Rozdział 7

on poniedziałek, 27 maja 2013
Hej Misie!:3 
Nawet nie wiecie jak bardzo mi przykro. Ostatnia notka była miesiąc temu! Przepraszam! Chcę wam tylko powiedzieć, że nie porzuciłam tego opowiadania. po prostu jest trudne do napisania i zaczęłam się od niego dystansować. A to jedna z najgorszych rzeczy jaka mogła mi się przytrafić. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, co? 

W każdym razie przybywam z nową notką, której nawet nie sprawdziłam jakoś dokładnie. Chciałam wam to jak najszybciej pokazać, żeby jakoś zatrzeć złe wrażenie. 

Tak więc, 
Indżoj!
***************************




Oczywiście wybrali podróż samolotem. Tak było szybciej i mniej stresująco, chociaż kobieta w biurze podróży starała się przekonać Spencera do podróży autobusem i „podziwiania krajobrazu Europy”, który zapewne głównie był skromnym lasem przy autostradzie. Ustąpiła dopiero kiedy Spencer westchnął i spokojnie, aczkolwiek dobitnie, powiedział jej, że nie interesują go krajobrazy, po prostu chce się jak najszybciej znaleźć w Polsce. Mógł po prostu wybrać się z laptopem do najbliższej kawiarenki i kupić bilety samodzielnie, ale tak miał zajęcie na dłuższy czas.
Lot nie trwał długo, prawie jak podróż pociągiem z miasta do miasta. Ameryka była ogromna, a każdy ze stanów był dość rozległy. W europie wszystko wydawało się zupełnie inne. Mniejsze, bliższe, starsze, dostojniejsze i bardziej przyjazne. Ludzie mówili dziwnymi językami, inaczej wyglądali i inaczej się zachowywali.
Polska przywitała ich dość chłodną temperaturą, ale pogoda była ładna. Świeciło słońce i wiał lekki wietrzyk, ale i tak Brendon, nieco zaspany po podróży, narzekał że mu zimno, ciasno owijając się szarą kurtką. Oczywiście to, że Brendonowi było zimno było skutkiem tego, że ostatnio niewiele jadł i jego organizm nie miał zbyt wiele energii, by dobrze ogrzać jego ciało. Chłopak wydawał się jeszcze bledszy i bardziej anemiczny niż zwykle, kiedy stał pod ścianą lotniska z zamkniętymi oczami, słuchając czegoś, co mówiła do niego Blair. Spencer jeszcze chwilę go obserwował, starając się ignorować nieznośny ucisk w brzuchu, świadczący o niczym innym jak trosce i strachu, a potem machnięciem wskazał na mężczyznę, dość młodego, który stał oparty o maskę srebrnego samochodu z napisem „Taxi”. Mężczyzna w pierwszym momencie tylko na niego spojrzał, ale w końcu odbił się płynnym ruchem od samochodu i podszedł do niego. Kiedy się zbliżał, Spencer modlił się by znał angielski. Kiedyś obiło mu się o uszy, że tylko 30% społeczeństwa w Polsce zna język angielski w stopniu komunikatywnym.

