Rozdział 3

on niedziela, 24 marca 2013

Hej Misie :3 
Przed wami kolejny, trzeci już, rozdział Later Will Be Better. Cóż, jedyne co mam do powiedzenia, to że jeśli ktoś lubi słodkie scenki, to chyba znajdzie tutaj coś dla siebie :) 

Ach, no i jeszcze mam pewną propozycję. Myślę, że jeden rozdział na tydzień to troszkę mało (cóż, Niektórym się to nie podoba :P ) i tak pomyślałam, że może wzięłabym się za jakieś tłumaczenie? Ja poćwiczyłabym angielski i wy poznalibyście jakieś nowe (mam nadzieję!) opowiadanie jakiegoś dobrego autora. Co wy na to? I jeśli tak, to może jakieś bromance? :)

Tak, długi wstęp, więc... Ekhm...

Indżoj! 
************************






Kiedy Spencer obudził się rano, lekko obolały, ale wyspany jak nigdy, przez chwilę leżał jeszcze z zamkniętymi oczami, rozkoszując się miękkim materacem. Nie spał tak od wieków i nie miał ochoty robić nic innego, poza leżeniem w wygodnej pościeli.
Nagle coś mu się przypomniało i gwałtownie usiadł na łóżku. Nie było mowy o leniuchowaniu. Był tu z Brendonem, którym powinien się opiekować. Wyskoczył z łóżka jak poparzony, sprawdzając szybko godzinę. Była 10.00, co naprawdę było osiągnięciem. Spał jakieś 12 godzin.
Nie kłopocząc się z ubieraniem na siebie większej ilości ubrań, otworzył drzwi dzielące dwie części pokoju. Po drugiej stronie jednak nikogo nie było. Spencer szybko naciągnął na siebie pierwsze lepsze ubrania i łapiąc komórkę i klucz, wyszedł z pokoju. Idąc w kierunku windy, wybrał numer Brendona, ale ten nie odbierał. Klnąc w myślach wcisnął guzik parteru z zamiarem sprawdzenia hotelowej restauracji. Na 4 piętrze do windy wsiadła jakaś kobieta, która obrzuciła go dziwnym spojrzeniem, jednak nie zwrócił na to większej uwagi, zbyt zaaferowany zniknięciem Brendona.
Kiedy znalazł się na dole, gdzie było więcej ludzi, zdeterminowany szedł w kierunku restauracji, ale jego pewność malała z każdym krokiem. Każda napotkana osoba dziwnie na niego patrzyła – jedni byli wyraźnie zdegustowani, a inni nie mogli powstrzymać chichotu. Zarumienił się, spodziewając się, że coś ma na twarzy i ze spuszczoną głową, zaczął przeszukiwać stoliki wzrokiem. Na szczęście dużo nie musiał się rozglądać, bo szybko odnalazł właściwy stolik. Przy czteroosobowym stoliku pod oknem siedziała Blair z Brendonem, w wyraźnie szampańskich nastrojach, bo co chwilę któreś z nich chichotało.
- Um... Hej – mruknął Spencer, siadając obok Brendona. Dwójka spojrzała na niego i wybuchnęła głośnym śmiechem. Spencer patrzył tylko na nich zdezorientowany, ale po chwili przez jego twarz przewinął się wyraz zrozumienia, a potem zdumienia. - Mam na twarzy penisa, prawda?
Blair ocierając łzy rozbawienia z kącików oczu i rozmazując sobie przy tym makijaż, pokręciła przecząco głową, starając się złapać oddech. Brendon zaś wciąż się trząsł ze śmiechu, wyraźnie cierpiąc z powodu bólu brzucha od zbyt dużej ilości chichotu. - No to co?!
- Stary, trzymaj... - Urie, ledwo wydusił z siebie słowa i podał mu łyżkę. Chociaż powierzchnia była naprawdę mała i Smith nie mógł się dokładnie przejrzeć, dostrzegł jednak co było z nim nie tak.
Miał pomalowane usta na krwisto-czerwony kolor, na powiekach niebieski cień i krzywe kreski zrobione eyelinerem. Do tego miał domalowany pieprzyk nad górą wargą i dużo różu na policzkach.
Jęknął, chowając twarz w dłoniach. Cóż, szedł przez pół hotelu wyglądając jak transwestyta, któy właśnie wraca z dobrego melanżu.
- Nienawidzę was – burknął, wciąż chowając się za rękami, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Wszyscy i tak już na niego patrzyli. W końcu Blair podała mu serwetkę, która leżała na stole.
- To tylko niewinny żarcik – powiedziała, uśmiechając się słodko. Brendon przez chwilę się jej przyglądał, śledząc sposób w jaki jej twarz zmieniła się z rozbawionego na troskliwy. Była naprawdę ładna i zabawna. Brendon polubił ją od początku, kiedy tylko usłyszał jej ciepły i radosny głos. Ale właśnie zdał sobie sprawę z tego, że im dłużej z nią przebywa, tym bardziej wpada w to całe lubienie i chociaż uczucie było miłe, wiedział że za niedługo wszystko się skończy.
Oderwał wzrok od dziewczyny i przeniósł go na Spencera, który nieporadnie próbował zetrzeć makijaż z twarzy. Szybko poślinił kciuk i przyłożył go do twarzy przyjaciela, rozmazując sztuczny pieprzyk po jego policzku. Spencer cofnął się zaskoczony i szybko wytarł wilgotną skórę.
- Jesteście uroczy! - prawie pisnęła Blair, nieco podskakując na krześle.
- Fuj, nie śliń mnie – burknął Spencer, trąc skórę twarzy dwa razy mocniej, co wcale nie pomagało – Dlaczego to cholerstwo nie chce zejść?!
Makijaż jedynie się rozmazywał, nie chcąc do końca zejść z twarzy Smitha. Róż na jego policzkach nawet nie wyblakł i chłopak tracił resztki nadziei. Co jeśli już do końca życia będzie musiał mieć ten cholerny makijaż na twarzy? Będzie musiał chodzić w jakiejś masce, jakby był zdeformowany albo coś.
- Hm... Bardzo możliwe, że użyliśmy wodoodpornych kosmetyków – wybąkała Blair, jednak na jej twarzy nie było odrobiny skruchy. Spencer zmierzył ją wzrokiem, który nie wyrażał nic poza chęcią zabicia, a kiedy usłyszał cichy śmiech z boku, to samo spotkało Brendona.
Gdyby nie to, że już wystarczająco się ośmieszył i to, że są w miejscu pełnym ludzi, pewnie zadźgał by tę dwójkę nożem do masła. Albo łyżeczką, żeby bardziej bolało. Tak, rany szarpane to jest to. Gładkie cięcia są zbyt skuteczne i nie tak bolesne jak te o nierównych krawędziach...
- Potem to z ciebie zmyjemy – Brendon klepnął przyjaciela w ramię, ignorując jego zabójcze spojrzenie. - Teraz jedz śniadanie i idziemy ustalić szczegóły wyjścia na mecz! - zawołał podekscytowany. Znów spojrzał na Blair, która się uśmiechała, popijając herbatę z filiżanki.
Brendon wydawał się być naprawdę szczęśliwy i Spencer nie mógł się na niego długo gniewać za taki głupi żart. Nikt ich tutaj nie zna, co to za różnica czy zrobił z siebie błazna czy nie? Ważne, że jego przyjaciel, po raz pierwszy od dłuższego czasu, ma znów te psotne iskierki w oczach, które sprawiają, że wydaje się żywszy. Wyglądał lepiej, kiedy jego skóra była zarumieniona od śmiechu, a oczy błyszczały jak dwie gwiazdki. Wydawał się prawie zdrowy i chyba tylko to sprawiło, że Spencer się uśmiechnął i sięgnął po kawałek bułki.
- Umieram z głodu – mruknął, starając się ukryć uśmiech. Było dobrze.

