Rozdział 5

on niedziela, 14 kwietnia 2013

 Przed wami kolejny rozdział. Mam nadzieję, że wam się choć troszkę spodoba? Już nie jest taki tęczowy, przynajmniej mi się tak wydaje. 
Nie przedłużając... 

Indżoj! 
************************** 






Znaleźli centrum handlowe, gdzieś w centrum miasta i właśnie się po nim włóczyli, z kubkami w dłoniach, ponieważ lody i dość mokra pogoda sprawiły, że chcieli odrobinki ciepła. Brendon trzymał Blair pewnie za rękę, co jakiś czas lekko ściskając jej dłoń lub gładząc kciukiem miękką skórę.
- Chciałeś mieć kiedyś jakąś moc? - zapytała ni z tego, ni z owego Blair, wpatrując się w szyby wystawowe, które mijali. Co jakiś czas jej wzrok zawieszał się na czymś dłużej, ale jednak nie potrafiła się skusić na nic z tych sieciowych sklepów. Wybierała zazwyczaj niewielkie butiki na zakupy.
- Moc? - Brendon lekko zmrużył oczy, nie będąc do końca pewnym co dziewczyna ma na myśli. Pociągnął łyk ze swojego papierowego kubka, rozkoszując się karmelową latte, wiedząc że później będzie go od tego prawdopodobnie bolał żołądek. Czymże jest chwila cierpienia, w porównaniu z taką rozkoszą? Podobnie myślał o tatuażach.
- No wieeeesz... Latanie i te sprawy – wyjaśniła, uśmiechając się do niego. Sama nie wiedziała skąd jej przyszedł do głowy właśnie ten temat, ale wydawał się w sam raz na przechadzkę po galerii.
- Och. No tak. Cóż, kiedy miałem jakieś 15 lat, marzyło mi się żeby być niewidzialnym, żeby podglądać dziewczyny.
- Zbok! - roześmiała się czerwonowłosa, doskonale rozumiejąc takie marzenia. Jej młodszy brat nieraz plótł podobne rzeczy. Czasem się zastanawiała czy wszyscy młodzi chłopcy tacy są, ale widocznie tak już było. Tylko jedno im w głowie. - A teraz? Jaką supermoc byś chciał mieć?
- Chciałbym umieć cofać czas – mruknął Brendon, ciągnąc dziewczynę do któregoś ze sklepów. Wydało jej się to logicznym, ta sprawa z czasem. Na pewno chciał coś naprawić z przeszłości. Albo może gdyby wykryto u niego wcześniej chorobę, nie musiałby tak szybko umierać. Chociaż wtedy by się pewnie nie spotkali. - Ten moment... - dodał Brendon, a Blair wróciła do niego myślami. Puścił jej rękę, grzebiąc między wieszakami w ubraniami. - Ten moment tuż przed orgazmem. Dokładnie wtedy przewijałbym czas o kilka sekund do tyłu – posłał jej szeroki uśmiech, a Shepherd otworzyła szeroko usta, jednocześnie się uśmiechając. Nabijał się z niej, totalnie!
- Miałam nadzieję na jakąś gadkę o naprawianiu błędów przeszłości czy coś – burknęła, patrząc na wieszaki w rękach Brendona.
- Ach, nie. Bez moich błędów nie byłbym tym, kim jestem teraz. I pewnie wszystko byłoby inaczej – wcisnął jej ubrania w ręce. - Trzymaj. Chcę cię w tym zobaczyć.
- Faceci podobno nie lubią zakupów? - zagadnęła Blair z nadzieją, patrząc z ukosa na ubrania.
- Może jestem inny niż wszyscy? Nie marudź, przebieraj się!