- Gdzie tu jest najbliższy hotel? - zapytał, kiedy mężczyzna już do niego podszedł. Gdzieś z tyłu usłyszał cichy jęk niezadowolenia i domyślił się, że to Brendon. Rzucił kątem oka w tamtym kierunku, a ciekawski taksówkarz podążył jego śladem.
- Hotel? - powiedział w końcu z ciężkim akcentem, po czym niezdarnie dodał – Pewnie, hotel. Zabiorę.
Spencer nieco odetchnął, widząc że mężczyzna może nie najpiękniej, ale jednak potrafił się z nim porozumieć. Mówił w podobny sposób co pomoc domowa Dallona. Może tamta kobieta też była z Polski? Nie pamiętał jak miała na imię, ale przypomniało mu się jak był u niego na kolacji, gdy Weekes miał urodziny i jak rozmawiał z tą kobietą, która wtedy podawała naprawdę przepyszne jedzenie.
Spencer pomógł taksówkarzowi z ich bagażami, które jakimś cudem zmieściły się w tym europejskim, małym samochodzie i następnie wrócił po Blair i Brendona, którzy nie zwracali najmniejszej uwagi na to co się dzieje. Mógłby równie dobrze odjechać bez nich i pewnie by się nie zorientowali.
- Idziecie? - zapytał luźno, gasząc w sobie uczucie, które podpowiadało mu, że nie jest dobrze. Brendon był blady i miał sińce pod oczami, ale Spencer starał się to zrzucić na fakt, że chłopak wypił wcześniej tego dnia zbyt dużo i teraz cierpiał właśnie przez to.
Niedługo potem znaleźli się w jakimś hotelu w Warszawie, gdzie na szczęście już wszyscy, z którymi mieli styczność, mówili po angielsku, czasem nawet lepiej niż ludzie, dla których ten język był językiem ojczystym.

***

Kiedy było już ciemno na zewnątrz, siedzieli w swoim pokoju hotelowym niewiele mówiąc. Spencer siedział przy niewielkim stoliku pod ścianą, rozmawiając przez Skypa ze swoją znajomą ze szpitala, doktor Williams, która również była onkologiem i przejęła jego pacjentów. Omówili kilka przypadków, gdzie Spencer bardziej zaznajomił ją z tematem. Przy okazji dowiedział się czegoś o swoich byłych pacjentach, ciesząc się z polepszenia stanu niektórych z nich i żałując, słysząc o pogorszeniu się innych. Wszyscy wciąż byli dla niego ważni, chociaż już nie miał prawa ich leczyć.
- A co u twojego przyjaciela?
Chociaż miał słuchawki i z pewnością Brendon ani Blair nie słyszeli tego, co mówi kobieta, niespokojnie zerknął w ich kierunku. Leżeli razem na łóżku. Brendon z głową ułożoną na brzuchu dziewczyny, wtulał się w nią zwinięty w kłębek, a ona delikatnie gładziła jego włosy. Wyglądał jakby spał, ale ciężkie westchnięcia zdradzały, że tak nie jest. Spojrzał z powrotem na kobietę na ekranie komputera. Była starsza od niego i bardziej doświadczona jako lekarz. Dlatego widząc jego zbolałą minę, uśmiechnęła się dobrotliwie.
- Będzie dobrze – powiedziała pokrzepiająco, a Spencer uprzejmie posłał jej uśmiech i przytaknął. Wiedział, że nie będzie dobrze, bo Brendonowi było coraz ciężej, ale nie przyznawał się do tego. Spencer widział, że coraz ciężej jest mu zmusić się chociażby do przejścia kilku metrów i zasypia praktycznie na siedząco. Był zmęczony, to zrozumiałe. Taki widok go smucił i gniewał. Nie potrafił zrozumieć dlaczego akurat spotkało to Brendona. Nie zasłużył sobie na to niczym, co do tej pory zrobił. A cierpienie za przyszłe grzechy chyba nie wchodziło w grę.

Jeszcze na początku choroby Brendona, kiedy wszyscy byli dobrej myśli i nadzieja na wyzdrowienie była zupełnie naturalną rzeczą, Spencer rozmawiał o tym z księdzem podczas spowiedzi. Oczywiście usłyszał, że niezbadane są Boskie wyroki. Poza tym według nauki Kościoła, nikt nie był bez grzechu. Zwłaszcza ktoś, kto odstąpił od religii i zignorował Boga, a Brendon właśnie tak zrobił. Spencer nadal pamiętał dzień, w którym Brendon powiedział mu, że Boga nie ma. Był w szoku, bo razem chodzili do jednego kościoła, jeszcze wcześniej, kiedy nie znali się tak dobrze i byli małymi dziećmi. Ale z czasem to co powiedział Urie wydawało się być coraz bardziej prawdopodobne. Bo jak Bóg mógłby chcieć cierpienia niewinnych dzieci? Albo jak mógłby pozwalać na tyle zła? Bóg miał być dobrem, odpowiedzią na wszystko i ratunkiem. A kiedy Spencer modlił się o to, by Brendon wyzdrowiał, nic się nie stało. Był w stanie poświęcić wszystko, byleby jego przyjaciel poczuł się lepiej. Może faktycznie nie było Boga?

