Rozdział 2

on niedziela, 17 marca 2013

Przed wami drugi rozdział. Bardzo się cieszę, że wszyscy przyjęli to opowiadanie tak entuzjastycznie. 
Mam nadzieję, że ten part też wam się będzie tak podobać :) Jestem aktualnie chora, ale się starałam i mam nadzieję, że nie ma żadnych błędów. Ale jeśli są, to wybaczycie mi? 

Indżoj!
***************** 






Spencer niepewnie zmierzał w kierunku gabinetu „szefa”, jak wszyscy nazywali dyrektora szpitala. Tak naprawdę był to równy gość w średnim wieku, ale mimo wszystko budził respekt. Dlatego właśnie Smithowi pociły się ręce i czuł nieznośne ciepło, jakby ktoś właśnie wyłączył klimatyzację w całym budynku. Nie potrzebował wyglądać jak mokry szczur, bo i tak już mu brakowało odwagi i pewności siebie. Pracował tu zbyt krótko, by prosić o tak długi urlop. Do tego McKenziee, bo tak brzmiało nazwisko dyrektora, niechętnie na niego spoglądał, chociaż był naprawdę dobry. Wszystko przez to, że był stanowczo zbyt młody jak na samodzielnego lekarza. To nie była jednak wina Spencera, że przeskoczył w życiu kilka etapów nauki szybciej niż inni. Miał po prostu wyjątkowe zdolności. Dlatego w wieku 30 lat był onkologiem, który mógłby pracować wszędzie. Wolał jednak ten szpital.

- Nie przeszkadzam? - zapytał, kiedy usłyszał zaproszenie by wejść, gdy cicho zapukał. Siwowłosy mężczyzna za biurkiem kiwnął mu dłonią, pokazując by wszedł.

- Smith! Co do mnie sprowadza naszego genialnego onkologa? - zagadnął McKenziee, uśmiechając się dobrotliwie, nie przestając grzebać w kartkach rozłożonych na biurku. Spojrzał tylko przelotnie na Spencera znad oprawek okularów i znów skupił wzrok na dokumentach. Spencer nie był pewien jak zacząć. Pewnie gdyby dyrektor się w niego wyczekująco wgapiał to by spanikował. Ale kiedy wydawało się, że nie zwraca na niego uwagi, również nie było to wymarzoną sytuacją. Odkaszlnął więc, by dodać sobie pewności siebie, ale wyszło nieporadnie i cicho.
- Mam... pewną sprawę... – zaczął, ale kiedy dyrektor tylko pokiwał głową, nadal na niego nie patrząc, jego hamulce popuściły – Potrzebuję urlopu na nieokreślony czas – wyrecytował, a słowa wyleciały z niego jak z karabinu.
- Hmm – dyrektor mruknął, kiwając głową – Nieokreślony? Mniej więcej ile? Dwa, trzy dni?
- Co najmniej miesiąc, ale najlepiej dwa.
Dopiero teraz dyrektor przestał pochylać się nad kartkami i spojrzał na stojącego przed nim lekarza, który z nerwów szarpał mankiety swojego kitla. Jego brwi podjechały na czole tak wysoko, że Spencer przez chwilę myślał, że znikną pod siwymi włosami mężczyzny. Nic takiego jednak się nie stało. Zamiast tego McKenziee ściągnął z nosa okulary i potarł miejsce na nosie, gdzie przed chwilą się opierały.
- Smith. Po co ci tak długi urlop? - zapytał z pozoru łagodnie, ale jego głos stał się nieco niższy i cichszy, a to sprawiło, że Spencer poczuł, jak robi się coraz mniejszy i mniejszy. Był już tak malutki, że mógłby zginąć w grubym dywanie przed czarnym biurkiem dyrektora.
- Mój przyjaciel jest... bardzo chory... – zaczął cicho, patrząc na czubki swoich butów. Nie miał tyle odwagi, by spojrzeć na swojego przełożonego – Nie tylko potrzebuje opieki, ale przede wszystkim potrzebuje przyjaciela.
- Będziesz się bawił w niańkę, Smith? - zapytał nieuprzejmie McKenziee, sprawiając że policzki mężczyzny poczerwieniały. Ze złości, nie z zawstydzenia.
- Ma jebaną białaczkę – wysyczał, kolejny raz przeklinając ironię losu. Twarz dyrektora znów się zmieniła, ukazując czyste zdumienie. Jak taki smarkacz mógł tak mówić do niego, poważnego dyrektora poważnego szpitala? - I nie pozwolę, by moja praca w jakikolwiek sposób przeszkodziła mi w spędzeniu z nim jego ostatnich dni. Nawet jeśli będę się musiał zwolnić!
Teraz patrzył już dyrektorowi prosto w oczy, opierając się pewnie o biurko. Był zbyt zdeterminowany by osiągnąć swój cel i sprawić, by Brendonowi niczego nie zabrakło. I był zbyt zdesperowany, by tak po prostu go zostawić. Kochał go. Kochał go jak brata i nie wyobrażał sobie tego, że mógłby mu nie pomóc, nawet jeśli musiałby zapakować jakieś ciało w plastikowy worek i zakopać w lesie. To była bezwarunkowa miłość, dla której był gotów poświęcić wszystko. Nawet swoją wymarzoną pracę.

