Przed wami drugi rozdział. Bardzo się cieszę, że wszyscy przyjęli to opowiadanie tak entuzjastycznie.
Mam nadzieję, że ten part też wam się będzie tak podobać :) Jestem aktualnie chora, ale się starałam i mam nadzieję, że nie ma żadnych błędów. Ale jeśli są, to wybaczycie mi?
Indżoj!
*****************
Spencer niepewnie zmierzał w kierunku gabinetu „szefa”, jak
wszyscy nazywali dyrektora szpitala. Tak naprawdę był to równy
gość w średnim wieku, ale mimo wszystko budził respekt. Dlatego
właśnie Smithowi pociły się ręce i czuł nieznośne ciepło,
jakby ktoś właśnie wyłączył klimatyzację w całym budynku. Nie
potrzebował wyglądać jak mokry szczur, bo i tak już mu brakowało
odwagi i pewności siebie. Pracował tu zbyt krótko, by prosić o
tak długi urlop. Do tego McKenziee, bo tak brzmiało nazwisko
dyrektora, niechętnie na niego spoglądał, chociaż był naprawdę
dobry. Wszystko przez to, że był stanowczo zbyt młody jak na
samodzielnego lekarza. To nie była jednak wina Spencera, że
przeskoczył w życiu kilka etapów nauki szybciej niż inni. Miał
po prostu wyjątkowe zdolności. Dlatego w wieku 30 lat był
onkologiem, który mógłby pracować wszędzie. Wolał jednak ten
szpital.
- Nie przeszkadzam? - zapytał, kiedy usłyszał zaproszenie by
wejść, gdy cicho zapukał. Siwowłosy mężczyzna za biurkiem
kiwnął mu dłonią, pokazując by wszedł.
- Smith! Co do mnie sprowadza naszego genialnego onkologa? - zagadnął
McKenziee, uśmiechając się dobrotliwie, nie przestając grzebać w
kartkach rozłożonych na biurku. Spojrzał tylko przelotnie na
Spencera znad oprawek okularów i znów skupił wzrok na dokumentach.
Spencer nie był pewien jak zacząć. Pewnie gdyby dyrektor się w
niego wyczekująco wgapiał to by spanikował. Ale kiedy wydawało
się, że nie zwraca na niego uwagi, również nie było to wymarzoną
sytuacją. Odkaszlnął więc, by dodać sobie pewności siebie, ale
wyszło nieporadnie i cicho.
- Mam... pewną sprawę... – zaczął, ale kiedy dyrektor tylko
pokiwał głową, nadal na niego nie patrząc, jego hamulce popuściły
– Potrzebuję urlopu na nieokreślony czas – wyrecytował, a
słowa wyleciały z niego jak z karabinu.
- Hmm – dyrektor mruknął, kiwając głową – Nieokreślony?
Mniej więcej ile? Dwa, trzy dni?
- Co najmniej miesiąc, ale najlepiej dwa.
Dopiero teraz dyrektor przestał pochylać się nad kartkami i
spojrzał na stojącego przed nim lekarza, który z nerwów szarpał
mankiety swojego kitla. Jego brwi podjechały na czole tak wysoko, że
Spencer przez chwilę myślał, że znikną pod siwymi włosami
mężczyzny. Nic takiego jednak się nie stało. Zamiast tego
McKenziee ściągnął z nosa okulary i potarł miejsce na nosie,
gdzie przed chwilą się opierały.
- Smith. Po co ci tak długi urlop? - zapytał z pozoru łagodnie,
ale jego głos stał się nieco niższy i cichszy, a to sprawiło, że
Spencer poczuł, jak robi się coraz mniejszy i mniejszy. Był już
tak malutki, że mógłby zginąć w grubym dywanie przed czarnym
biurkiem dyrektora.
- Mój przyjaciel jest... bardzo chory... – zaczął cicho, patrząc
na czubki swoich butów. Nie miał tyle odwagi, by spojrzeć na
swojego przełożonego – Nie tylko potrzebuje opieki, ale przede
wszystkim potrzebuje przyjaciela.
- Będziesz się bawił w niańkę, Smith? - zapytał nieuprzejmie
McKenziee, sprawiając że policzki mężczyzny poczerwieniały. Ze
złości, nie z zawstydzenia.
