na szyję czy coś i całujesz, a potem... No potem to byśmy zobaczyli co i jak – Brendon uśmiechnął się szeroko, jak zwykle błaznując, jednak był tak naprawdę wciąż zdenerwowany. Blair pokręciła głową i spuściła wzrok na pucharek, w którym były resztki lodów, które już zdążyły się dawno rozpuścić. - Blaaaaair...

Podnoszenie na niego wzroku było chyba błędem, bo gdy tylko na niego spojrzała, jej serce momentalnie zmiękło. Sama nie wiedziała czemu go tym męczyła. A widząc go teraz takiego denerwowanego i niepewnego czuła wyrzuty sumienia. Brendon był Brendonem, raczej się już nie zmieni, nie powinna od niego oczekiwać za dużo, wiedząc że chłopak nie będzie miał już okazji by się poprawić. Westchnęła ciężko, patrząc mu w oczy i przeklinając w duchu.
- Zrobisz to tak jak należy albo możesz pomarzyć – powiedziała w końcu, siląc się na surowy ton, ale zdradzał ją uśmiech. Przepadła, doskonale o tym wiedziała. Jak mogłaby mu odmówić?
Urie popatrzył na nią nieco zdezorientowany, nie wiedząc o co jej chodzi, a czerwonowłosa przewróciła teatralnie oczami.
- Wiesz, wypada zadać jakieś pytanie, prawda? Tak właściwie to nie powiedziałeś niczego konkretnego – podpowiedziała, obserwując jak Brendon się rumieni, ale jego oczy się rozjaśniają w przypływie zrozumienia. Pokiwał głową i poprawił okulary, przesuwając je wyżej na nosie. Wyprostował się, sięgnął po jej rękę przez stolik i splatając ich palce razem, spojrzał jej w oczy.
- Blair, będziesz moją dziewczyną? - zapytał niskim głosem i Blair mogłaby przysiąc, że poczuła ten głos gdzieś w środku siebie, przyjemnie ją rozgrzewający. Przygryzła dolną wargę i ochoczo pokiwała głową, próbując powstrzymać uśmiech, który próbował rozedrzeć jej twarz na pół – był naprawdę szeroki.
- No to chodź tu... - Brendon wymruczał, ciągnąc ją do siebie. Blair, nie zwlekając, przesunęła się tak, że siedziała teraz obok chłopaka. Oboje nie byli zwolennikami okazywania uczuć publicznie, więc tylko na chwilę złączyli swoje usta w słodkim pocałunku.

- Na co masz dzisiaj ochotę? - zapytała po chwili Blair, wciąż się uśmiechając. Może i zachowywali się jak dzieciaki, z tym całym głupim pytaniem, rumieńcami i uśmiechami, ale Blair taka właśnie była, a Brendonowi widocznie to się udzieliło. Dla Brendona najważniejsze było to, że Shepherd promieniała, widocznie zadowolona i uśmiechała się dzięki niemu. Zaś Blair widziała urocze rumieńce na policzkach chłopaka oraz jego błyszczące oczy i czuła, że to coś dobrego.
- Poza tobą? - zapytał, bezczelnie się uśmiechając. Blair uderzyła go w ramię, śmiejąc się głośno. - Ałć! Za co to? - zawołał, uśmiechając się i masując miejsce, gdzie uderzyła go dziewczyna. Cóż, cios do delikatnych nie należał.
- Powoli ogierze, co? - mina Brendona nieco posmutniała, ale wciąż się uśmiechał. - Wszystko w swoim czasie. Pytałam o to... Jak chcesz spędzić dzisiejszy dzień – wyjaśniła, siadając wygodnie i opierając głowę na ramieniu bruneta.
- Muszę znaleźć Spencerowi jakąś pannę, bo straszna z niego maruda. Wiesz, żeby się rozerwał... - mruknął chłopak i Blair spojrzała na niego z powątpiewaniem. On mówił o tym, o czym ona myślała, że mówił, czy po prostu sobie coś ubzdurała?
- Brendon? - zapytała niepewnie, a chłopak spojrzał na nią – Czy ty chcesz znaleźć Spencerowi jakąś prostytutkę?
- Co? Nie! - od razu zaprzeczył chłopak, kręcąc głową. - Tylko jakąś dziewczynę, która lubi się niezobowiązująco zabawić. No chyba że się jakoś spikną... - zamyślił się, a Blair nie wiedziała czy się śmiać czy płakać. Cóż, miała inny wybór jak tylko pomóc mu znaleźć kogoś odpowiedniego dla Smitha?



2 komentarzy:

Izzie pisze...

Jak zwykle ciekawie ;)
Ale mam jedna uwage,nie co do tresci,ale co do wygladu bloga: nie wiem,czy to moj blad systemowy organizmu,czy co,ale strasznie mecza mnie biale literki na ciemnym tle,moze cos daloby sie zrobic ? ;)

foreveralone pisze...

może zabrzmi to głupio ale najprzyjemniejszy moment w ciągu dnia to dla mnie czas kiedy mogę wieczorem w piżamce przeczytać sobie rozdział Twojego opowiadania... jakoś tak utożsamiam się z biednym Spencerem. Dzielnie śledziłam Twoje poprzednie opowiadanie i nawet czasem odezwałam się jako anonim (jestem typem osoby, która rzadko odzywa się w cyberświecie) ;) Czekam na następny odcinek i na one shota z Brencerem ;)

Prześlij komentarz