Kiedy dyrektor wciąż patrzył na niego w osłupieniu, Spencer się wyprostował i wygładził swój kitel. Spojrzał z góry na McKenziee'go i pokiwał głową.
- W porządku. Jutro dostanie pan moje wymówienie.
Nie dodając nic więcej, wyszedł z gabinetu, udał się do pokoju lekarzy, skąd zabrał swoją teczkę i czym prędzej wyszedł ze szpitala. Jutro przekaże swoich pacjentów swojej koleżance po fachu. Jutro złoży wymówienie. Jutro zacznie przeżywać ostatnie chwile ze swoim przyjacielem i Bóg mu świadkiem, że żaden McKenziee ani inny idiota nie stanie im na drodze. Spencer tego dopilnuje.
Oczywiście nie wrócił do swojego mieszkania. Po drodze zgarnął pizzę, która zawierała największą ilość warzyw i po chwili stał już w mieszkaniu Brendona.
- Jest tu ktoś? - zawołał, odstawiając pudełko z jedzeniem na stolik w salonie. - Brendon!
- Witaj kochanie! - usłyszał za sobą i gwałtownie się odwrócił. Brendon właśnie taszczył jakieś pudło, ciągnąc je częściowo po ziemi – Nie gap się, tylko mi pomóż – burknął, zmieniając ton. Spencer z niewielkim wysiłkiem podniósł pakunek i spojrzał pytająco na przyjaciela. Brendon wskazał mu kierunek i dopiero wtedy Spencer zauważył pustą półkę na telewizor. Odstawił pakunek przed nią, przyglądając się napisom na kartonie.
- Kupiłeś telewizor? Po co ci nowy telewizor?
- Nie marudź. Rozpakuj go, a ja popatrzę jak się przede mną nachylasz – brunet poruszał śmiesznie brwiami i rzucił się na kanapę. - Więcej warzyw się nie dało? - jęknął, otwierając pudełko. - I nie ma sera! - zawołał z rozpaczą. Nie jadł pizzy od wieków i jeśli miał być szczery, był całkiem głodny. Jego żołądek ostatnio wracał do normy, ale i tak nie mógł jeść zbyt wiele.
- Teraz ty marudzisz – słusznie zauważył Spencer i wziął się za rozpakowywanie sprzętu. - Wiesz, że jestem przeciwnikiem takiego jedzenia. Ale dzisiaj jest wyjątkowy dzień. - sapnął, wkładając telewizor na miejsce poprzedniego.
- No właśnie! Co tutaj robisz tak wcześnie? - powiedział Brendon z ustami pełnymi jedzenia. Pewnie będzie tego później żałował, ale pizza, nawet taka napakowana warzywami, smakowała wyśmienicie i nie mógł się powstrzymać.
- Ja... wziąłem urlop – gładko skłamał Spencer, odwracając się do przyjaciela tyłem i udając, że ustawia odpowiedni kąt telewizora, próbując odtworzyć sposób, w jaki stało poprzednie urządzenie. Brendon na chwilę przestał rzuć i popatrzył na plecy przyjaciela, ale nie skomentował tego co powiedział.
- Siadaj, mam dwie pary okularów – powiedział po chwili, sięgając na półkę.
- To telewizor 3D? - zdziwił się Smith, ale posłusznie wsunął na nos okulary.
- Pomyślałem, że porno w 3D będzie jeszcze bardziej ciekawe – powiedział Urie. Przyjaciel zmierzył go wzrokiem, mając nadzieję, że żartuje. Ale Brendon z powagą przeżuwał kawałek pizzy.
Powinien się domyślić, że większość rzeczy, które mówi jego przyjaciel, czasem jest absurdalna, ale prawdziwa.