- Ma jebaną białaczkę – wysyczał, kolejny raz przeklinając
ironię losu. Twarz dyrektora znów się zmieniła, ukazując czyste
zdumienie. Jak taki smarkacz mógł tak mówić do niego, poważnego
dyrektora poważnego szpitala? - I nie pozwolę, by moja praca w
jakikolwiek sposób przeszkodziła mi w spędzeniu z nim jego
ostatnich dni. Nawet jeśli będę się musiał zwolnić!
Teraz patrzył już dyrektorowi prosto w oczy, opierając się pewnie
o biurko. Był zbyt zdeterminowany by osiągnąć swój cel i
sprawić, by Brendonowi niczego nie zabrakło. I był zbyt
zdesperowany, by tak po prostu go zostawić. Kochał go. Kochał go
jak brata i nie wyobrażał sobie tego, że mógłby mu nie pomóc,
nawet jeśli musiałby zapakować jakieś ciało w plastikowy worek i
zakopać w lesie. To była bezwarunkowa miłość, dla której był
gotów poświęcić wszystko. Nawet swoją wymarzoną pracę.
Kiedy dyrektor wciąż patrzył na niego w osłupieniu, Spencer się
wyprostował i wygładził swój kitel. Spojrzał z góry na
McKenziee'go i pokiwał głową.
- W porządku. Jutro dostanie pan moje wymówienie.
Nie dodając nic więcej, wyszedł z gabinetu, udał się do pokoju
lekarzy, skąd zabrał swoją teczkę i czym prędzej wyszedł ze
szpitala. Jutro przekaże swoich pacjentów swojej koleżance po
fachu. Jutro złoży wymówienie. Jutro zacznie przeżywać ostatnie
chwile ze swoim przyjacielem i Bóg mu świadkiem, że żaden
McKenziee ani inny idiota nie stanie im na drodze. Spencer tego
dopilnuje.
Oczywiście nie wrócił do swojego mieszkania. Po drodze zgarnął
pizzę, która zawierała największą ilość warzyw i po chwili
stał już w mieszkaniu Brendona.
- Jest tu ktoś? - zawołał, odstawiając pudełko z jedzeniem na
stolik w salonie. - Brendon!
- Witaj kochanie! - usłyszał za sobą i gwałtownie się odwrócił.
Brendon właśnie taszczył jakieś pudło, ciągnąc je częściowo
po ziemi – Nie gap się, tylko mi pomóż – burknął, zmieniając
ton. Spencer z niewielkim wysiłkiem podniósł pakunek i spojrzał
pytająco na przyjaciela. Brendon wskazał mu kierunek i dopiero
wtedy Spencer zauważył pustą półkę na telewizor. Odstawił
pakunek przed nią, przyglądając się napisom na kartonie.
- Kupiłeś telewizor? Po co ci nowy telewizor?
- Nie marudź. Rozpakuj go, a ja popatrzę jak się przede mną
nachylasz – brunet poruszał śmiesznie brwiami i rzucił się na
kanapę. - Więcej warzyw się nie dało? - jęknął, otwierając
pudełko. - I nie ma sera! - zawołał z rozpaczą. Nie jadł pizzy
od wieków i jeśli miał być szczery, był całkiem głodny. Jego
żołądek ostatnio wracał do normy, ale i tak nie mógł jeść
zbyt wiele.
- Teraz ty marudzisz – słusznie zauważył Spencer i wziął się
za rozpakowywanie sprzętu. - Wiesz, że jestem przeciwnikiem takiego
jedzenia. Ale dzisiaj jest wyjątkowy dzień. - sapnął, wkładając
telewizor na miejsce poprzedniego.
- No właśnie! Co tutaj robisz tak wcześnie? - powiedział Brendon
z ustami pełnymi jedzenia. Pewnie będzie tego później żałował,
ale pizza, nawet taka napakowana warzywami, smakowała wyśmienicie i
nie mógł się powstrzymać.
- Ja... wziąłem urlop – gładko skłamał Spencer, odwracając
się do przyjaciela tyłem i udając, że ustawia odpowiedni kąt
telewizora, próbując odtworzyć sposób, w jaki stało poprzednie
urządzenie. Brendon na chwilę przestał rzuć i popatrzył na
plecy przyjaciela, ale nie skomentował tego co powiedział.
- Siadaj, mam dwie pary okularów – powiedział po chwili, sięgając
na półkę.
