Hej Misie!:3
Nawet nie wiecie jak bardzo mi przykro. Ostatnia notka była miesiąc temu! Przepraszam! Chcę wam tylko powiedzieć, że nie porzuciłam tego opowiadania. po prostu jest trudne do napisania i zaczęłam się od niego dystansować. A to jedna z najgorszych rzeczy jaka mogła mi się przytrafić. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, co?
W każdym razie przybywam z nową notką, której nawet nie sprawdziłam jakoś dokładnie. Chciałam wam to jak najszybciej pokazać, żeby jakoś zatrzeć złe wrażenie.
Tak więc,
Indżoj!
***************************
Oczywiście wybrali podróż samolotem. Tak było szybciej i mniej
stresująco, chociaż kobieta w biurze podróży starała się
przekonać Spencera do podróży autobusem i „podziwiania
krajobrazu Europy”, który zapewne głównie był skromnym lasem
przy autostradzie. Ustąpiła dopiero kiedy Spencer westchnął i
spokojnie, aczkolwiek dobitnie, powiedział jej, że nie interesują
go krajobrazy, po prostu chce się jak najszybciej znaleźć w
Polsce. Mógł po prostu wybrać się z laptopem do najbliższej
kawiarenki i kupić bilety samodzielnie, ale tak miał zajęcie na
dłuższy czas.
Lot nie trwał długo, prawie jak podróż pociągiem z miasta do
miasta. Ameryka była ogromna, a każdy ze stanów był dość
rozległy. W europie wszystko wydawało się zupełnie inne.
Mniejsze, bliższe, starsze, dostojniejsze i bardziej przyjazne.
Ludzie mówili dziwnymi językami, inaczej wyglądali i inaczej się
zachowywali.
Polska
przywitała ich dość chłodną temperaturą, ale pogoda była
ładna. Świeciło słońce i wiał lekki wietrzyk, ale i tak
Brendon, nieco zaspany po podróży, narzekał że mu zimno, ciasno
owijając się szarą kurtką. Oczywiście to, że Brendonowi było
zimno było skutkiem tego, że ostatnio niewiele jadł i jego
organizm nie miał zbyt wiele energii, by dobrze ogrzać jego ciało.
Chłopak wydawał się jeszcze bledszy i bardziej anemiczny niż
zwykle, kiedy stał pod ścianą lotniska z zamkniętymi oczami,
słuchając czegoś, co mówiła do niego Blair. Spencer jeszcze
chwilę go obserwował, starając się ignorować nieznośny ucisk w
brzuchu, świadczący o niczym innym jak trosce i strachu, a potem
machnięciem wskazał na mężczyznę, dość młodego, który stał
oparty o maskę srebrnego samochodu z napisem „Taxi”.
Mężczyzna w pierwszym
momencie tylko na niego spojrzał, ale w końcu odbił się płynnym
ruchem od samochodu i podszedł do niego. Kiedy się zbliżał,
Spencer modlił się by znał angielski. Kiedyś obiło mu się o
uszy, że tylko 30% społeczeństwa w Polsce zna język angielski w
stopniu komunikatywnym.
- Gdzie tu jest najbliższy hotel? - zapytał, kiedy mężczyzna już
do niego podszedł. Gdzieś z tyłu usłyszał cichy jęk
niezadowolenia i domyślił się, że to Brendon. Rzucił kątem oka
w tamtym kierunku, a ciekawski taksówkarz podążył jego śladem.
- Hotel? - powiedział w końcu z ciężkim akcentem, po czym
niezdarnie dodał – Pewnie, hotel. Zabiorę.
Spencer nieco odetchnął, widząc że mężczyzna może nie
najpiękniej, ale jednak potrafił się z nim porozumieć. Mówił w
podobny sposób co pomoc domowa Dallona. Może tamta kobieta też
była z Polski? Nie pamiętał jak miała na imię, ale przypomniało
mu się jak był u niego na kolacji, gdy Weekes miał urodziny i jak
rozmawiał z tą kobietą, która wtedy podawała naprawdę
przepyszne jedzenie.