***

Płomiennie czerwonowłosa dziewczyna w legginsach w panterkę, czarnym, luźnym t-shircie z nazwą zespołu rockowego i skórzanej kurteczce stała na środku lotniska. Była albo znudzona albo zniecierpliwiona. Na pierwszy rzut oka nie da się tego określić. Ale na pewno nie była zadowolona. Przyciskała do swojego ucha białego iPhone'a. Na szyi miała zawieszone czarne duże słuchawki, z których kabel ciągnął się aż do skórzanej torby przewieszonej przez ramię. Była dość charakterystyczna i wyróżniała się na tle mężczyzn w garniturach i zwykłych turystów.

- Gdzie jesteś?! - z głośnika dobiegł rozzłoszczony głos mężczyzny. - Blair Anne Shepherd, co ty kurwa, zrobiłaś?
- Nic, tatusiu – zaszczebiotała rudowłosa, stojąc w poczekalni lotniska O'Hare. Miała ze sobą tylko niewielką torbę, którą przewiesiła sobie przez ramię. Sama się sobie dziwiła, że zabrała tak mało rzeczy, ale jak szaleć to szaleć, drzwi wyważyć, okna wstawić – Zrezygnowałam ze studiów – powtórzyła, zerkając na zegarek. Nie mogła przegapić samolotu.
- Masz w tej chwili wrócić do domu! - jej ojciec mówił tak głośno, że była pewna, że wszyscy w promieniu 10 metrów są w stanie go usłyszeć. Westchnęła zniecierpliwiona, ale pan Shepherd zdawał się tego nie usłyszeć. - Zaraz zadzwonię do dziekana i powiem mu, że to był głupi wybryk. Wiele nam zawdzięcza, na pewno się zgodzi.
- Spoko, dzwoń, ale ja tam nie wracam – burknęła, będąc pewną, że twarz jej ojca jest w tej chwili czerwona ze złości jak piwonia. Albo mak. Z łatwością potrafiła sobie wyobrazić jak pogłębiają się jego zmarszczki i mężczyzna nerwowo luzuje krawat. - Tatusiu, kocham cię. Po prostu daj mi trochę czasu, OK? Studiowanie sztuki jest nieważne. Ważne jest moje życie i moje doświadczenia. Chcę tworzyć, ale muszę mieć z czego, rozumiesz?

Nathaniel Shepherd nie rozumiał. Nie pojmował postępowania swojej córki, która od narodzin, a nawet wcześniej, nie robiła niczego tak jak powinna. Urodziła się przez cesarskie cięcie, bo chciała wyjść nie tą stroną, którą powinna, czyli główką do przodu. W przedszkolu, zamiast bawić się z innymi dziećmi, zbierała kwiaty i układała z nich dziwne rzeczy w piaskownicy. Nieraz jej rysunki niepokoiły przedszkolanki. Kiedy poszła do prywatnej szkoły dla dziewcząt, prowadzonej w dużej mierze przez zakonnice, często sprawiała kłopoty. Podwijała swoją spódniczkę z mundurka, przekraczając dozwolony limit krótkości. Nie nosiła rajstop, jak przystało na dobrze wychowaną pannę, ale jeśli już była do tego zmuszona, nigdy nie były gładkie. Na złość nadopiekuńczej matce paliła tuż pod oknem i sprowadzała chłopaków po kryjomu. Oczywiście tak, by ktoś ją z nimi w porę zauważył. Wymykała się, robiła dziwne rzeczy, tłumacząc je sztuką. Ale jak sztuką nazywać napis nabazgrany sprayem na murze muzeum?