- To telewizor 3D? - zdziwił się Smith, ale posłusznie wsunął na
nos okulary.
- Pomyślałem, że porno w 3D będzie jeszcze bardziej ciekawe –
powiedział Urie. Przyjaciel zmierzył go wzrokiem, mając nadzieję,
że żartuje. Ale Brendon z powagą przeżuwał kawałek pizzy.
Powinien się domyślić, że większość rzeczy, które mówi jego
przyjaciel, czasem jest absurdalna, ale prawdziwa.
***
Płomiennie czerwonowłosa dziewczyna w legginsach w panterkę,
czarnym, luźnym t-shircie z nazwą zespołu rockowego i skórzanej
kurteczce stała na środku lotniska. Była albo znudzona albo
zniecierpliwiona. Na pierwszy rzut oka nie da się tego określić.
Ale na pewno nie była zadowolona. Przyciskała do swojego ucha
białego iPhone'a. Na szyi miała zawieszone czarne duże słuchawki,
z których kabel ciągnął się aż do skórzanej torby
przewieszonej przez ramię. Była dość charakterystyczna i
wyróżniała się na tle mężczyzn w garniturach i zwykłych
turystów.
- Gdzie jesteś?! - z głośnika dobiegł rozzłoszczony głos
mężczyzny. - Blair Anne Shepherd, co ty kurwa, zrobiłaś?
- Nic, tatusiu – zaszczebiotała rudowłosa, stojąc w poczekalni
lotniska O'Hare. Miała ze sobą tylko niewielką torbę, którą
przewiesiła sobie przez ramię. Sama się sobie dziwiła, że
zabrała tak mało rzeczy, ale jak szaleć to szaleć, drzwi wyważyć,
okna wstawić – Zrezygnowałam ze studiów – powtórzyła,
zerkając na zegarek. Nie mogła przegapić samolotu.
- Masz w tej chwili wrócić do domu! - jej ojciec mówił tak
głośno, że była pewna, że wszyscy w promieniu 10 metrów są w
stanie go usłyszeć. Westchnęła zniecierpliwiona, ale pan Shepherd
zdawał się tego nie usłyszeć. - Zaraz zadzwonię do dziekana i
powiem mu, że to był głupi wybryk. Wiele nam zawdzięcza, na pewno
się zgodzi.
- Spoko, dzwoń, ale ja tam nie wracam – burknęła, będąc pewną,
że twarz jej ojca jest w tej chwili czerwona ze złości jak
piwonia. Albo mak. Z łatwością potrafiła sobie wyobrazić jak
pogłębiają się jego zmarszczki i mężczyzna nerwowo luzuje
krawat. - Tatusiu, kocham cię. Po prostu daj mi trochę czasu, OK?
Studiowanie sztuki jest nieważne. Ważne jest moje życie i moje
doświadczenia. Chcę tworzyć, ale muszę mieć z czego, rozumiesz?
Nathaniel Shepherd nie rozumiał. Nie pojmował postępowania swojej
córki, która od narodzin, a nawet wcześniej, nie robiła niczego
tak jak powinna. Urodziła się przez cesarskie cięcie, bo chciała
wyjść nie tą stroną, którą powinna, czyli główką do przodu.
W przedszkolu, zamiast bawić się z innymi dziećmi, zbierała
kwiaty i układała z nich dziwne rzeczy w piaskownicy. Nieraz jej
rysunki niepokoiły przedszkolanki. Kiedy poszła do prywatnej szkoły
dla dziewcząt, prowadzonej w dużej mierze przez zakonnice, często
sprawiała kłopoty. Podwijała swoją spódniczkę z mundurka,
przekraczając dozwolony limit krótkości. Nie nosiła rajstop, jak
przystało na dobrze wychowaną pannę, ale jeśli już była do tego
zmuszona, nigdy nie były gładkie. Na złość nadopiekuńczej matce
paliła tuż pod oknem i sprowadzała chłopaków po kryjomu.
Oczywiście tak, by ktoś ją z nimi w porę zauważył. Wymykała
się, robiła dziwne rzeczy, tłumacząc je sztuką. Ale jak sztuką
nazywać napis nabazgrany sprayem na murze muzeum?