***

Następnego dnia rano razem udali się na śniadanie, chociaż Spencer widząc skrzywioną minę Brendona zaproponował, by zjedli w pokoju. Ale chłopak uparł się, że powinni gdzieś wyjść, najlepiej żeby zjeść pączki, bo było to właśnie to, po co tu są.
Po krótkim spacerze znaleźli jakąś cukiernię. Zajęli jeden ze stolików, a Blair poszła złożyć zamówienie. Słodycze nie były najlepszym pomysłem na śniadanie, ale było to życzeniem Brendona, więc nikt nie zgłosił sprzeciwu.
Za ladą stał młody chłopak, który uśmiechnął się serdecznie na ich widok.
- Poproszę trzy pączki – powiedziała Blair, uprzednio upewniając się, że chłopak zna angielski, przy przywitaniu. Spojrzał na nią zaskoczony.
- Serio? Pączki na śniadanie? - zagadnął, ale zabrał się za rozkładanie zamówienia na talerzykach. Czerwonowłosa wzruszyła ramionami, nie chcąc się tłumaczyć. - Twój przyjaciel nie wygląda najlepiej. Ciężka noc? Może jeszcze kawę?
Blair zerknęła na Brendona, który opierał głowę na rękach i patrzył w stół. Spencer coś cicho do niego powiedział i wtedy podniósł wzrok, od razu szukając Blair. Ale nie posłał jej swojego zwykłego uśmiechu, jedynie grymas.
- Mhm. On nie pije kawy. Ale herbata byłaby dobrym pomysłem – powiedziała, odwracając się znów do chłopaka za ladą. Ten tylko skinął głową. Chwilę potem chłopak przyniósł ich zamówienie, życząc im smacznego.

Blair nie zwróciła szczególnej uwagi na to, że Brendon się nie odzywa. Zaś Spencer niepewnie zerkał na przyjaciela, który normalnie był gadatliwy, nawet jeśli mówił coś bez sensu. Urie siedział nachmurzony i zabijał wzrokiem jedzenie, usilnie starając się nie patrzeć w kierunku lady, gdzie stał ten chłopak. Nie wiedział co wywołało taką reakcję u przyjaciela. Ale kiedy skończyli jeść i chłopak przyniósł im rachunek i Blair powiedziała, że zapłaci, od razu zrozumiał, że Brendon był zwyczajnie zazdrosny. Może i miał ku temu powody. Bo sprzedawca czy jakkolwiek by go tam nie nazwać, zupełnie zignorował dwójkę chłopaków, rzucając uśmiechy w kierunku czerwonowłosej.
W końcu Blair poszła zapłacić, przez co wywiązała się między nimi krótka rozmowa. Brendon patrzył na to z boku, udając że go to nie rusza, ale było widać, iż ma ochotę coś zrobić. W końcu zacisnął zęby i wstał od stolika, zanim Spencer mógł cokolwiek zrobić.
- Brendon... - zaczął, ale przerwał mu ostry głos chłopaka.
- Skończyliście już?
Blair spojrzała na niego zaskoczona, ale i poirytowana. Brendon przez cały dzisiejszy poranek był w złym humorze. Cóż, przynajmniej od kiedy weszli do tej kawiarenki. Pożegnała się z chłopakiem, uprzednio zapisując sobie jego numer w telefonie, co nie uszło uwadze Brendona. Urie wypadł przez drzwi na zewnątrz z wściekłym wyrazem twarzy. Blair spojrzała na Spencera, szukając wyjaśnienia zachowania jej chłopaka, ale Smith tylko wzruszył ramionami.