Spencer pomógł taksówkarzowi z ich bagażami, które jakimś cudem
zmieściły się w tym europejskim, małym samochodzie i następnie
wrócił po Blair i Brendona, którzy nie zwracali najmniejszej uwagi
na to co się dzieje. Mógłby równie dobrze odjechać bez nich i
pewnie by się nie zorientowali.
- Idziecie? - zapytał luźno, gasząc w sobie uczucie, które
podpowiadało mu, że nie jest dobrze. Brendon był blady i miał
sińce pod oczami, ale Spencer starał się to zrzucić na fakt, że
chłopak wypił wcześniej tego dnia zbyt dużo i teraz cierpiał
właśnie przez to.
Niedługo potem znaleźli się w jakimś hotelu w Warszawie, gdzie na
szczęście już wszyscy, z którymi mieli styczność, mówili po
angielsku, czasem nawet lepiej niż ludzie, dla których ten język
był językiem ojczystym.
***
Kiedy
było już ciemno na zewnątrz, siedzieli w swoim pokoju hotelowym
niewiele mówiąc. Spencer siedział przy niewielkim stoliku pod
ścianą, rozmawiając przez Skypa ze swoją znajomą ze szpitala,
doktor Williams, która również była onkologiem i przejęła jego
pacjentów. Omówili kilka przypadków, gdzie Spencer bardziej
zaznajomił ją z tematem. Przy okazji dowiedział się czegoś o
swoich byłych pacjentach, ciesząc się z polepszenia stanu
niektórych z nich i żałując, słysząc o pogorszeniu się innych.
Wszyscy wciąż byli dla niego ważni, chociaż już nie miał prawa
ich leczyć.
- A co u twojego przyjaciela?
Chociaż miał słuchawki i z pewnością Brendon ani Blair nie
słyszeli tego, co mówi kobieta, niespokojnie zerknął w ich
kierunku. Leżeli razem na łóżku. Brendon z głową ułożoną na
brzuchu dziewczyny, wtulał się w nią zwinięty w kłębek, a ona
delikatnie gładziła jego włosy. Wyglądał jakby spał, ale
ciężkie westchnięcia zdradzały, że tak nie jest. Spojrzał z
powrotem na kobietę na ekranie komputera. Była starsza od niego i
bardziej doświadczona jako lekarz. Dlatego widząc jego zbolałą
minę, uśmiechnęła się dobrotliwie.
- Będzie dobrze – powiedziała pokrzepiająco, a Spencer uprzejmie
posłał jej uśmiech i przytaknął. Wiedział, że nie będzie
dobrze, bo Brendonowi było coraz ciężej, ale nie przyznawał się
do tego. Spencer widział, że coraz ciężej jest mu zmusić się
chociażby do przejścia kilku metrów i zasypia praktycznie na
siedząco. Był zmęczony, to zrozumiałe. Taki widok go smucił i
gniewał. Nie potrafił zrozumieć dlaczego akurat spotkało to
Brendona. Nie zasłużył sobie na to niczym, co do tej pory zrobił.
A cierpienie za przyszłe grzechy chyba nie wchodziło w grę.
Jeszcze na początku choroby Brendona, kiedy wszyscy byli dobrej
myśli i nadzieja na wyzdrowienie była zupełnie naturalną rzeczą,
Spencer rozmawiał o tym z księdzem podczas spowiedzi. Oczywiście
usłyszał, że niezbadane są Boskie wyroki. Poza tym według nauki
Kościoła, nikt nie był bez grzechu. Zwłaszcza ktoś, kto odstąpił
od religii i zignorował Boga, a Brendon właśnie tak zrobił.