Ojciec Blair westchnął ciężko. W żaden sposób nie mógł jej
powstrzymać, była już dorosła i mogła decydować o swoim losie
sama. Nie pogodził się z wyborem córki, ale kochał ją zbyt
mocno, by pozwolić by cierpiała.
- Pamiętaj, że jeśli coś ci się stanie, to osobiście cię
dobiję – usłyszała niski pomruk i uśmiechnęła się szeroko.
Wygrała. Kolejny już raz. Poprawiła opaskę na włosach i mocniej
złapała pasek torby. - Kocham cię, cukiereczku...
- Ja ciebie też, tatusiu...
Takim sposobem Blair zaczęła podróżować od stanu do stanu,
robiąc różne dziwne rzeczy. Miała już milion zdjęć i jeszcze
więcej wspomnień.
Aktualnie znajdowała się w słonecznej, gorącej Kalifornii, gdzie
poznała kilku surferów, którzy udzielili jej paru darmowych
lekcji. I to na pewno miało dużo wspólnego z tym, że dziewczyna
miała wrodzony dar przekonywania i urok, który wabił wszystkich.
To nie tak, że była naprawdę piękna. Po prostu miała w sobie coś
takiego, co przyciągało do niej ludzi. Jej ojciec nazywał ją
lepem – każda mucha musiała się do niej w końcu przykleić. Ale
Blair nie narzekała. Zawdzięczała wiele temu, że ludzie szybko
jej zaczynali ufać.
Teraz jej kierunkiem był Nowy Jork. Red Bulls grali najważniejszy
mecz sezonu!
***
- Dobrze się czujesz? - mruknął Spencer, podając poduszkę
Brendonowi, którą właśnie przyniosła stewardessa. Brunet
wywrócił wymownie oczami i wcisnął sobie poduszkę pod głowę.
- Nie przesadzaj. Zachowujesz się jakbym umierał! - Spencer
zmierzył go tylko wzrokiem, wcale nierozbawiony „żartem”
przyjaciela. Westchnął ciężko i wrócił do czytania książki.
Co jakiś czas zerkała na nich dziewczyna, która siedziała przed
nimi, ale Spencer to ignorował, chociaż na początku się
zastanawiał, czy skądś się nie znają. Ale nie przypominał sobie
żadnej czerwonowłosej ciekawskiej nastolatki w swoim życiu.
Brendon zasnął znudzony filmem, który oglądał na tablecie i
uroczo ślinił się w poduszkę, zwinięty na fotelu. Spencer
poprawiał mu co chwilkę koc, który się z niego zsuwał. Nie mógł
się też powstrzymać przed zrobieniem chłopakowi zdjęcia, żeby
później móc patrzeć jak się na niego denerwuje, krzycząc by je
usunął. W końcu dziewczyna przestała zerkać na nich ukradkiem.
Gapiła się otwarcie, wyglądając zza oparcia. Spojrzał na nią
pytająco, a ona zamiast się speszyć, uśmiechnęła się do niego.
- To twój chłopak? - wypaliła na starcie, ale w jej oczach nie
było jakiejś złośliwości. Była po prostu ciekawa. Smith
zamrugał zaskoczony tak bezpośrednim pytaniem i minęła dobra
chwila zanim zebrał się w sobie, by odpowiedzieć, ale nie zdążył.
- Co ty, on w ogóle nie jest w moim typie – usłyszeli zaspany
głos z boku. Brendon, wciąż zwinięty w kłębek jak kociak,
poprawił swoją czapkę, tzw. beanie i uśmiechnął się do
dziewczyny.
- Blair – dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku bruneta, wciąż
szczerząc się do niego. Spencer patrzył na nią troszkę nieufnie,
nie bardzo wiedząc co powinien o niej myśleć. Nie był zbyt
otwartą osobą i nawiązywanie nowych znajomości przychodziło mu z
trudnością. Dziewczyna, która ni stąd ni zowąd nagle zaczęła
do nich mówić, nie znalazła się od razu na liście jego
przyjaciół.
- Hej Blair – brunet uścisnął rękę dziewczyny – Jestem
Brendon, a ten mruk to Spencer. I oboje naprawdę wolimy cycki.
Blair się roześmiała i po chwili już klęczała tyłem na swoim
siedzeniu i podpierała brodę na oparciu, trajkocząc jak katarynka
z Brendonem. Szybko znaleźli wspólny temat, Spencer tylko się
przysłuchiwał, od czasu do czasu przytakując przyjacielowi.