***

- Brendon – zaczął poważnie Spencer, kiedy weszli do swojego pokoju. Blair jak się okazało, miała swój pokój, który wynajęła dzisiaj rano. Dała Spencerowi mleczko do demakijażu, mrucząc przy tym ciche przeprosiny, które jednak ze względu na rozbawiony wyraz twarzy, wcale nie wyglądały na szczere. - Co ty w ogóle robisz?
- Co? - zdziwił się brunet, podążając za przyjacielem do łazienki. Spencer szybko zamoczył płatek kosmetyczny w produkcie i zaczął zmywać makijaż. Tym razem schodził praktycznie przez żadnych przeszkód.
- Wymykasz się, a potem wracasz z jointem w ręku i Bóg wie co robisz z jakąś dziewczyną, która nie wygląda nawet na pełnoletnią!
Brendon przez chwilę wpatrywał się w przyjaciela, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Spencer miał ochotę uderzyć się w twarz za zrujnowanie mu humoru, bo kiedy się uśmiechał, wszystko wydawało się lepsze, ale martwił się. Naprawdę bardzo się martwił.
- Jestem dorosły. I ona też – powiedział Brendon, wyraźnie zły, jednak wciąż siedział na brzegu wanny. Założył ręce na piersi i nadąsał się, wydając się tym samym mniejszym i młodszym niż był w rzeczywistości.
- Ale wiesz, że... - Spencer nie wiedział jak wyrazić własne myśli. Spojrzał najpierw na swoje odbicie w lustrze, a potem na Brendona, który wpatrywał się w podłogę. Smith westchnął, odwracając się do niego przodem. - Nie chcę żebyś cierpiał... - szepnął, nie będąc pewnym, czy Brendon zrozumie.
- Och, super. Więc zamknij mnie w jakiejś klatce, dopóki, kurwa, nie umrę – wysyczał Brendon i Spencer chyba pierwszy raz widział go w takim stanie. Był wściekły, ale jednocześnie tak bardzo smutny, że Smithowi w momencie serce ścisnęło się z bólu. Brendon patrzył mu wprost w oczy i ta chwila, kiedy zabrakło mu słów i nie mógł z siebie nic wydusić, wydawała się wiecznością. W końcu drgnął, wyciągając do niego rękę.
- Brendon, to nie tak... - zaczął, ale przyjaciel go odtrącił. Wyglądał jak zranione zwierzątko, zaginione w róg i Spencer nie wiedział co zrobić, by jakoś go udobruchać.
- Nie waż się jej powiedzieć – powiedział jeszcze brunet, zanim wyszedł z pomieszczenia, potrącając Spencera ramieniem. Po chwili rozległ się trzask drzwi i Spencer został sam.
- Kurwa... - Potarł brodę dłonią, starając się zebrać myśli. To zrozumiałe, że Brendon chce się bawić, póki może. Tak samo jak to, że nie chce żeby Blair wiedziała o jego chorobie. Ale mimo wszystko Spencer bał się, że coś się stanie i jego tam nie będzie, a tego by sobie nie wybaczył. Gdyby Brendon został z tym sam. Gdyby coś mu się stało i gdyby...
Potrząsnął głową, odganiając od siebie myśli, te jednak tylko osiadły gdzieś z tyłu głowy, nie dając o sobie zapomnieć. To jeszcze nie ten czas. Jeszcze nie teraz. Musiał trochę wyluzować.