- Wow – usłyszała Blair, kiedy niepewnie wyszła z przymierzalni. I wbrew pozorom ten głos nie należał do Brendona. Stała przed nią wysoka, szczupła dziewczyna z oliwkową cerą i krótkimi, czarnymi włosami. Mierzyła ją wzrokiem, przez co czerwonowłosa poczuła się totalnie niezręcznie i zaczęła się rozglądać za Brendonem. - Świetnie wyglądasz – dodała dziewczyna, w końcu patrząc jej na twarz. Miała dziwny akcent, inny niż większość londyńczyków, których do tej pory spotkali.
- Dzięki – wybąkała Blair, nie bardzo wiedząc co zrobić. Stała więc, przeklinając w duchu Brendona za zniknięcie. Przecież nie wciskała się w tę sukienkę tak długo!
- Jestem Shay – dziewczyna wyciągnęła w jej kierunku dłoń, ozdobioną kilkoma pierścionkami. Na nadgarstku miała srebrną bransoletkę z mnóstwem malutkich przywieszek.
- Blair – dziewczyna grzecznie uścisnęła dłoń czarnowłosej, nie wiedząc co dalej zrobić.
- Nie jesteś tu sama, prawda? - zagadnęła dziewczyna, a widząc spłoszone spojrzenie Shepherd, uśmiechnęła się serdecznie, dodając – Nie bój się. Przecież cię nie zjem. Po prostu widzę jak się rozglądasz.
Blair wciąż była niepewna, bo zazwyczaj żadne dziewczyny nie podchodziły do niej w sklepie i nie zagadywały, na początku rzucając komplementy. Faceci – owszem, czasem się jakiś przytrafił. Ale nigdy dziewczyny...
- Um, tak. Jestem tu z moim chłopakiem, ale... Gdzieś zniknął, najwyraźniej.
***

Brendon, przy wtórze głośnych protestów Blair, kupił jej sukienkę, którą wcześniej mierzyła. Ale zanim to zrobił, obejrzał dziewczynę ze wszystkich stron, oglądając jak czarny materiał i czarna skóra prezentują się na jej ciele. Oboje z Shay stwierdzili, że idealnie pasuje do jej czerwonych włosów, przez co czarnowłosa zdobyła przychylność Brendona. Urie postanowił, że nadaje się ona idealnie do jego planu odstresowania Spencera, więc szybko zaproponował jej pójście z nimi do hotelu i małą, kameralną imprezkę w ich pokoju. Shay oczywiście od razu się zgodziła, szczebiocząc o tym, jak ślicznie razem wyglądają. Skomplementowała Brendona, mówiąc mu że ma całuśne usta, powodując, że Blair zatrzęsła się z zazdrości, chociaż nie przyznała się do tego nawet przed sobą. A potem powiedziała, że tyłek Blair wyglądał naprawdę słodziutko w tej sukience. Albo jawnie flirtowała z obojgiem naraz, albo Blair miała jakieś urojenia.

Skończyli więc na podłodze ich pokoju hotelowego z dwoma wielkimi pudełkami pizzy, mnóstwem piwa i butelką Jacka Danielsa.
- Gramy w butelkę! - Brendon klasnął w dłonie, wychylając zielone szkło i opróżniając je z resztek złocistego napoju. - Ja zaczynam – to mówiąc, zakręcił. Butelka wskazała na Blair, a na usta bruneta wpłynął dziwny uśmieszek. Może dlatego, że wszyscy już trochę wypili, nawet Spencer, który zazwyczaj wolał być jak najbardziej trzeźwy. Siedział teraz po turecku z rękami w kieszeniach swojej bluzy, oparty o łóżko i uśmiechał się, zerkając raz na Brendona, raz na Blair, za to starannie omijając wzrokiem Shay. Był nieco zażenowany faktem, że była teoretycznie „dla niego”.
- Pytanie czy zadanie? - zapytał Brendon. Blair po krótkim namyśle, wybrała zadanie, zgadując że pytania bruneta będą zbyt osobiste, a nie miała ochoty wywnętrzać się przed ich nową koleżanką. - To było takie do przewidzenia – jęknął Brendon. - No to pocałuj Shay!
- Żartujesz sobie? - wypaliła Blair, od razu orientując się jak to musiało zabrzmieć. Nie chciała urazić tej dziewczyny. Ale nie przywykła do całowania obcych. Shay jednak nie miała chyba nic przeciwko, bo uśmiechała się serdecznie do Blair. - Brendon...
- 3 minuty – powiedział brunet, wyciągając z kieszeni telefon i grzebiąc w nim w poszukiwaniu stopera. Kiwnął głową na Blair, ignorując jej mordercze spojrzenie. W życiu nie całowała się z dziewczyną! Jak niby miała się do tego zabrać?
- No chodź, nie gryzę, chyba że lubisz? - wyszczerzyła się Shay, poklepując dywan tuż obok siebie. Blair niepewnie przyklęknęła tuż obok niej, tak by były twarzą w twarz. Czarnowłosa wydawała się być naprawdę miłą dziewczyną, która nie brała niczego na poważnie. Do tego była naprawdę ładna. Miała dość orientalną urodę – jej kruczoczarne włosy błyszczały, a piękna, oliwkowa skóra podkreślała jej zielone oczy. No i miała sylwetkę, której na pewno zazdrościło jej 3/4 dziewczyn na świecie. Nie była chuda jak kościotrup – miała śliczne, kobiece kształty, ale jej ciało w jakiś sposób wydawało się być silne i mocne.
Blair, w nagłym przypływie sympatii do Shay, w połowie pewnie spowodowanym urodą dziewczyny, a w drugiej połowie procentami krążącymi w jej organizmie, przerzuciła ręce przez ramiona dziewczyny i posłała Brendonowi bezczelny uśmiech.
- No to licz te minuty – mruknęła jeszcze, zanim przybliżyła swoją twarz do twarzy Shay i pocałowała ją. Najpierw delikatnie muskała jej usta swoimi wargami, w końcu przyzwyczajając się do tego, że całuje dziewczynę, niepewnie pogłębiła pocałunek.