- Co w ciebie wstąpiło?! - zawołała, kiedy już wyszła na zewnątrz. Brendon było dobre kilka metrów przed nimi, ale widocznie nie zamierzał zwolnić. - Brendon! - spróbowała jeszcze raz i dopiero wtedy chłopak się zatrzymał i odwrócił w jej kierunku. Spencer stał z boku, chyba przeczuwając, że lepiej się nie zbliżać. - Możesz mi wyjaśnić dlaczego, do kury nędzy, zachowujesz się jak rozkapryszony bachor?! - Blair podeszła bliżej Brendona, nie zawracając sobie głowy tym, że stali na środku chodnika i wszyscy mogli ich widzieć i słyszeć.
- Tak jakbyś nie wiedziała... - syknął Brendon. Miał wykrzywioną w grymasie twarz i zarumienione od emocji policzki. Blair spojrzała na niego pytająco, zakładając ramiona na piersi. Była zirytowana zachowaniem Brendona, który zwyczajnie bez powodu zrobił się opryskliwy. - Nie zapomnij wykasować mojego numeru – dodał i znów zaczął iść z pięściami zaciśniętymi w kieszeniach swojej bluzy i z pochyloną głową. A Blair stała na środku chodnika z szeroko otwartymi oczami, w których po chwili zaczęły się zbierać łzy. Oddychanie nagle zaczęło sprawiać jej ból i zapewne gdyby nie ręka Spencera, która w odpowiednim momencie znalazła się na jej ramieniu, ściskając je lekko, rozpadłaby się na kawałki.
- Czy... Czy on właśnie... zerwał ze mną? - wyszeptała, nie do końca pewna tego co właśnie się stało. Brendon nie mógł z nią zerwać. Nie mógł najpierw rozkochać jej w sobie, a potem porzucić ją jak zabawkę, która mu się znudziła. Do tego bez jakiegokolwiek powodu. Po prostu, ot tak, bo taki miał pomysł na dzisiejszy ranek.
- Hej, hej – Spencer wymruczał, widząc jak dolna warga Blair niebezpiecznie drży, a jej oczy robią się coraz bardziej szkliste – On nie miał tego na myśli, jestem tego pewien. Pozwól mi z nim porozmawiać – Spencer zerknął w kierunku Brendona, który oddalał się coraz bardziej.
- Jak sobie chcesz... - Blair w końcu burknęła i otarła wierzchem dłoni skórę tuż pod oczami. - Ja wracam do hotelu.
To powiedziawszy, odwróciła się na pięcie. Spencer miał ochotę złapać Brendona i Blair za karki i zderzyć ich razem głowami, byleby w końcu oprzytomnieli. Brendon był przytłoczony wszystkim, czuł się coraz gorzej i sytuacja z tym chłopakiem w cukierni uświadomiła mu tylko, że nie będzie miał Blair na zawsze. A Blair była uparta, zresztą podobnie jak Brendon i usłyszała dokładnie to, czego się bała. Nie chciała stracić Brendona. Więc paradoksalnie, chociaż nawzajem siebie pragnęli, właściwie się oddalali.