***

Spencer nie widział Brendona przez resztę dnia i walczył ze sobą, by do niego zadzwonić. Kilka razy łapał telefon w dłoń i wybierał numer przyjaciela, ale za każdym razem rezygnował równie szybko. Wiedział, że Brendon jest z Blair i że dziewczyna na pewno by mu powiedziała, gdyby stało się coś niedobrego. Wiedział też, że nie powinien się zachowywać jak ojciec Brendona, ale jak jego przyjaciel i powinien go wspierać, a w razie potrzeby ratować jego tyłek. Jednak nie mógł nic poradzić na to, że się o niego troszczył.
Jakieś dwie godziny przed grą, na którą mieli iść w trójkę, Brendon wrócił do pokoju. Spencer leżąc na łóżku, szybko się podniósł do pozycji siedzącej i patrzył jak chłopak grzebie w swoich rzeczach. W końcu Brendon wyciągnął czarną koszulkę z logo Ramones i uprzednio ściągając tę, którą miał na sobie, szybko ją na siebie wciągnął. Przez ten ułamek sekundy Spencer mógł zobaczyć jak skóra na jego boku naciąga się, jeszcze bardziej eksponując żebra bruneta. Był teraz naprawdę szczupły, tak niepokojąco. Wydawało się, że najlżejszy uścisk może go połamać, a słaby wietrzyk – porwać w powietrze. Oczywiście to były tylko wymysły Smitha, bo Brendon nie czuł się ani słabym ani kruchym. Czuł się teraz silniejszy niż wcześniej, kiedy leżał na szpitalnym łóżku, podłączony do kroplówki z chemią. Czuł wtedy ból w każdej komórce ciała, a każdy ruch sprawiał, że miał ochotę krzyczeć. Chyba jednak bardziej dokuczliwe były kurcze. Sięgał po kubek z wodą, a po chwili naczynko leżało na ziemi lub gorzej – na nim, rozlewając wszędzie przeźroczysty płyn. I to też bolało. Tak naprawdę najgorsza była utrata godności w tamtych chwilach i chociaż wiedział, że nie on pierwszy i nie ostatni przez to przechodzi, to wcale nie sprawiało, że czuł się lepiej. Czuł się upokorzony, musząc prosić o pomoc przy wszystkich, nawet najdrobniejszych rzeczach. I wciąż pamięta jak źle się czuł, gdy Spencer mu pomagał. To były jedne z nielicznych momentów kiedy Brendon płakał. I to nie z powodu swojej choroby, tylko z poczucia bycia czymś nic niewartym.

- Będziesz się tak na mnie gapił? - zapytał Brendon, wyrywając Spencera z zamyślenia. Chociaż jego ton był opryskliwy i na pewno wciąż miał mu za złe to, co powiedział wcześniej, to jednak odzywał się.
- Sorry – mruknął Spencer, a Brendon zrobił młynka oczami.
- Chodź, musimy już iść – i z tymi słowami wyszli z pokoju. Blair czekała już na nich na korytarzu, wyraźnie zniecierpliwiona, a kiedy zobaczyła dwójkę chłopaków, uniosła ironicznie brew.
- Wyglądacie jakbyście szli na pogrzeb, a nie najważniejszy mecz sezonu!
Dziewczyna wyciągnęła rękę do Brendona, a ten splótł ich palce razem i ruszyli w kierunku windy. Spencer nieco zdziwiony tym widokiem, upewnił się, że zamknął pokój i ruszył za nimi. Nie skomentował tego co się właśnie stało, bo zupełnie nie miał pojęcia o co chodzi z tą dwójką. Od początku jakoś się do siebie dopasowali, zupełnie jak dwa puzzle. Postanowił przy jakiejś okazji jakoś wypytać Brendona co go łączy z Blair. Nie wyglądało to na nic poważnego, ale od kiedy przyjaciele chodzą razem za rękę?