Spencer nadal pamiętał dzień, w którym Brendon powiedział mu, że
Boga nie ma. Był w szoku, bo razem chodzili do jednego kościoła,
jeszcze wcześniej, kiedy nie znali się tak dobrze i byli małymi
dziećmi. Ale z czasem to co powiedział Urie wydawało się być
coraz bardziej prawdopodobne. Bo jak Bóg mógłby chcieć cierpienia
niewinnych dzieci? Albo jak mógłby pozwalać na tyle zła? Bóg
miał być dobrem, odpowiedzią na wszystko i ratunkiem. A kiedy
Spencer modlił się o to, by Brendon wyzdrowiał, nic się nie
stało. Był w stanie poświęcić wszystko, byleby jego przyjaciel
poczuł się lepiej. Może faktycznie nie było Boga?
***
Następnego dnia rano razem udali się na śniadanie, chociaż
Spencer widząc skrzywioną minę Brendona zaproponował, by zjedli w
pokoju. Ale chłopak uparł się, że powinni gdzieś wyjść,
najlepiej żeby zjeść pączki, bo było to właśnie to, po co tu
są.
Po krótkim spacerze znaleźli jakąś cukiernię. Zajęli jeden ze
stolików, a Blair poszła złożyć zamówienie. Słodycze nie były
najlepszym pomysłem na śniadanie, ale było to życzeniem Brendona,
więc nikt nie zgłosił sprzeciwu.
Za ladą stał młody chłopak, który uśmiechnął się serdecznie
na ich widok.
- Poproszę trzy pączki – powiedziała Blair, uprzednio upewniając
się, że chłopak zna angielski, przy przywitaniu. Spojrzał na nią
zaskoczony.
- Serio? Pączki na śniadanie? - zagadnął, ale zabrał się za
rozkładanie zamówienia na talerzykach. Czerwonowłosa wzruszyła
ramionami, nie chcąc się tłumaczyć. - Twój przyjaciel nie
wygląda najlepiej. Ciężka noc? Może jeszcze kawę?
Blair zerknęła na Brendona, który opierał głowę na rękach i
patrzył w stół. Spencer coś cicho do niego powiedział i wtedy
podniósł wzrok, od razu szukając Blair. Ale nie posłał jej
swojego zwykłego uśmiechu, jedynie grymas.
- Mhm. On nie pije kawy. Ale herbata byłaby dobrym pomysłem –
powiedziała, odwracając się znów do chłopaka za ladą. Ten tylko
skinął głową. Chwilę potem chłopak przyniósł ich zamówienie,
życząc im smacznego.
Blair nie zwróciła szczególnej uwagi na to, że Brendon się nie
odzywa. Zaś Spencer niepewnie zerkał na przyjaciela, który
normalnie był gadatliwy, nawet jeśli mówił coś bez sensu. Urie
siedział nachmurzony i zabijał wzrokiem jedzenie, usilnie starając
się nie patrzeć w kierunku lady, gdzie stał ten chłopak. Nie
wiedział co wywołało taką reakcję u przyjaciela. Ale kiedy
skończyli jeść i chłopak przyniósł im rachunek i Blair
powiedziała, że zapłaci, od razu zrozumiał, że Brendon był
zwyczajnie zazdrosny. Może i miał ku temu powody. Bo sprzedawca czy
jakkolwiek by go tam nie nazwać, zupełnie zignorował dwójkę
chłopaków, rzucając uśmiechy w kierunku czerwonowłosej.
W końcu Blair poszła zapłacić, przez co wywiązała się między
nimi krótka rozmowa. Brendon patrzył na to z boku, udając że go
to nie rusza, ale było widać, iż ma ochotę coś zrobić. W końcu
zacisnął zęby i wstał od stolika, zanim Spencer mógł cokolwiek
zrobić.
- Brendon... - zaczął, ale przerwał mu ostry głos chłopaka.
- Skończyliście już?
Blair spojrzała na niego zaskoczona, ale i poirytowana. Brendon
przez cały dzisiejszy poranek był w złym humorze. Cóż,
przynajmniej od kiedy weszli do tej kawiarenki. Pożegnała się z
chłopakiem, uprzednio zapisując sobie jego numer w telefonie, co
nie uszło uwadze Brendona. Urie wypadł przez drzwi na zewnątrz z
wściekłym wyrazem twarzy. Blair spojrzała na Spencera, szukając
wyjaśnienia zachowania jej chłopaka, ale Smith tylko wzruszył
ramionami.