Ojciec Blair westchnął ciężko. W żaden sposób nie mógł jej powstrzymać, była już dorosła i mogła decydować o swoim losie sama. Nie pogodził się z wyborem córki, ale kochał ją zbyt mocno, by pozwolić by cierpiała.
- Pamiętaj, że jeśli coś ci się stanie, to osobiście cię dobiję – usłyszała niski pomruk i uśmiechnęła się szeroko. Wygrała. Kolejny już raz. Poprawiła opaskę na włosach i mocniej złapała pasek torby. - Kocham cię, cukiereczku...
- Ja ciebie też, tatusiu...
Takim sposobem Blair zaczęła podróżować od stanu do stanu, robiąc różne dziwne rzeczy. Miała już milion zdjęć i jeszcze więcej wspomnień.

Aktualnie znajdowała się w słonecznej, gorącej Kalifornii, gdzie poznała kilku surferów, którzy udzielili jej paru darmowych lekcji. I to na pewno miało dużo wspólnego z tym, że dziewczyna miała wrodzony dar przekonywania i urok, który wabił wszystkich. To nie tak, że była naprawdę piękna. Po prostu miała w sobie coś takiego, co przyciągało do niej ludzi. Jej ojciec nazywał ją lepem – każda mucha musiała się do niej w końcu przykleić. Ale Blair nie narzekała. Zawdzięczała wiele temu, że ludzie szybko jej zaczynali ufać.
Teraz jej kierunkiem był Nowy Jork. Red Bulls grali najważniejszy mecz sezonu!

***

- Dobrze się czujesz? - mruknął Spencer, podając poduszkę Brendonowi, którą właśnie przyniosła stewardessa. Brunet wywrócił wymownie oczami i wcisnął sobie poduszkę pod głowę.
- Nie przesadzaj. Zachowujesz się jakbym umierał! - Spencer zmierzył go tylko wzrokiem, wcale nierozbawiony „żartem” przyjaciela. Westchnął ciężko i wrócił do czytania książki.
Co jakiś czas zerkała na nich dziewczyna, która siedziała przed nimi, ale Spencer to ignorował, chociaż na początku się zastanawiał, czy skądś się nie znają. Ale nie przypominał sobie żadnej czerwonowłosej ciekawskiej nastolatki w swoim życiu. Brendon zasnął znudzony filmem, który oglądał na tablecie i uroczo ślinił się w poduszkę, zwinięty na fotelu. Spencer poprawiał mu co chwilkę koc, który się z niego zsuwał. Nie mógł się też powstrzymać przed zrobieniem chłopakowi zdjęcia, żeby później móc patrzeć jak się na niego denerwuje, krzycząc by je usunął. W końcu dziewczyna przestała zerkać na nich ukradkiem. Gapiła się otwarcie, wyglądając zza oparcia. Spojrzał na nią pytająco, a ona zamiast się speszyć, uśmiechnęła się do niego.

- To twój chłopak? - wypaliła na starcie, ale w jej oczach nie było jakiejś złośliwości. Była po prostu ciekawa. Smith zamrugał zaskoczony tak bezpośrednim pytaniem i minęła dobra chwila zanim zebrał się w sobie, by odpowiedzieć, ale nie zdążył.
- Co ty, on w ogóle nie jest w moim typie – usłyszeli zaspany głos z boku. Brendon, wciąż zwinięty w kłębek jak kociak, poprawił swoją czapkę, tzw. beanie i uśmiechnął się do dziewczyny.
- Blair – dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku bruneta, wciąż szczerząc się do niego. Spencer patrzył na nią troszkę nieufnie, nie bardzo wiedząc co powinien o niej myśleć. Nie był zbyt otwartą osobą i nawiązywanie nowych znajomości przychodziło mu z trudnością. Dziewczyna, która ni stąd ni zowąd nagle zaczęła do nich mówić, nie znalazła się od razu na liście jego przyjaciół.
- Hej Blair – brunet uścisnął rękę dziewczyny – Jestem Brendon, a ten mruk to Spencer. I oboje naprawdę wolimy cycki.
Blair się roześmiała i po chwili już klęczała tyłem na swoim siedzeniu i podpierała brodę na oparciu, trajkocząc jak katarynka z Brendonem. Szybko znaleźli wspólny temat, Spencer tylko się przysłuchiwał, od czasu do czasu przytakując przyjacielowi.