***

Stadion był zatłoczony i kiedy Brendon spojrzał w górę, widział setki ludzi. Mieli dobre miejsca niedaleko boiska i idealny widok na całą jego powierzchnię. Zupełnie nie widzieli jak to się stało, że Blair miała miejsce tuż obok nich, ale przytaknęli jej, kiedy mówiła coś o przeznaczeniu i tak dalej.
Brendon siedział wygodnie oparty, z ramieniem przerzuconym przez oparcie siedzenia Blair, która praktycznie siedziała na chłopaku. Oparła nogi na jego nogach, siedząc tym samym bokiem do boiska i opierała się czołem o jego ramię, czekając na rozpoczęcie meczu. Cóż, właściwie wyglądali słodko i niewinnie. Poza tym, że Spencer nadal nie wiedział o co chodzi i jak dowiedzieć się, co jest grane. Ale okazja nadarzyła się dość szybko i niespodziewanie.
- Och! Koleś z żarciem! - prawie krzyknęła czerwonowłosa i zerwała się z miejsca – Chcecie coś? Ja stawiam – uśmiechnęła się, zezując między Spencerem i Brendonem.
Spencer grzecznie poprosił o wodę, a Brendon o colę i już po chwili obserwowali jak dziewczyna przedziera się w kierunku sprzedawcy.
- Brendon? - niepewnie zaczął Smith, starając się zwrócić uwagę przyjaciela. Brendon spojrzał na niego i odruchowo poprawił czapkę, nieco bardziej naciągając ją na uszy.
- Hm? - dźwięcznie mruknął, posyłając mu pół uśmiech i z powrotem utkwił wzrok w boisku, na którym naprawdę niewiele się jeszcze działo.
- Co to jest, to z Blair? - zapytał, decydując, że bezpośrednie pytanie będzie lepsze, zwłaszcza patrząc na ich ograniczony czas do powrotu dziewczyny. Brendon nieznacznie się spiął i ponownie poprawił czapkę, ale nie spojrzał na przyjaciela, wyraźnie zmieszany.
- Cóż... - zaczął i przełknął nerwowo ślinę. - Nie wiem – powiedział, wzruszając ramionami.
- Jak to nie wiesz? - Spencer powiedział, zanim pomyślał, a Brendon obrzucił go ostrzegawczym spojrzeniem – Lepicie się do siebie i jesteście przy sobie mdląco słodcy, zupełnie jak wata cukrowa. Stary...
- Nie mów do mnie stary, jestem od ciebie młodszy! - rzucił żartobliwie Brendon, patrząc jak Blair rozmawia w końcu ze sprzedawcą.
- Nie zmieniaj tematu – burknął Smith, podążając za jego wzrokiem. Blair właśnie płaciła i już po chwili wracała do nich, uroczo się uśmiechając.
- No serio, nie wiem. Po prostu... Lubię ją. Wystarczy ci? - dodał ciszej, bo czerwonowłosa właśnie siadała na swoim miejscu.
- O czym rozmawiacie? - zapytała, próbując ogarnąć to co trzymała w rękach, a wyraźnie jej się to nie udawało.
- O niczym ważnym – szybko odpowiedział Brendon i pomógł jej, zabierając kilka rzeczy – Po co to wszystko kupiłaś? - zapytał, trzymając w rękach swoją colę, popcorn i jakieś chipsy.
- Bo nie wiedziałam na co będę miała ochotę – wzruszyła ramionami i podała Spencerowi jego wodę.
Szybko uporała się z zakupami i po chwili znów siedziała jakoś dziwnie przyklejona do Brendona, który wcale nie wydawał się mieć jej tego za złe, chociaż musiało mu być niewygodnie. Spencer starał się skupiać na meczu, jednak nie mógł nic poradzić na to, że co chwilę zerkał na tę dwójkę.
Chociaż Brendonowi naprawdę zależało na tym meczu, podobnie jak Blair, oboje nie zwracali najmniejszej uwagi na to co się dzieje na boisku. Wygłupiali się, wpychając sobie nawzajem do ust popcorn i przy okazji rozsypując go wszędzie naokoło. To wszystko robili tak, by stykać się jak największą powierzchnią ciała i gdyby nie to, że wyglądało to zupełnie niewinnie, Spencer poradziłby im wynająć pokój. Patrzyli sobie w oczy i uśmiechali się. Dziewczyna co chwilę się śmiała, rumieniąc się, a Brendon uśmiechał się zadowolony, za każdym razem gdy udało mu się uzyskać taki efekt. Dotykał jej włosów, ramienia, ręki, palców. Gładził jej plecy albo udo. A ona nie pozostawała mu wcale dłużna, śledząc opuszkami palców kształt jego tatuażu albo głaskając jego bok. Zachowywali się jak para dzieci, naprawdę.
Mecz skończył się zaskakująco szybko. A może po prostu im czas upłynął tak szybko? Fakt, pożeranie się wzrokiem może sprawić, że człowiek się zatraca.

Kiedy wrócili do hotelu, było już późne popołudnie. Jako że nie byli jakoś specjalnie zmęczeni, postanowili pójść się wieczorem zabawić. Nowy Jork wydawał się być znakomitym miejscem na rozrywkę. Brendon wciąż pamiętał ostatni ból głowy i obiecał Spencerowi, że nie wypije dużo.
Umówili się, że spotkają się o 22.00 pod recepcją. Wtedy wszystko jeszcze było dobrze i Brendon czuł się totalnie szczęśliwy, czego nie potrafił wytłumaczyć, chociaż gdzieś w głębi siebie wiedział, że to ma coś wspólnego z Blair. Od wieków nie czuł motyli w brzuchu więc to uczucie było dla niego teraz tak dziwne, że nie wiedział co się z nim dzieje.
Kiedy poszedł po kolacji do łazienki zmienić swoją koszulkę na biały t-shirt, w pierwszym momencie nie zwrócił uwagi na to, że było inaczej. Dopiero trzy czerwone plamki na jego klatce piersiowej, plamiące biały materiał, sprawiły, że jego oczy otworzyły się szerzej z przerażenia.
- Nie, nie, nie... - szepnął, rozpaczliwie przykładając chusteczkę do nosa. Ta jednak szybko zabarwiła się na czerwono i zaczęła przeciekać – Tylko nie teraz, kurwa...
Szybko oddychając, ze złości i ze strachu, nachylił się nad umywalką, patrząc jak rubinowe krople spływają po porcelanowych ścianach. Oparł się całym ciężarem o brzegi umywalki, czując jak łzy zbierają się pod jego powiekami. Chciał iść do jakiegoś klubu i znów zapomnieć, chociaż na chwilę, że umiera. Ale to cholerstwo musiało mu o sobie przypomnieć. Jego ciało kolejny raz mu pokazywało, jak beznadziejny jest i jak bardzo słaby. To właściwie było jak autoagresja.
Chciał tylko zapomnieć, czy to tak dużo?
Oparł się czołem o taflę lustra, nie przejmując się już niczym, nawet tym, że jest prawdopodobnie cały ubabrany we własnej krwi, podobnie jak kafelki pod jego stopami. Chciał zniknąć. Chciał żeby to już się skończyło. Wiedział, że nadmierna utrata krwi sprawia, że człowiek po prostu zasypia. To było tak pociągające, że przez chwilę rozważał tą możliwość. Jednak po chwili stania w miejscu z zamkniętymi oczami, złapał biały ręcznik i mocno przyciskając go do twarzy, wyszedł z łazienki.
Widział, jak uśmiech Spencera spływa z jego twarzy w ułamku sekundy i jak chłopak podbiega do niego, mocno łapiąc go za ramię. Był mu za to wdzięczny, ponieważ nie czuł się wcale dobrze i pewnie by upadł, gdyby nie przyjaciel.
Spencer szybko wyciągnął komórkę z kieszeni i przyłożył ją do ucha, jednocześnie prowadząc Brendona do wyjścia.
- Doktor Spencer Smith z Presbyterian. Mam chorego na białaczkę, będziemy u was za 15 minut. Przygotujcie dwa worki A+ - po tych słowach rozłączył się i już po chwili jechali windą. Spencer przyciskał Brendona do siebie, nie przejmując się tym, że teraz już oboje są we krwi. Czuł metaliczny zapach i z niepokojem spoglądał na przyjaciela, który był blady i miał zamknięte oczy.
Kiedy znaleźli się na parterze, Spencer zaczął prowadzić Brendona do wyjścia. Blair widząc ich podniosła się ze swojego miejsca na kanapie, chcąc do nich podejść. Była wyraźnie przerażona, a to nie było tym, czego potrzebował teraz jego przyjaciel. Dał jej znak ręką by została na miejscu, pokazując też, że pogadają później. Po chwili siedzieli oboje w taksówce, która za ekstra opłatą dowiozła ich na miejsce w 10 minut, gdzie Brendona od razu położono na noszach i zniknął za parawanem. Spencer szybko naświetlił sytuację lekarzowi, który ich przyjął i po chwili dołączył do przyjaciela. Ta noc faktycznie nie była nudna, ale chyba nie o taką rozrywkę wszystkim chodziło.