- Co w ciebie wstąpiło?! - zawołała, kiedy już wyszła na
zewnątrz. Brendon było dobre kilka metrów przed nimi, ale
widocznie nie zamierzał zwolnić. - Brendon! - spróbowała jeszcze
raz i dopiero wtedy chłopak się zatrzymał i odwrócił w jej
kierunku. Spencer stał z boku, chyba przeczuwając, że lepiej się
nie zbliżać. - Możesz mi wyjaśnić dlaczego, do kury nędzy,
zachowujesz się jak rozkapryszony bachor?! - Blair podeszła bliżej
Brendona, nie zawracając sobie głowy tym, że stali na środku
chodnika i wszyscy mogli ich widzieć i słyszeć.
- Tak jakbyś nie wiedziała... - syknął Brendon. Miał wykrzywioną
w grymasie twarz i zarumienione od emocji policzki. Blair spojrzała
na niego pytająco, zakładając ramiona na piersi. Była zirytowana
zachowaniem Brendona, który zwyczajnie bez powodu zrobił się
opryskliwy. - Nie zapomnij wykasować mojego numeru – dodał i znów
zaczął iść z pięściami zaciśniętymi w kieszeniach swojej
bluzy i z pochyloną głową. A Blair stała na środku chodnika z
szeroko otwartymi oczami, w których po chwili zaczęły się zbierać
łzy. Oddychanie nagle zaczęło sprawiać jej ból i zapewne gdyby
nie ręka Spencera, która w odpowiednim momencie znalazła się na
jej ramieniu, ściskając je lekko, rozpadłaby się na kawałki.
- Czy... Czy on właśnie... zerwał ze mną? - wyszeptała, nie do
końca pewna tego co właśnie się stało. Brendon nie mógł z nią
zerwać. Nie mógł najpierw rozkochać jej w sobie, a potem porzucić
ją jak zabawkę, która mu się znudziła. Do tego bez
jakiegokolwiek powodu. Po prostu, ot tak, bo taki miał pomysł na
dzisiejszy ranek.
- Hej, hej – Spencer wymruczał, widząc jak dolna warga Blair
niebezpiecznie drży, a jej oczy robią się coraz bardziej szkliste
– On nie miał tego na myśli, jestem tego pewien. Pozwól mi z nim
porozmawiać – Spencer zerknął w kierunku Brendona, który
oddalał się coraz bardziej.
- Jak sobie chcesz... - Blair w końcu burknęła i otarła wierzchem
dłoni skórę tuż pod oczami. - Ja wracam do hotelu.
To powiedziawszy, odwróciła się na pięcie. Spencer miał ochotę
złapać Brendona i Blair za karki i zderzyć ich razem głowami,
byleby w końcu oprzytomnieli. Brendon był przytłoczony wszystkim,
czuł się coraz gorzej i sytuacja z tym chłopakiem w cukierni
uświadomiła mu tylko, że nie będzie miał Blair na zawsze. A
Blair była uparta, zresztą podobnie jak Brendon i usłyszała
dokładnie to, czego się bała. Nie chciała stracić Brendona. Więc
paradoksalnie, chociaż nawzajem siebie pragnęli, właściwie się
oddalali.
Spencer westchnął, będąc rozdartym pomiędzy próbą
wytłumaczenia Blair zachowania Brendona, a zrobieniem tego samego
względem swojego przyjaciela. W końcu jednak stwierdził, że
pójdzie za przyjacielem i dopilnuje by nie zrobił nic głupiego.
Wściekły Brendon bywał nieprzewidywalny. Po kilku minutach
szybkiego marszu, znalazł Brendona siedzącego na ławce, z łokciami
opartymi o kolana i rękami podpierającymi jego głowę. Nie widział
jego twarzy więc nie był pewien czego oczekiwać.