Spencer westchnął, będąc rozdartym pomiędzy próbą wytłumaczenia Blair zachowania Brendona, a zrobieniem tego samego względem swojego przyjaciela. W końcu jednak stwierdził, że pójdzie za przyjacielem i dopilnuje by nie zrobił nic głupiego. Wściekły Brendon bywał nieprzewidywalny. Po kilku minutach szybkiego marszu, znalazł Brendona siedzącego na ławce, z łokciami opartymi o kolana i rękami podpierającymi jego głowę. Nie widział jego twarzy więc nie był pewien czego oczekiwać.
- Spierdoliłem – warknął Brendon, zanim Spencer w ogóle zdążył się odezwać. Więc westchnął tylko i usiadł obok przyjaciela.
- Co ci odbiło? - Spencer cicho zapytał, obserwując mijających ich ludzi. Niektórzy zerkali z zaciekawieniem na Brendona, który wciąż siedział pochylony i zamknięty w swoim małym świecie.
- Nie wiem... - Urie jęknął żałośnie, splatając swoje palce na karku, przez co pochylił się jeszcze bardziej. Trwali tak chwilę w ciszy. Spencer wiedział, że jeśli Brendon będzie chciał coś powiedzieć to powie. Zresztą to nie jemu się powinien tłumaczyć ze swojego wybuchu. - Gdzie ona jest? - zapytał po kilku minutach, prostując się i wlepiając wzrok w twarz Spencera. Tym razem wyglądał na zdesperowanego i to też nie podobało się Spencerowi.

- Może daj jej ochłonąć, co? - Spencer zasugerował, ale Brendon już kierował się w kierunku hotelu. Spencer dogonił go, chcąc mu przetłumaczyć, że więcej emocji na razie nie jest im potrzebne, ale Brendon był zbyt nastawiony na to, by pogadać z Blair i nie dał sobie nic powiedzieć. W końcu Spencer się poddał, mrucząc coś o tym, że pójdzie pozwiedzać. Mogło być albo lepiej albo gorzej. Brendon do wielu rzeczy podchodził zbyt emocjonalnie i to mogło mu w tej chwili zaszkodzić. Z drugiej strony Blair była typem człowieka, który był uparty i jeśli raz coś sobie postanowiła, prawdopodobnie tak musiało już być.

Brendon kilka minut później był już w hotelu, w którym się zatrzymali.
- Blair? - zawołał, widząc, że ich pokój jest pusty. Dopiero po chwili zobaczył uchylone drzwi prowadzące na niewielki balkonik. Znalazł na nim Blair, z papierosem w dłoni, opartą o metalową barierkę.
- Od kiedy palisz? - zapytał zdziwiony. Nigdy nie widział Blair palącej papierosy, ale jedno jej spojrzenie zaczerwienionych oczu i całkowicie o tym zapomniał.
- Zostaw mnie w spokoju – warknęła Blair, znów spoglądając na miasto. Było dość szaro i słońce próbowało się nieudolnie przebić przez chmury, nadając wszystkiemu jeszcze bardziej przygnębiający wygląd. Brendon westchnął i oparł się plecami o ścianę.
- Przepraszam – powiedział po chwili, również patrząc na Warszawę. Było słychać przejeżdżające samochody gdzieś w dole i gdyby Brendon się tylko wychylił, mógłby zobaczyć sznureczek wolno przesuwających się aut. Blair prychnęła, na chwilę się do niego odwracając, po czym wyrzuciła niedopalonego papierosa i weszła z powrotem do pokoju. Brendon oczywiście podążył za nią.

- Zostawiłeś mnie na środku jebanego chodnika, warcząc coś o usuwaniu twojego numeru. Och, tak, zwykłe „przepraszam” wystarczy, Urie! – parsknęła Blair, wyraźnie zła. - Nie chce twojego przepraszam – powiedziała stanowczo, odwracając się przodem do Brendona. Zbliżyła się do niego z wyciągniętym palcem wskazującym i dźgnęła go nim w klatkę piersiową.
- Przez tę krótką cholerną chwilę, myślałam że mnie zostawiłeś, idioto. I nie masz pojęcia jak bardzo to bolało! - krzyknęła, dźgając go kolejny raz, tym razem mocniej, sprawiając że się nieco zachwiał. - Nie możesz tak ode mnie odchodzić. Nie można tak kogoś zostawiać. Nie można tak po prostu opuścić kogoś, kto cię kocha, bo to łamie jego pieprzone serce i ten ktoś czuje się gorzej niż jakby umierał, ty pierdolony egoisto! Tu nie chodzi tylko o ciebie, ale o mnie też!
Brendon krzywił się z każdym dźgnięciem palca Blair, który idealnie trafiał w jego żebra. Blair była wściekła i prawdopodobnie sobie zasłużył na więcej niż „pierdolonego egoistę”, ale nic nie mówił, pozwalając się jej wykrzyczeć. W końcu doszli do ściany i Brendon nie miał się już gdzie cofnąć przed gniewem Blair, która praktycznie wytykała mu każdą możliwą rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił źle. I mimo ich krótkiej znajomości, nazbierało się tego dość sporo.