Brendon leżał na boku, zwinięty w kłębek, plecami do drzwi. Z jego ramienia odchodziła rurka do worka z krwią. Lekarz sprawnie zatrzymał jego krwotok, z małą pomocą Spencera, który teraz siedział przy łóżku i wpatrywał się w swojego przyjaciela. Wiedział, że Brendon był jednocześnie smutny i zły oraz że w takim wypadku lepiej go zostawić, upewniając go tylko, że jest się obok. Znał go praktycznie na wylot, a przez ostatni rok stali się naprawdę zżyci.
Nawet nie zauważył, kiedy do sali po cichu weszła Blair, nieco wystraszona. Nie spodziewał się jej tutaj i był prawie na pewno przekonany, że Brendon wcale nie chciałby, żeby zobaczyła go słabego i bladego, kiedy leży na szpitalnym łóżku, podpięty do kroplówki.
Wstał szybko z niewygodnego, plastikowego krzesła, na którym spędził już jakieś dwie godziny i wyprowadził dziewczynę z sali, zamykając za sobą drzwi,
- Co ty tu robisz? - zapytał, może trochę zbyt ostro, bo Blair zrobiła nieco zdziwioną minę. Wzruszyła ramionami i wbiła wzrok w ziemię, nie wiedząc jak zaczać.
- Co się stało?
Spencer wiedział, że prędzej czy później te pytanie padnie i tego się obawiał. Brendon zabronił mu mówić o jego chorobie i Smith doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że jego przyjaciel będzie nieziemsko wkurzony, jeśli się w jakiś sposób wygada. Ale co miał jej powiedzieć?
Westchnął ciężko, wciąż bijąc się z myślami i ignorując natarczywe spojrzenie dziewczyny. Wydawała się być naprawdę zmartwiona i naprawdę chciał jej powiedzieć. Byłoby łatwiej. Ale kiedy nie wiedziała, że Brendon jest chory, traktowała go zupełnie normalnie i dzięki niej zapominał, chociaż na chwilkę, o tym co go czeka. W przeciwieństwie do Spencera, potrafiła wywołać u niego prawdziwie dobre uczucia. Trochę jej tego zazdrościł. Ale tutaj nie chodziło o niego, tylko o szczęście Brendona.
- Wrócimy rano do hotelu i wtedy pogadamy, co? Prześpij się i przyjdź potem do naszego pokoju. To dłuższa historia – posłał jej pokrzepiający uśmiech, jeden z tych, których używał w stosunku do pacjentów i ich rodzin. Odruchowo położył rękę na jej ramieniu, dopiero po chwili orientując się co robi. Takie skrzywienie zawodowe potrafiło być denerwujące. Blair jednak chyba się przekonała i pokiwała głową.
- Dobranoc, Spencer... - rzuciła na odchodnym. Chłopak uśmiechnął się do niej jeszcze raz i skinął jej głową na pożegnanie.