- Spierdoliłem – warknął Brendon, zanim Spencer w ogóle zdążył
się odezwać. Więc westchnął tylko i usiadł obok przyjaciela.
- Co ci odbiło? - Spencer cicho zapytał, obserwując mijających
ich ludzi. Niektórzy zerkali z zaciekawieniem na Brendona, który
wciąż siedział pochylony i zamknięty w swoim małym świecie.
- Nie wiem... - Urie jęknął żałośnie, splatając swoje palce na
karku, przez co pochylił się jeszcze bardziej. Trwali tak chwilę w
ciszy. Spencer wiedział, że jeśli Brendon będzie chciał coś
powiedzieć to powie. Zresztą to nie jemu się powinien tłumaczyć
ze swojego wybuchu. - Gdzie ona jest? - zapytał po kilku minutach,
prostując się i wlepiając wzrok w twarz Spencera. Tym razem
wyglądał na zdesperowanego i to też nie podobało się Spencerowi.
- Może daj jej ochłonąć, co? - Spencer zasugerował, ale Brendon
już kierował się w kierunku hotelu. Spencer dogonił go, chcąc mu
przetłumaczyć, że więcej emocji na razie nie jest im potrzebne,
ale Brendon był zbyt nastawiony na to, by pogadać z Blair i nie dał
sobie nic powiedzieć. W końcu Spencer się poddał, mrucząc coś o
tym, że pójdzie pozwiedzać. Mogło być albo lepiej albo gorzej.
Brendon do wielu rzeczy podchodził zbyt emocjonalnie i to mogło mu
w tej chwili zaszkodzić. Z drugiej strony Blair była typem
człowieka, który był uparty i jeśli raz coś sobie postanowiła,
prawdopodobnie tak musiało już być.
Brendon kilka minut później był już w hotelu, w którym się
zatrzymali.
- Blair? - zawołał, widząc, że ich pokój jest pusty. Dopiero po
chwili zobaczył uchylone drzwi prowadzące na niewielki balkonik.
Znalazł na nim Blair, z papierosem w dłoni, opartą o metalową
barierkę.
- Od kiedy palisz? - zapytał zdziwiony. Nigdy nie widział Blair
palącej papierosy, ale jedno jej spojrzenie zaczerwienionych oczu i
całkowicie o tym zapomniał.
- Zostaw mnie w spokoju – warknęła Blair, znów spoglądając na
miasto. Było dość szaro i słońce próbowało się nieudolnie
przebić przez chmury, nadając wszystkiemu jeszcze bardziej
przygnębiający wygląd. Brendon westchnął i oparł się plecami o
ścianę.
- Przepraszam – powiedział po chwili, również patrząc na
Warszawę. Było słychać przejeżdżające samochody gdzieś w dole
i gdyby Brendon się tylko wychylił, mógłby zobaczyć sznureczek
wolno przesuwających się aut. Blair prychnęła, na chwilę się do
niego odwracając, po czym wyrzuciła niedopalonego papierosa i
weszła z powrotem do pokoju. Brendon oczywiście podążył za nią.
- Zostawiłeś mnie na środku jebanego chodnika, warcząc coś o
usuwaniu twojego numeru. Och, tak, zwykłe „przepraszam”
wystarczy, Urie! – parsknęła Blair, wyraźnie zła. - Nie chce
twojego przepraszam – powiedziała stanowczo, odwracając się
przodem do Brendona. Zbliżyła się do niego z wyciągniętym palcem
wskazującym i dźgnęła go nim w klatkę piersiową.
- Przez tę krótką cholerną chwilę, myślałam że mnie
zostawiłeś, idioto. I nie masz pojęcia jak bardzo to bolało! -
krzyknęła, dźgając go kolejny raz, tym razem mocniej, sprawiając
że się nieco zachwiał. - Nie możesz tak ode mnie odchodzić. Nie
można tak kogoś zostawiać. Nie można tak po prostu opuścić
kogoś, kto cię kocha, bo to łamie jego pieprzone serce i ten ktoś
czuje się gorzej niż jakby umierał, ty pierdolony egoisto! Tu nie
chodzi tylko o ciebie, ale o mnie też!