Kiedy Blair już bardziej płakała niż krzyczała, złapał jej nadgarstki, nieco ją unieruchamiając i zmusił ją by na niego spojrzała.
- Hej, nigdzie się na razie nie wybieram, kochanie... - powiedział, lekko się uśmiechając. Cóż, kłamał. Oboje o tym wiedzieli, ale również tego właśnie w tej chwili potrzebowali. - Nie traćmy czasu na kłócenie się – pogładził kciukiem jej policzek, ścierając z niego jej łzy. Blair pokiwała głową, wciąż pociągając nosem. W końcu objęła go mocno w pasie i przytuliła, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi.
- Kocham cię... - wymruczała w jego skórę, a Brendona przeszedł przyjemny dreszcz. To było jedna z najlepszych rzeczy jakie kiedykolwiek usłyszał. Pogładził jej plecy, przyciskając ją do siebie i pocałował ją w czubek głowy.
- Ja ciebie też, wariatko... - bąknął, uśmiechając się. Blair się nieco odchyliła i spojrzała na niego oburzona.
- Heeeejjjjj! - zaprotestowała, krzywiąc się i wydymając dolną wargę. Brendon się uśmiechnął i pocałował ją, łącząc ich usta w krótkim, słodkim pocałunku. Przez to Blair zupełnie zapomniała o całej ich głupiej kłótni, o której przypominały teraz jedynie jej czerwone oczy. - Chyba wiem jak możesz mnie przeprosić – mruknęła w przerwie pomiędzy pocałunkami. Brendon uśmiechnął się szeroko, ponownie ją całując.
Kłótnie nie są takie złe, jeśli tak ma wyglądać godzenie się.

***

Ale żadna sielanka nie trwa wiecznie.

Następnego ranka Brendon wstał wyjątkowo wcześnie. Dlatego postanowił zrobić kawę Blair i Spencerowi. Może nie czuł się jakoś bardzo wypoczęty, ale chciał coś zrobić dla nich miłego. Miał najlepszego przyjaciela na świecie i w końcu wyznał miłość swojej dziewczynie, czego chcieć więcej?
Rozstawił trzy kubki i po kolei wsypał do nich kawę, w międzyczasie włączając czajnik elektryczny. Kiedy czekał aż woda się zagotuje, poczuł że kręci mu się w głowie. Zamknął oczy by pozbyć się uporczywego wrażenia, że pokój wiruje. Ale to wcale nie pomogło. Złapał się mocno szafki, przy której stał, żeby nie upaść i z całych sił starał się przezwyciężyć uczucie, ale to wszystko było na nic. Wpadł w małą panikę, szepcząc gorączkowo do siebie i przykładając dłoń do twarzy.
- Brendon? - usłyszał gdzieś w oddali, a słowo odbiło się echem w jego czaszce, powodując w niej spustoszenie. Otworzył oczy, ale jedyne co zobaczył, to przerażona twarz Blair. Później była już tylko ciemność.