Lot upłynął im dość szybko. Spencer zamienił się po pewnym
czasie miejscami z Blair, na niemą, acz bolesną prośbę Brendona,
który kopnął go dość dotkliwie w piszczel, kiedy chciał
oponować. Ale zamiana miejsc dała mu możliwość spokojnego
czytania książki, bez konieczności wysłuchiwania chichotów
dziewczyny i głupich tekstów Brendona. Wciąż nie rozumiał jak
przyjaciel to robi, że jest tak otwarty i tak szybko zjednuje sobie
ludzi. Nawet teraz, mimo iż naprawdę nie był w swojej najlepszej
formie, potrafił przyciągnąć do siebie jakąś dziewczynę, która
była naprawdę ładna.
- Miała fajny tyłek, nie? - zagadnął Brendon, kiedy już byli w
Nowym Jorku i jechali właśnie żółtą taksówką do hotelu.
Spencer spojrzał na przyjaciela, osądzając go i mając nadzieję,
że chłopak choć trochę się zawstydzi. - Nie mów, że nie
widziałeś! Też popatrzyłeś!
- Jesteś okropny – burknął Spencer, wstydząc się za nich
oboje. Może i spojrzał. Może. Nie zrobił tego przecież
celowo. Po prostu szła przed nimi, kiedy wychodzili z samolotu.
Każdemu się może zdarzyć. Tak właściwie to była jej wina, bo
miała na sobie takie wzorzyste, przyciągające wzrok spodnie.
- I tak mnie kochasz – odparował Brendon, uśmiechając się z
zadowolenia. Był z siebie wyraźnie dumny i to sprawiało, że
Spencer zarumienił się jeszcze bardziej.
Hotel może nie był pięciogwiazdkowy, ale był naprawdę ładnie
urządzony. Pokój, który zajęli, był dwuosobowy, przedzielony na
dwie części rozsuwanymi drzwiami, więc wyglądało to jakby były
w nim dwie sypialnie. Łazienka, cała w marmurowo-białych kafelkach
była dość przestronna, a dyskretne oświetlenie nadawało jej
przytulności i sprawiało, że kafelki wydawały się cieplejsze niż
były w rzeczywistości.
Brendon rozsunął wielkie, białe drzwi i rzucił się na łóżko,
nie przejmując się faktem, że Spencer wszedł do pokoju jakieś 5
minut później niż on, taszcząc ze sobą ich bagaże. Po chwili
brunet, ku wielkiemu zaskoczeniu przyjaciela, zerwał się z łóżka
i podbiegł do drugiego, rzucając się na nie.
- Biorę to!
Spencer tylko westchnął i położył torby na ziemi. Przecież nie
będzie się sprzeczał o dwa identyczne łóżka. Idąc za
przykładem Brendona, położył się na „swoim” i zamknął
oczy.
- Padam na twarz – wymruczał. Lot go zmęczył tak, że mógłby
właściwie od razu zasnąć. Kiedy Brendon nie odpowiedział,
leniwie podniósł jedną powiekę, by sprawdzić co się dzieje.
Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast Brendona zobaczył puste
łóżko. Natychmiast usiadł i rozejrzał się. Przecież nie
zasnął, prawda? Jak brunet mógł po prostu zniknąć?
- Brendon? - zawołał niepewnie, ale nie otrzymał odpowiedzi. -
Gdzie on do cholery polazł...
Niezgrabnie wstał z miękkiego materaca i jeszcze dokładniej
sprawdzając pokój i łazienkę, upewnił się, że chłopaka tu nie
ma. Westchnął ciężko i zakładając czarną jeansową kurtkę,
wyszedł z pokoju.
- Przepraszam, widziała może pani mojego kolegę, przed godziną
przyjechaliśmy razem i braliśmy klucz... - zagadnął
recepcjonistkę, a ta spojrzała na niego tępym wzrokiem.
Ostentacyjnie przeżuła gumę i spojrzała jeszcze raz na monitor
komputera. Kątem oka Spencer dostrzegł, że oglądała jakiś
serial i bohaterzy w tej właśnie chwili siedzieli na kwiecistej
kanapie i zawzięcie ssali sobie twarze. Przeniósł pytające
spojrzenie z powrotem na kobietę. Ta tylko westchnęła, jakby
właśnie zapytał o coś oczywistego lub zupełnie nudnego.