Brendon krzywił się z każdym dźgnięciem palca Blair, który
idealnie trafiał w jego żebra. Blair była wściekła i
prawdopodobnie sobie zasłużył na więcej niż „pierdolonego
egoistę”, ale nic nie mówił, pozwalając się jej wykrzyczeć. W
końcu doszli do ściany i Brendon nie miał się już gdzie cofnąć
przed gniewem Blair, która praktycznie wytykała mu każdą możliwą
rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił źle. I mimo ich krótkiej
znajomości, nazbierało się tego dość sporo.
Kiedy Blair już bardziej płakała niż krzyczała, złapał jej
nadgarstki, nieco ją unieruchamiając i zmusił ją by na niego
spojrzała.
- Hej, nigdzie się na razie nie wybieram, kochanie... - powiedział,
lekko się uśmiechając. Cóż, kłamał. Oboje o tym wiedzieli, ale
również tego właśnie w tej chwili potrzebowali. - Nie traćmy
czasu na kłócenie się – pogładził kciukiem jej policzek,
ścierając z niego jej łzy. Blair pokiwała głową, wciąż
pociągając nosem. W końcu objęła go mocno w pasie i przytuliła,
chowając twarz w zagłębieniu jego szyi.
- Kocham cię... - wymruczała w jego skórę, a Brendona przeszedł
przyjemny dreszcz. To było jedna z najlepszych rzeczy jakie
kiedykolwiek usłyszał. Pogładził jej plecy, przyciskając ją do
siebie i pocałował ją w czubek głowy.
- Ja ciebie też, wariatko... - bąknął, uśmiechając się. Blair
się nieco odchyliła i spojrzała na niego oburzona.
- Heeeejjjjj! - zaprotestowała, krzywiąc się i wydymając dolną
wargę. Brendon się uśmiechnął i pocałował ją, łącząc ich
usta w krótkim, słodkim pocałunku. Przez to Blair zupełnie
zapomniała o całej ich głupiej kłótni, o której przypominały
teraz jedynie jej czerwone oczy. - Chyba wiem jak możesz mnie
przeprosić – mruknęła w przerwie pomiędzy pocałunkami. Brendon
uśmiechnął się szeroko, ponownie ją całując.
Kłótnie nie są takie złe, jeśli tak ma wyglądać godzenie się.
***
Ale żadna sielanka nie trwa wiecznie.
Następnego ranka Brendon wstał wyjątkowo wcześnie. Dlatego
postanowił zrobić kawę Blair i Spencerowi. Może nie czuł się
jakoś bardzo wypoczęty, ale chciał coś zrobić dla nich miłego.
Miał najlepszego przyjaciela na świecie i w końcu wyznał miłość
swojej dziewczynie, czego chcieć więcej?
Rozstawił trzy kubki i po kolei wsypał do nich kawę, w
międzyczasie włączając czajnik elektryczny. Kiedy czekał aż
woda się zagotuje, poczuł że kręci mu się w głowie. Zamknął
oczy by pozbyć się uporczywego wrażenia, że pokój wiruje. Ale to
wcale nie pomogło. Złapał się mocno szafki, przy której stał,
żeby nie upaść i z całych sił starał się przezwyciężyć
uczucie, ale to wszystko było na nic. Wpadł w małą panikę,
szepcząc gorączkowo do siebie i przykładając dłoń do twarzy.
- Brendon? - usłyszał gdzieś w oddali, a słowo odbiło się echem
w jego czaszce, powodując w niej spustoszenie. Otworzył oczy, ale
jedyne co zobaczył, to przerażona twarz Blair. Później była już
tylko ciemność.