***

Kiedy Blair przyszła przed południem do ich pokoju, Brendon leżał na łóżku, wpatrując się w sufit. Miał założone ręce na piersi i wyglądał przy tym jak nadąsany nastolatek, który właśnie dostał szlaban.
- Dzień dobry! - przywitała się czerwonowłosa i kiedy Spencer uśmiechnął się do niej zachęcająco, weszła głębiej do pokoju i usiadła na fotelu, mając tym samym na widoku obu mężczyzn. Nie wiedziała jak zacząć rozmowę, a Spencer wyraźnie zaczął unikać jej wzroku. Spojrzała więc na Brendona, który miał minę typu „bez kija nie podchodź”.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry – burknął Urie, nie zaszczycając jej spojrzeniem. Ranił tym i siebie i Blair. Dziewczyna nieznacznie się skrzywiła, ale po chwili znów przybrała swój zwyczajny wyraz twarzy. Pierwszy raz widziała chłopaka bez jego nieodłącznego elementu, czyli czapki. Miał czekoladowe włosy, które wydawały się być tak miękkie, że miała ochotę ich dotknąć.
- Chcecie zostać sami czy coś? - wybąkał niepewnie Spencer, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Brendon powiedział wcześniej, że chce sam jej wszystko powiedzieć, ale przyjaciel wiedział, że to nie będzie dla niego łatwa rozmowa. Brendon miał naprawdę duże ego i często duma nie pozwalała mu na wiele rzeczy. Przyznawanie się do słabości i błędów nie leżało w jego naturze.
- Zostań! - Blair i Brendon powiedzieli jednocześnie i dopiero wtedy ich spojrzenia się spotkały.
- Mam białaczkę – po kilku chwilach ciszy powietrze przeciął ostry głos Brendona. Widział jak Blair otwiera usta, zapewne żeby powiedzieć coś głupiego jak „przecież to się leczy”, ale Brendon jej nie pozwolił. - Nie zostało mi już wiele czasu. To dlatego Spencer i ja wybraliśmy się... w małą podróż.
Blair przez chwilę przerzucała spojrzenie z Brendona na Spencera i z powrotem, oczekując, że jest to pewna forma żartu, ale kiedy zobaczyła zbolałą minę ciemnego blondyna i niezwykłą powagę bruneta, zakryła sobie usta dłonią. Brendon nie wyglądał jakby umierał. Owszem, wydawał się troszkę anemiczny, ale nie wyglądał na umierającego.
- Możesz... Po prostu nie zwracać na to uwagi? - spojrzała na Brendona z niedowierzaniem. Nie zwracać uwagi? Na to że umiera?! - Chcę żeby wciąż było beztrosko. Proszę...
- W porządku – pokiwała głową. Uśmiechnęła się krzywo, chociaż wewnątrz wszystko ją bolało. Miała ochotę krzyczeć i płakać, bo naprawdę go lubiła i... Na litość Boską... Dlaczego on umierał?

***

- Chciałbym przejechać się London Eye – powiedział nagle Brendon, a Blair i Spencer spojrzeli na niego niepewnie.
- Co? - burknął Spencer, myśląc że się jakoś przesłyszał i Brendon wcale nie mówił o wielkim kręcącym się kole w stolicy Wielkiej Brytanii. Ewentualnie przyjrzał się dokładniej przyjacielowi, jednak jego oczy nie świeciły się niezdrowo i wyglądał zupełnie przytomnie.
- No wiesz, to takie koło z wagonikami, z których można podziwiać panoramę miasta. Zawsze chciałem to zobaczyć... - powiedział Urie rozmarzonym tonem i położył się na łóżku, wypuszczając karty z dłoni, jakby nagle straciły swoją wartość w porównaniu do olbrzymiej karuzeli. A przecież grali o żelki...
- No to przejedziesz się. Jutro – powiedziała Blair, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie i z powrotem skupiła się na kartach, zastanawiając się, którą z nich wybrać by wygrać. Spencer spojrzał na nią jakby była niespełna rozumu. Brendon był chory i szybko się męczył. Nie mogli go po prostu zabrać na London Eye, kiedy są właściwie na drugim krańcu świata i od Anglii dzieli ich ogromna tafla wody, zwana Oceanem Atlantyckim!
Brendon uśmiechnął się i spojrzał na Blair, która zawzięcie zagryzała dolną wargę i intensywnie myślała nad doborem kart. I właśnie wtedy Spencer pomyślał, że wszystko dzieje się za szybko i nie jest na to gotowy. Wypuścił karty z dłoni i wstał z podłogi. Blair i Brendon spojrzeli na niego zdziwieni.
- Idę się przejść... - mruknął i wyszedł z pokoju. Brendon odprowadził go tylko wzrokiem do drzwi, a dziewczyna jęknęła, zawiedziona. Wydęła dolną wargę co nadało jej zupełnie dziecinny wyraz twarzy i spowodowało, że Brendon się roześmiał.
- No to sobie, kurwa, pograliśmy... - sapnęła żałośnie i przygarbiła się, ale pod chwili się roześmiała, kiedy Brendon ze swojego miejsca na łóżku dźgnął ją palcem w żebra, łaskocząc ją tym samym. - Głupek! - pisnęła i odskoczyła. - To powinno być zabronione!
- Co? - zapytał chłopak nieco zbity z tropu. Myślami wciąż błądził po Londynie i jego ruchomej wieży widokowej.
- Łaskotanie – odpowiedziała i wzruszyła ramionami, a potem położyła się na brzuchu tuż obok niego – Ktoś musi to zapisać w jakiejś księdze tortur i znęcania się, i zabronić tego pod groźbą jakiejś kary – mamrotała pod nosem i przewróciła się na plecy, patrząc w sufit. Materac się poruszył i po chwili coś ciężkiego spoczęło na jej brzuchu – Nie za wygodnie ci?
Brendon leżał w poprzek łóżka, a z niej zrobił sobie poduszkę. Wyglądał na zadowolonego i wesoło machał nogami, które zwisały z wysokiego materaca.
- Hej, umieram! Chyba należy mi się trochę wygody, co? - sapnął, wciąż się uśmiechając. Wydawał się być spokojny i pogodzony z losem, w przeciwieństwie do Spencera. Właściwie to oczekiwał śmierci. Nie chciał umierać, ale był ciekaw tego, co się stanie potem. Obiecał przyjacielowi, ku jego protestom, odwiedzać go, kiedy już nie będzie go wśród żywych.
Dziewczyna ciężko westchnęła i uśmiech spełzł z jej twarzy, co nie uszło jego uwadze. Wplotła palce w jego krótkie włosy i delikatnie masowała jego czaszkę, co ją uspokajało, a Brendon widocznie nie miał nic przeciwko pieszczotom. Zauważyła, że był tym typem człowieka, który garnie się do innych ludzi i potrzebuje tego, by go ciągle ktoś dotykał lub by on mógł dotykać innych. Nie znali się długo, ale czuli się naprawdę swobodnie w swoim towarzystwie.
- Jest dobrze – wymruczał pocieszająco chłopak, przenosząc spojrzenie na twarz Blair. Jego wydatne teraz kości policzkowe sprawiały, że duże, brązowe oczy, wydawały się jeszcze większe. A patrzenie z dołu tylko potęgowało to złudzenie.
- Nie jest! Nie jesteś zły? - szepnęła, starając się nie rozkleić. To było niesprawiedliwe, że ktoś tak dobry i młody jak Brendon musiał zwyczajnie odejść, kiedy po świecie pałętało się mnóstwo złych ludzi, którzy nie zasługiwali na to, by wciąż stąpać po ziemi.
- To nie jest uczucie, z którym chcę odejść... - mruknął i z powrotem spojrzał na sufit. Właściwie nie odpowiedział na jej pytanie. Zerknęła ukradkiem na jego profil, ale już nic więcej nie powiedziała i nie wracali do tematu.
Po kilku godzinach wrócił Spencer, w nieco lepszym humorze, który pewnie zawdzięczał paru drinkom, które wypił w hotelowym barze. Powiedział coś szeptem o tym, że mają rano samolot do Londynu. Brendon uczepiony koszulki Blair oddychał spokojnie, pogrążony we śnie. Nie mieli serca go budzić, więc Spencer tylko go okrył kocem i położył się na drugim łóżku. Blair jeszcze chwilę słuchała muzyki i grała na swojej konsoli, a potem również zasnęła, dziękując, że w tym hotelu jednoosobowe łóżka były dość duże. Nie żeby drobne ciałko Brendona zajmowało dużo miejsca.