Lot upłynął im dość szybko. Spencer zamienił się po pewnym czasie miejscami z Blair, na niemą, acz bolesną prośbę Brendona, który kopnął go dość dotkliwie w piszczel, kiedy chciał oponować. Ale zamiana miejsc dała mu możliwość spokojnego czytania książki, bez konieczności wysłuchiwania chichotów dziewczyny i głupich tekstów Brendona. Wciąż nie rozumiał jak przyjaciel to robi, że jest tak otwarty i tak szybko zjednuje sobie ludzi. Nawet teraz, mimo iż naprawdę nie był w swojej najlepszej formie, potrafił przyciągnąć do siebie jakąś dziewczynę, która była naprawdę ładna.

- Miała fajny tyłek, nie? - zagadnął Brendon, kiedy już byli w Nowym Jorku i jechali właśnie żółtą taksówką do hotelu. Spencer spojrzał na przyjaciela, osądzając go i mając nadzieję, że chłopak choć trochę się zawstydzi. - Nie mów, że nie widziałeś! Też popatrzyłeś!
- Jesteś okropny – burknął Spencer, wstydząc się za nich oboje. Może i spojrzał. Może. Nie zrobił tego przecież celowo. Po prostu szła przed nimi, kiedy wychodzili z samolotu. Każdemu się może zdarzyć. Tak właściwie to była jej wina, bo miała na sobie takie wzorzyste, przyciągające wzrok spodnie.
- I tak mnie kochasz – odparował Brendon, uśmiechając się z zadowolenia. Był z siebie wyraźnie dumny i to sprawiało, że Spencer zarumienił się jeszcze bardziej.

Hotel może nie był pięciogwiazdkowy, ale był naprawdę ładnie urządzony. Pokój, który zajęli, był dwuosobowy, przedzielony na dwie części rozsuwanymi drzwiami, więc wyglądało to jakby były w nim dwie sypialnie. Łazienka, cała w marmurowo-białych kafelkach była dość przestronna, a dyskretne oświetlenie nadawało jej przytulności i sprawiało, że kafelki wydawały się cieplejsze niż były w rzeczywistości.
Brendon rozsunął wielkie, białe drzwi i rzucił się na łóżko, nie przejmując się faktem, że Spencer wszedł do pokoju jakieś 5 minut później niż on, taszcząc ze sobą ich bagaże. Po chwili brunet, ku wielkiemu zaskoczeniu przyjaciela, zerwał się z łóżka i podbiegł do drugiego, rzucając się na nie.
- Biorę to!
Spencer tylko westchnął i położył torby na ziemi. Przecież nie będzie się sprzeczał o dwa identyczne łóżka. Idąc za przykładem Brendona, położył się na „swoim” i zamknął oczy.
- Padam na twarz – wymruczał. Lot go zmęczył tak, że mógłby właściwie od razu zasnąć. Kiedy Brendon nie odpowiedział, leniwie podniósł jedną powiekę, by sprawdzić co się dzieje. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast Brendona zobaczył puste łóżko. Natychmiast usiadł i rozejrzał się. Przecież nie zasnął, prawda? Jak brunet mógł po prostu zniknąć?
- Brendon? - zawołał niepewnie, ale nie otrzymał odpowiedzi. - Gdzie on do cholery polazł...
Niezgrabnie wstał z miękkiego materaca i jeszcze dokładniej sprawdzając pokój i łazienkę, upewnił się, że chłopaka tu nie ma. Westchnął ciężko i zakładając czarną jeansową kurtkę, wyszedł z pokoju.