Brendon nie poczuł uderzenia o podłogę, gdy jego ciało bezwładnie
upadło. Nie poczuł też uderzenia głową o szafkę, przy której
stał. Nie poczuł rozcięcia na skroni, z którego powoli zaczęła
się sączyć krew. Ani nie słyszał krzyku Blair, która go wołała.
Nie poczuł też silnych rąk Spencera, podnoszących go z ziemi. Nie
był świadomy, gdy przyjechała karetka i sanitariusze wpakowali go
na nosze, przypinając do nich pasami. Nie słyszał jak Spencer
próbuje im wytłumaczyć co się właściwie stało. Był
nieprzytomny całą drogę do szpitala i nawet wtedy, kiedy go kuli
igłami i podłączali do różnej aparatury monitorującej. Nie
poczuł nawet gdy młody lekarz zakładał mu szwy. To wszystko
przespał, zatracając się zupełnie w ciemności, która była tak
kusząca. Wtedy nie czuł się ani zmęczony, ani słaby, ani chory.
Właściwie nic nie czuł i to było przyjemne.
Poczuł dopiero później. Najpierw tępy ból głowy, który
pulsował i sięgał aż do jego karku. Później pokój znów
zawirował, jednak po chwili przestał. Na koniec poczuł coś
ciepłego na swojej dłoni. Odwrócił w tamtym kierunku nieznacznie
głowę, krzywiąc się. Blair siedziała tuż obok jego łóżka,
ściskając jego dłoń, z głową opartą tuż obok jego biodra.
Spała. Ale kiedy tylko poruszył palcami, próbując odwzajemnić
uścisk, podniosła głowę.
- Brendon. Nawet nie wiesz jak się wystraszyłam... - wyszeptała.
Miała zaczerwienione oczy i jej włosy były w nieładnie. Brendon
skrzywił się ponieważ znów był powodem jej łez.
- Jesteś śliczna – wychrypiał. Miał sucho w gardle a jego język
przypominał kawałek papieru ściernego. Blair szybko sięgnęła
gdzieś, gdzie Brendon nie mógł dostrzec i po chwili przyłożyła
do jego ust kubek z wodą.
- Pij i nie gadaj. Dali ci jakieś leki i powiedzieli, że możesz
być oszołomiony... czy coś – powiedziała groźnie, ale cały
efekt zepsuł jej szeroki uśmiech. Była szczęśliwa, że Brendon
otworzył w końcu oczy.
- Długo spałem? - zapytał Brendon, kiedy skończył już pić i
jego gardło czuło się o niebo lepiej. Blair westchnęła i usiadła
z powrotem na niewygodnym, plastikowym taborecie.
- Dwa dni – mruknęła cicho, gładząc kostki dłoni Brendona
kciukiem. Chłopak był blady, prawie przeźroczysty. Miał sińce
pod oczami i niezdrowo błyszczące oczy. Jego źrenice były
rozszerzone przez środki przeciwbólowe które dostał.
4 komentarzy:
Wrociłas! Jak miło coś przeczytac co nie jest prawem karnym :D Niestety widze,ze z Brendonem coraz gorzej i zblizamy sie do konca...
Miło jest znów coś przeczytać :)
Robi się ciekawiej, Brendon coraz słabszy i do tego biedny wylądował w polskim szpitalu.
Ale przynajmniej były pączki!
Coraz ciekawiej, ale także coraz smutnej. :(
Nie tak powoli zbliżamy się do końca.
Szkoda...
Ale pisz i pisz dalej!
Wiesz to 1 ff jakie znalazłam o Brendonie i szczerze powiedziawszy jest to najzajebistrze ff jakie w życiu czytałam bez skrupułów ♥ pisz dalej naprawde masz talent ♥Mimo iż myśle że opowiadanie zbliża się ku końcowi ;'( co bardzo mnie smuci ale mam wielką nadzieję na to że Spencer'owi uda uratować się Brendona przed śmiercią .
Co do tego rozdziału łza mi poleciała
naprawdę świetne ff
trzymaj się i pozdrawiam ♥ xx
Prześlij komentarz