***

Brendon właściwie przespał cały lot, zasypiając prawie od razu i budząc się pod koniec, kiedy została mniej niż godzina do lądowania. Był podekscytowany i świeciły mu oczy, a Spencer przez chwilę poważnie się niepokoił, kiedy chłopak się potknął o czyjąś torbę przez zwykłe gapiostwo. Ale lekarz oczywiście stworzył już milion teorii o tym, że takie długie loty nie są nigdy dobrym pomysłem i zdążył poważnie wkurzyć Brendona swoimi pytaniami o samopoczucie, chociaż nie zdążyli nawet wysiąść jeszcze z samolotu. Ale mimo wszystko brunet był podniecony wizją spełnienia jego kolejnego marzenia, które nie było nawet na liście i przyszło mu po prostu do głowy, kiedy spojrzał na damę kier, która spoczywała wtedy w jego dłoni, wraz z innymi kartami.
Zameldowali się w hotelu, tym razem po prostu wybierając jeden dwuosobowy pokój, wychodząc z założenia, że tak będzie lepiej i taniej, chociaż akurat pieniądze nie grały tu dużej roli.
Przy London Eye znaleźli się mniej więcej w południe. Nawet pogoda im dopisywała, więc mężczyzna, który sprzedawał im bilety, ględził jakie mają szczęście, bo wszystko zobaczą dokładnie. Spencer, nie wiedzieć czemu, miał ochotę przyłożyć kasjerowi i wykrzyczeć mu w twarz, że nie mają żadnego szczęścia, ale uśmiechnął się tylko uprzejmie.
Weszli do wagonika i po chwili zaczynali się wznosić. W pewnym momencie Brendon odsunął się od szyby i usiadł. To, jak bardzo w tym momencie wystraszył się Spencer, było nie do opisania. Jego oczy się maksymalnie rozszerzyły i serce zaczęło bić w zastraszającym, na pewno niezdrowym, tempie, kiedy klęknął przed przyjacielem w ułamku sekundy, kładąc rękę na jego kolanie.
- Brendon, co jest? - sapnął zdenerwowany. Chłopak miał zamknięte oczy i spuszczoną głowę, a dłonie kurczowo zaciskał na krańcu siedzenia. Oddychał głęboko, ale niespokojnie. Blair patrzyła na wszystko z boku, nie bardzo wiedząc, co może zrobić. Spencer od razu sprawdził puls bruneta. - Otwórz oczy. Spójrz na mnie i powiedz co się dzieje – dodał spanikowany, chociaż kto jak kto, on nie powinien panikować – Jest ci słabo?
Był gotów zatrzymać wagoniki i jakimś magicznym sposobem sprowadzić przyjaciela na ziemię, choćby musiał nauczyć się latać. Na szczęście Brendon otworzył oczy i westchnął, nieco poluźniając zaciśnięte palce. Pokręcił tylko głową, wgapiając się w podłogę przed sobą.
- Mówiłem, że taka daleka podróż nie jest dla ciebie dobra, ale ty jak zwykle wszystko wiesz lepiej – Spencer wyrzucał z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, przez co stawały się niewyraźne. Dopiero cichy śmiech Brendona zatrzymał potok słów. Spojrzał na niego niewyraźnie.
- Przestań panikować! – zawołał cicho. - Widocznie mam lęk wysokości – wzruszył ramionami, powodując jeszcze większą dezorientację przyjaciela.
- Nie masz – powiedział pewnie Spencer, jakby stwierdzał najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Nigdy nie zauważył by Brendon miał problemy z wysokością. Ale chłopak teraz patrzył na niego uporczywie i pokręcił głową w zaprzeczeniu.
- Mam!
- Nie masz! To zawsze ja się bałem wspinać, a nie... - Brendon szybko przyłożył mu rękę do ust, uniemożliwiając dalsze mówienie. Spojrzał mu prosto w oczy, starając się wyraźnie coś przekazać, ale Spencer i tak nie zrozumiał.
- Chyba lepiej wiem czy mam czy nie mam, więc się ze mną nie sprzeczaj! - powiedział ze złością, a potem przypomniał sobie, że powinien być przecież przerażony. - Po prostu niech ktoś mnie przytuli? - uśmiechnął się krzywo i z nadzieją spojrzał na Blair, która stała po drugiej stronie kabiny, uśmiechając się pod nosem. Brendon wcale nie wyglądał na typowego człowieka z lękiem wysokości. Pokręciła głową i podeszła do chłopaków. Położyła rękę na ramieniu Spencera, który wciąż klęczał przed Brendonem, jakby planował mu się oświadczyć i usiadła obok symulanta. Ten od razu się wtulił w jej ramię. Dopiero wtedy Spencer coś zrozumiał i otworzył szeroko usta, które natychmiast zamknął. Wyglądał wtedy jak rybka wyciągnięta z wody. Pozbierał się z podłogi i odwrócił do nich tyłem, udając że krajobraz za szybą jest szalenie pasjonujący. Był w Londynie już kilka razy i nigdy nie potrafił zrozumieć zachwytu ludzi tym miastem. Widział inne, dużo ładniejsze.