- Proszę pana, ja sobie nie zapisuję, kto tu wchodzi, a kto
wychodzi – burknęła, znów wlepiając oczy w monitor. Para
właśnie dość wygodnie mościła się na wspomnianej wcześniej
kanapie.
- Gdyby to było nieważne, to bym nawet nie pytał, tak? -
powiedział Spencer, siląc się na uprzejmość, chociaż
recepcjonistka właśnie znalazła się na jego czarnej liście
ludzi, którzy w razie zagłady albo apokalipsy, powinni umrzeć jako
pierwsi.
- A gdybym ja to miała w kontrakcie, to bym na to zwracała uwagę –
kobieta wyraźnie się zirytowała. Jak ktoś śmiał jej przerywać
oglądanie w takim momencie, do tego zadając tak bezsensowne
pytania?
- Krowa – mruknął Smith, głośniej niż chciał, ale odwrotu już
nie było i recepcjonistka to usłyszała. Spojrzała na niego
wściekle i nawet wstała, co jak się okazało, nie było dobrym
pomysłem. Była od niego dużo niższa i wyglądała zupełnie jak
pączek na krótkich nóżkach.
- Coś ty powiedział?! - przez zdenerwowanie jej głos był znacznie
wyższy i wwiercał się nieprzyjemnie przez uszy Spencera aż do
mózgu, powodując natychmiastowy ból głowy. A może to z powodu
podwyższonego ciśnienia i adrenaliny poczuł nagły ucisk w
czaszce?
- Powiedziałem, że jesteś krową – odparł spokojnie. Rzadko
krzyczał. Naprawdę trudno było go zdenerwować aż tak, by zaczął
się wydzierać. Poza tym doskonale wiedział, że względny spokój
podczas kłótni wyprowadza oponenta z równowagi bardziej niż
niejedna wykrzyczana obelga.
- Jak śmiesz ty... Ty... Ty chamie! - pisnęła kobieta-pączek i
poczerwieniała ze złości. Nawet gruba warstwa makijażu tego nie
ukryła.
- Zawsze się tak pani odzywa do gości hotelowych? Ktoś tutaj kazał
pani za karę pracować czy jak? - Smith obserwował jak
recepcjonistka wściekle stukając obcasami, coraz bardziej się
czerwieni i nadyma. Teraz wyobraził ją sobie jako czerwony balonik,
który rośnie coraz bardziej. Kiedyś będzie musiała pęknąć.
Prawie roześmiał się z powodu własnej wyobraźni, ale usłyszał
wściekły ryk i już po chwili został uderzony kwiatkiem, który
stał na blacie recepcji. Ze zdziwieniem spojrzał najpierw na swoją
koszulę, teraz brudną od ziemi, następnie pod swoje nogi, gdzie
leżała potłuczona doniczka, a spomiędzy jej skorup smętnie
wystawały zielone listki.
- Jesteś nienormalna?! - przestraszył się nie na żarty, kiedy
kobieta złapała kolejną rzecz, którą miała pod ręką –
klawiaturę komputera. Jakimś cudem recepcjonistka znalazła się
nagle tuż obok niego i zaczęła z furią uderzać go w ramię
klawiaturą. Jedyne, na co zdobył się Spencer to osłanianie się
ręką. Nie mógł uderzyć kobiety! Poza tym wciąż był w zbyt
dużym szoku, by cokolwiek zrobić. Bo jak wytłumaczyć taki napad
złości? Nie zrobił nic aż tak strasznego, by musiała reagować
tak ostro. Rozpaczliwie rozglądał się po holu, ale nie widział
nikogo, kto mógłby mu w jakiś sposób pomóc. W końcu wyrwał
klawiaturę z rąk kobiety, a ta stanęła zdumiona, patrząc na
niego ogromnymi oczami. Przyłożyła obie dłonie do ust i wydała z
siebie bliżej nieokreślony dźwięk, który szybko okazał się być
szlochem. Osunęła się na ziemię i oparła plecami o biurko,
płacząc głośno. I zrozum tu kobiety, człowieku.