- Przepraszam, widziała może pani mojego kolegę, przed godziną przyjechaliśmy razem i braliśmy klucz... - zagadnął recepcjonistkę, a ta spojrzała na niego tępym wzrokiem. Ostentacyjnie przeżuła gumę i spojrzała jeszcze raz na monitor komputera. Kątem oka Spencer dostrzegł, że oglądała jakiś serial i bohaterzy w tej właśnie chwili siedzieli na kwiecistej kanapie i zawzięcie ssali sobie twarze. Przeniósł pytające spojrzenie z powrotem na kobietę. Ta tylko westchnęła, jakby właśnie zapytał o coś oczywistego lub zupełnie nudnego.
- Proszę pana, ja sobie nie zapisuję, kto tu wchodzi, a kto wychodzi – burknęła, znów wlepiając oczy w monitor. Para właśnie dość wygodnie mościła się na wspomnianej wcześniej kanapie.
- Gdyby to było nieważne, to bym nawet nie pytał, tak? - powiedział Spencer, siląc się na uprzejmość, chociaż recepcjonistka właśnie znalazła się na jego czarnej liście ludzi, którzy w razie zagłady albo apokalipsy, powinni umrzeć jako pierwsi.
- A gdybym ja to miała w kontrakcie, to bym na to zwracała uwagę – kobieta wyraźnie się zirytowała. Jak ktoś śmiał jej przerywać oglądanie w takim momencie, do tego zadając tak bezsensowne pytania?
- Krowa – mruknął Smith, głośniej niż chciał, ale odwrotu już nie było i recepcjonistka to usłyszała. Spojrzała na niego wściekle i nawet wstała, co jak się okazało, nie było dobrym pomysłem. Była od niego dużo niższa i wyglądała zupełnie jak pączek na krótkich nóżkach.
- Coś ty powiedział?! - przez zdenerwowanie jej głos był znacznie wyższy i wwiercał się nieprzyjemnie przez uszy Spencera aż do mózgu, powodując natychmiastowy ból głowy. A może to z powodu podwyższonego ciśnienia i adrenaliny poczuł nagły ucisk w czaszce?
- Powiedziałem, że jesteś krową – odparł spokojnie. Rzadko krzyczał. Naprawdę trudno było go zdenerwować aż tak, by zaczął się wydzierać. Poza tym doskonale wiedział, że względny spokój podczas kłótni wyprowadza oponenta z równowagi bardziej niż niejedna wykrzyczana obelga.
- Jak śmiesz ty... Ty... Ty chamie! - pisnęła kobieta-pączek i poczerwieniała ze złości. Nawet gruba warstwa makijażu tego nie ukryła.
- Zawsze się tak pani odzywa do gości hotelowych? Ktoś tutaj kazał pani za karę pracować czy jak? - Smith obserwował jak recepcjonistka wściekle stukając obcasami, coraz bardziej się czerwieni i nadyma. Teraz wyobraził ją sobie jako czerwony balonik, który rośnie coraz bardziej. Kiedyś będzie musiała pęknąć. Prawie roześmiał się z powodu własnej wyobraźni, ale usłyszał wściekły ryk i już po chwili został uderzony kwiatkiem, który stał na blacie recepcji. Ze zdziwieniem spojrzał najpierw na swoją koszulę, teraz brudną od ziemi, następnie pod swoje nogi, gdzie leżała potłuczona doniczka, a spomiędzy jej skorup smętnie wystawały zielone listki.
- Jesteś nienormalna?! - przestraszył się nie na żarty, kiedy kobieta złapała kolejną rzecz, którą miała pod ręką – klawiaturę komputera. Jakimś cudem recepcjonistka znalazła się nagle tuż obok niego i zaczęła z furią uderzać go w ramię klawiaturą. Jedyne, na co zdobył się Spencer to osłanianie się ręką. Nie mógł uderzyć kobiety! Poza tym wciąż był w zbyt dużym szoku, by cokolwiek zrobić. Bo jak wytłumaczyć taki napad złości? Nie zrobił nic aż tak strasznego, by musiała reagować tak ostro. Rozpaczliwie rozglądał się po holu, ale nie widział nikogo, kto mógłby mu w jakiś sposób pomóc. W końcu wyrwał klawiaturę z rąk kobiety, a ta stanęła zdumiona, patrząc na niego ogromnymi oczami. Przyłożyła obie dłonie do ust i wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, który szybko okazał się być szlochem. Osunęła się na ziemię i oparła plecami o biurko, płacząc głośno. I zrozum tu kobiety, człowieku.
- Dobrze... Dobrze się pani czuje? To nic, naprawdę. Proszę tylko przestać płakać, OK? Ja... Nie wiem co mam zrobić. Chce pani wody? - na ostatnie zdanie kobieta zaszlochała jeszcze głośniej, praktycznie wpadając w spazmy, a Spencer zastanawiał się za jakie grzechy go takie coś spotyka.