Brendon nie poczuł uderzenia o podłogę, gdy jego ciało bezwładnie upadło. Nie poczuł też uderzenia głową o szafkę, przy której stał. Nie poczuł rozcięcia na skroni, z którego powoli zaczęła się sączyć krew. Ani nie słyszał krzyku Blair, która go wołała. Nie poczuł też silnych rąk Spencera, podnoszących go z ziemi. Nie był świadomy, gdy przyjechała karetka i sanitariusze wpakowali go na nosze, przypinając do nich pasami. Nie słyszał jak Spencer próbuje im wytłumaczyć co się właściwie stało. Był nieprzytomny całą drogę do szpitala i nawet wtedy, kiedy go kuli igłami i podłączali do różnej aparatury monitorującej. Nie poczuł nawet gdy młody lekarz zakładał mu szwy. To wszystko przespał, zatracając się zupełnie w ciemności, która była tak kusząca. Wtedy nie czuł się ani zmęczony, ani słaby, ani chory. Właściwie nic nie czuł i to było przyjemne.

Poczuł dopiero później. Najpierw tępy ból głowy, który pulsował i sięgał aż do jego karku. Później pokój znów zawirował, jednak po chwili przestał. Na koniec poczuł coś ciepłego na swojej dłoni. Odwrócił w tamtym kierunku nieznacznie głowę, krzywiąc się. Blair siedziała tuż obok jego łóżka, ściskając jego dłoń, z głową opartą tuż obok jego biodra. Spała. Ale kiedy tylko poruszył palcami, próbując odwzajemnić uścisk, podniosła głowę.
- Brendon. Nawet nie wiesz jak się wystraszyłam... - wyszeptała. Miała zaczerwienione oczy i jej włosy były w nieładnie. Brendon skrzywił się ponieważ znów był powodem jej łez.
- Jesteś śliczna – wychrypiał. Miał sucho w gardle a jego język przypominał kawałek papieru ściernego. Blair szybko sięgnęła gdzieś, gdzie Brendon nie mógł dostrzec i po chwili przyłożyła do jego ust kubek z wodą.
- Pij i nie gadaj. Dali ci jakieś leki i powiedzieli, że możesz być oszołomiony... czy coś – powiedziała groźnie, ale cały efekt zepsuł jej szeroki uśmiech. Była szczęśliwa, że Brendon otworzył w końcu oczy.
- Długo spałem? - zapytał Brendon, kiedy skończył już pić i jego gardło czuło się o niebo lepiej. Blair westchnęła i usiadła z powrotem na niewygodnym, plastikowym taborecie.

- Dwa dni – mruknęła cicho, gładząc kostki dłoni Brendona kciukiem. Chłopak był blady, prawie przeźroczysty. Miał sińce pod oczami i niezdrowo błyszczące oczy. Jego źrenice były rozszerzone przez środki przeciwbólowe które dostał.  

4 komentarzy:

Izzie pisze...

Wrociłas! Jak miło coś przeczytac co nie jest prawem karnym :D Niestety widze,ze z Brendonem coraz gorzej i zblizamy sie do konca...

Yggdrasil pisze...

Miło jest znów coś przeczytać :)
Robi się ciekawiej, Brendon coraz słabszy i do tego biedny wylądował w polskim szpitalu.
Ale przynajmniej były pączki!

Anonimowy pisze...

Coraz ciekawiej, ale także coraz smutnej. :(
Nie tak powoli zbliżamy się do końca.
Szkoda...
Ale pisz i pisz dalej!

Unknown pisze...

Wiesz to 1 ff jakie znalazłam o Brendonie i szczerze powiedziawszy jest to najzajebistrze ff jakie w życiu czytałam bez skrupułów ♥ pisz dalej naprawde masz talent ♥Mimo iż myśle że opowiadanie zbliża się ku końcowi ;'( co bardzo mnie smuci ale mam wielką nadzieję na to że Spencer'owi uda uratować się Brendona przed śmiercią .



Co do tego rozdziału łza mi poleciała
naprawdę świetne ff
trzymaj się i pozdrawiam ♥ xx

Prześlij komentarz