- Dobrze... Dobrze się pani czuje? To nic, naprawdę. Proszę tylko
przestać płakać, OK? Ja... Nie wiem co mam zrobić. Chce pani
wody? - na ostatnie zdanie kobieta zaszlochała jeszcze głośniej,
praktycznie wpadając w spazmy, a Spencer zastanawiał się za jakie
grzechy go takie coś spotyka.
- Boże, co ty jej zrobiłeś? - usłyszał za sobą znajomy głos.
Przy wejściu stała ta sama dziewczyna, którą spotkali wcześniej
w samolocie.
- Blair? - Spencer nie był pewien czy jest wdzięczny, bo nie jest
już sam, czy zdenerwowany tym, że Blair jest najwyraźniej w tym
samym hotelu. Dziewczyna szybko podeszła do nich i zaczęła coś
mówić do recepcjonistki. Chłopak odsunął się od nich i usiadł
na zimnej podłodze, by nieco ochłonąć. Wtedy też przez drzwi
wszedł roześmiany Brendon i Spencerowi mało co nie wypadły oczy z
czaszki, gdy zobaczył co brunet trzyma w ręce. A trzymał, kurwa,
jointa. Albo blanta. Chyba, że to jedno i to samo. Spencer nie
wiedział.
- Co ty, do kurwy, wyprawiasz?! - tak, teraz krzyczał.
Brendon spojrzał na niego nieco zdezorientowany, a potem podszedł
do niego, usiadł obok i podał mu skręta. Zmierzył niechętnie
dymiącą się bibułkę w ręku przyjaciela i wziął ją od niego.
Nie zamierzał się jednak zaciągać. Za to szlochająca
recepcjonistka-pączek znów rzuciła się w jego kierunku z
wyciągniętą ręką.
- Ja przecież nic... - zaczął się na zapas bronić Spencer, ale
kobieta tylko złapała jego dłoń i głęboko się zaciągnęła.
Przymknęła oczy i na jej twarzy, pokrytej teraz smugami makijażu,
wymalował się spokój. Brendon zachichotał gdzieś z boku i
Spencer już wiedział, że to nie będzie łatwa noc.
Niedługo potem, upewniwszy się że recepcjonistka została tam
gdzie trzeba, czyli za biurkiem recepcji, udali się w trójkę do
ich pokoju. Właśnie tak. Brendon z wielką radością powitał
Blair i obejmując się, zaczęli razem zmierzać w kierunku pokoju
chłopaków. Spencer nie miał innego wyjścia jak tylko powlec się
za nimi.
Ale nie wiedział nawet kiedy i jak to się stało, ale tamta dwójka
zamknęła się w części Brendona i co chwilę było tylko słychać
ich śmiech i jakieś niewyraźne rozmowy. A że Spencer był
naprawdę zmęczony, szybko zasnął. I to właściwie było jego
największym błędem, jaki mógł popełnić tamtego wieczoru.

4 komentarzy:
I znów - cudownie długie i piękne. O co chodzi z tym wiecznym nawiązaniem do ich gejowstwa? Wiem, że to nieodłączna część P!ATD ale Spencer? Zawsze mnie to bawi. On w rzeczywistości wydaje mi się identyczny jak tu go opisujesz :)
Miło było wreszcie poznać Blair!
Szybciej, więcej, mocniej.
With love, me.
W twoim opowiadaniu Spencer jest taki, jakby jedyne co wcześniej robił to przykładnie uczył się na studiach i rozmawiał tylko z innymi nudnymi studentami. Taki przykład perfekcyjnego obywatela, ale czasami rzeczywiście wydaje się, że Spencer jest taki także w realnym świecie.
Lubię, że teraz piszesz dłuższe rozdziały, jest co czytać. Ładnie wszystko opisujesz i za to duży plus.
Akcja zawiła, ale to lubię, a Blair... przyznam, ze jeszcze mnie do siebie nie przekonała, ale myślę że w przyszłości się do niej przekonam.
Pozdrowienia, sweetie :)
I znowu mam przed oczami Housa i Wilsona ;) Taka przyjazn spokojnego lekarza z wariatem.Ale mile mam skojarzenia z tymi postaciami.
Blair-niegrzeczna i zwariowana-idealna dla Brendona.Pisz dalej i zdrowiej!
Umiesz przyprawić człowieka o ciarki i sprawić, żeby był nieziemsko ciekawy dalszej części :) Pozytywnie, jak dla mnie, czekam na ciąg dalszy :D
Prześlij komentarz