- Boże, co ty jej zrobiłeś? - usłyszał za sobą znajomy głos. Przy wejściu stała ta sama dziewczyna, którą spotkali wcześniej w samolocie.
- Blair? - Spencer nie był pewien czy jest wdzięczny, bo nie jest już sam, czy zdenerwowany tym, że Blair jest najwyraźniej w tym samym hotelu. Dziewczyna szybko podeszła do nich i zaczęła coś mówić do recepcjonistki. Chłopak odsunął się od nich i usiadł na zimnej podłodze, by nieco ochłonąć. Wtedy też przez drzwi wszedł roześmiany Brendon i Spencerowi mało co nie wypadły oczy z czaszki, gdy zobaczył co brunet trzyma w ręce. A trzymał, kurwa, jointa. Albo blanta. Chyba, że to jedno i to samo. Spencer nie wiedział.
- Co ty, do kurwy, wyprawiasz?! - tak, teraz krzyczał.
Brendon spojrzał na niego nieco zdezorientowany, a potem podszedł do niego, usiadł obok i podał mu skręta. Zmierzył niechętnie dymiącą się bibułkę w ręku przyjaciela i wziął ją od niego. Nie zamierzał się jednak zaciągać. Za to szlochająca recepcjonistka-pączek znów rzuciła się w jego kierunku z wyciągniętą ręką.
- Ja przecież nic... - zaczął się na zapas bronić Spencer, ale kobieta tylko złapała jego dłoń i głęboko się zaciągnęła. Przymknęła oczy i na jej twarzy, pokrytej teraz smugami makijażu, wymalował się spokój. Brendon zachichotał gdzieś z boku i Spencer już wiedział, że to nie będzie łatwa noc.
Niedługo potem, upewniwszy się że recepcjonistka została tam gdzie trzeba, czyli za biurkiem recepcji, udali się w trójkę do ich pokoju. Właśnie tak. Brendon z wielką radością powitał Blair i obejmując się, zaczęli razem zmierzać w kierunku pokoju chłopaków. Spencer nie miał innego wyjścia jak tylko powlec się za nimi.
Ale nie wiedział nawet kiedy i jak to się stało, ale tamta dwójka zamknęła się w części Brendona i co chwilę było tylko słychać ich śmiech i jakieś niewyraźne rozmowy. A że Spencer był naprawdę zmęczony, szybko zasnął. I to właściwie było jego największym błędem, jaki mógł popełnić tamtego wieczoru.


4 komentarzy:

Natalia pisze...

I znów - cudownie długie i piękne. O co chodzi z tym wiecznym nawiązaniem do ich gejowstwa? Wiem, że to nieodłączna część P!ATD ale Spencer? Zawsze mnie to bawi. On w rzeczywistości wydaje mi się identyczny jak tu go opisujesz :)
Miło było wreszcie poznać Blair!
Szybciej, więcej, mocniej.
With love, me.

Yggdrasil pisze...

W twoim opowiadaniu Spencer jest taki, jakby jedyne co wcześniej robił to przykładnie uczył się na studiach i rozmawiał tylko z innymi nudnymi studentami. Taki przykład perfekcyjnego obywatela, ale czasami rzeczywiście wydaje się, że Spencer jest taki także w realnym świecie.
Lubię, że teraz piszesz dłuższe rozdziały, jest co czytać. Ładnie wszystko opisujesz i za to duży plus.
Akcja zawiła, ale to lubię, a Blair... przyznam, ze jeszcze mnie do siebie nie przekonała, ale myślę że w przyszłości się do niej przekonam.
Pozdrowienia, sweetie :)

Izzie pisze...

I znowu mam przed oczami Housa i Wilsona ;) Taka przyjazn spokojnego lekarza z wariatem.Ale mile mam skojarzenia z tymi postaciami.
Blair-niegrzeczna i zwariowana-idealna dla Brendona.Pisz dalej i zdrowiej!

spongie pisze...

Umiesz przyprawić człowieka o ciarki i sprawić, żeby był nieziemsko ciekawy dalszej części :) Pozytywnie, jak dla mnie, czekam na ciąg dalszy :D

Prześlij komentarz