- Słaby z ciebie aktor, słonko – mruknęła Blair, a chłopak zachichotał i mocniej ją objął.
- Och, cicho – burknął. - Tu jest tak ładnie, że aż chce się mieć kogoś przy sobie. To idealne miejsce dla zakochanych, – ciągnął – jest romantycznie, prawda? - spojrzał na dziewczynę, oczekując potwierdzenia. Kiedy je otrzymał, znów spojrzał za szybę. - I właśnie dlatego zamierzam cię pocałować – powiedział, a Blair spojrzała na niego zaskoczona, lekko się rumieniąc.
- Co?
- Chcę cię pocałować, mogę? - odsunął się od niej nieco. Wyglądał w tej chwili jak rozpieszczony brzdąc, który prosi o nową zabawkę. Dziewczyna się roześmiała, a Spencer udawał, że jest tak zaabsorbowany widokiem, że nie słyszy rozmowy.
- Czy ty aby nie na zbyt wiele sobie pozwalasz? - zapytała karcącym głosem, ale rumieńce na policzkach zdradzały, że chłopak jej tym schlebia.
- Cicho. To moje marzenie. Nie spełnisz marzenia umierającego? Pójdziesz do piekła!
- Nie wierzę w piekło, głupku... - mruknęła, zawstydzona. - Poza tym to podpada pod wykorzystywanie sytuacji. Nie mogę ci odmówić, bo wyjdę na jędzę bez serca...
I tyle wystarczyło Brendonowi, by się pochylił i szybko skradł buziaka z ust dziewczyny. Przycisnął swoje usta do jej ciepłych warg, składając na nich delikatny, przelotny pocałunek. Wyglądała wtedy niewinnie, z zamkniętymi oczami i wachlarzem czarnych rzęs, a idealna kreska na powiece, nigdy nie była bardziej perfekcyjna niż teraz. Właśnie dlatego pocałował ją drugi raz, tym razem nieco dłużej, mniej po szkolnemu, a bardziej tak, jak należałoby to zrobić.
- Smakujesz jak truskawki – wymruczał, kiedy się od niej odsunął, a dziewczyna zarumieniła się jeszcze bardziej.
- To ten błyszczyk...
Chłopak oblizał wargi i uśmiechnął się szeroko, zadowolony z siebie. Patrzył teraz na nią trochę jak na ciastko. Oczy Brendona miały teraz kolor ciemnej czekolady i tylko z bliska można było dostrzec granicę między tęczówką a źrenicą.
- Lubię go – powiedział zadziornie, mierząc Blair wzrokiem. W takich chwilach wyglądał na szczęśliwego i dla takich chwil Spencer mógłby zrobić wszystko, byleby Brendon przypominał dawnego siebie, a nie umierającego chłopaka, którym był.
- Jesteś niemożliwy... - burknęła Blair, spuszczając głowę i starając się zakryć włosami rumieńce.


4 komentarzy:

Izzie pisze...

No no,czyzby Brendon planowal zwiedzic wszystkie wieksze miasta na świecie? ;) Czekam z niecierpliwoscia na ciag dalszy:)

spongie pisze...

Hahahaha, cukierkowo! Spoko rozdział, a co do częstotliwości notek, to faktycznie troszkę rzadko się pojawiają ;) Nawiązując do tłumaczeń, jestem jak najbardziej na tak, na buzznet.com jest od groma opowiadań, które można, a nawet wypada przetłumaczyć :)

Yggdrasil pisze...

Dobry rozdział. Ciągle się coś dzieje, a to duży plus. Jednak przez tą całą akcję, która jest bardziej przychylna Brendonowi smutno mi się czyta o lekko odrzuconym Spencerze, ale mam nadzieję że szanowna pani autorka jakoś to zrównoważy w następnych rozdziałach :)
Nie przepadam na bromance, ale jeśli trafi się jakiś ciekawy (czyli taki z fabułą a nie tylko same sceny +18) to chętnie sięgnę po taką lekturę.

Złota Żmija pisze...

A mi się cholernie podoba, że cała akcja jest widziana głównie oczami Spencera. Uwielbiam go po prostu. Sama chciałabym mieć takiego przyjaciela.
A dobrych tłumaczeń nigdy za wiele, więc wiesz, zakasuj rękawy i możesz zaczynać tłumaczyć, masz moje błogosławieństwo ;)
Pozdrawiam^^

Prześlij komentarz