Nigdy nie była homofobką. Ale nigdy nie myślała o całowaniu dziewczyny, ani o tym, że w ogóle będzie to kiedyś robić. Część jej koleżanek ze szkoły zawsze z chichotem wspominała jak to razem ze swoją przyjaciółką uczyły się nawzajem całować i tak dalej. Blair nie miała jakiejś bliższej przyjaciółki. Większość wolnego czasu spędzała z chłopakami, nadrabiając chwile spędzone tylko w towarzystwie dziewczyn w szkole. Poza tym wysłuchując problemów koleżanek z klasy na przerwach nieraz dochodziła do wniosku, że chłopcy są dużo prostsi w obsłudze. Wystarczyło, że wpadała do któregoś ze swoich przyjaciół z jakimś jedzeniem, a później z piwem, a już było wszystko dobrze, nawet jeśli się wcześniej pokłócili.
- 3 minuty minęły! - krzyknął Brendon, stukając palcem w ekran komórki. Blair odsunęła się od Shay i posłała jej szeroki uśmiech. - To było gorące... - mruknął jeszcze i wrócili do dalszej zabawy.
- Spencer – powiedziała Blair – Pytanie czy zadanie?

***

- Więc, Spencer... - zaczęła Shay, kiedy chłopak wyraźnie jej unikał. Spojrzał na nią lekko przestraszony. To nie tak, że był kompletną ciotą jeśli chodzi o dziewczyny. Po prostu był trochę nieśmiały i nie potrafił nic z tym zrobić, nieważne jak bardzo się starał. Chociaż z wiekiem stał się bardziej otwarty, mimo wszystko wciąż nie lubił być w centrum uwagi. W przeciwieństwie do Brendona, który po podleczeniu niektórych ran z przeszłości, okazał się być naprawdę radosną osobą.
Shay była naprawdę ładna i wydawała się być miła. Ale nic poza tym o niej nie wiedział i to go nieco peszyło. O czym miałby z nią rozmawiać? Raczej nie o pogodzie. W głowie miał totalną pustkę, a wypity alkohol wcale mu niczego nie ułatwiał – wbrew pozorom. Spojrzał w kierunku Blair i Brendona. Para była zajęta sobą, zamknięta w swojej własnej bańce i nie zwracała uwagi na to co dookoła. Spencer po raz kolejny pomyślał o tym, jak słodko razem wyglądają i ile radości widać w oczach Brendona, gdy tylko Blair zwraca na niego uwagę. A w tej chwili jej oczy były właśnie skierowane wprost na chłopaka, kiedy z uwagą słuchała jak coś jej szepcze, jakby zdradzał jej największe sekrety świata. To musi być miłe uczucie, mieć kogoś kto praktycznie spija słowa z twoich ust, miękko na ciebie patrzy i delikatnie dotyka, jakby się było najbardziej kruchą i ważną rzeczą, jaka istnieje. Tak, to musi być miłe.

- Brendon mówił, że jesteś lekarzem – znów spróbowała dziewczyna, sprawiając że uwaga Spencera skupiła się na niej. Przytaknął lekko, nie wiedząc co powiedzieć i pociągnął łyk piwa z zielonej butelki, którą ściskał w dłoni. Może troszkę zbyt mocno. - Więc, Spencer, co leczysz?
Wydawała się być naprawdę zainteresowana jego życiem, chociaż może była po prostu dobrą aktorką. Kobiety są w tym dobre. Potrafią udawać wiele rzeczy, o czym już kilka razy boleśnie się przekonał.
- Jestem onkologiem – powiedział niskim głosem, sam się dziwiąc jego tonowi. Brzmiał właściwie normalnie i nawet nie było słychać drżenia. Modlił się w duchu o to, by dziewczyna nie powiedziała tego, co zawsze słyszał. „Moja ciocia miała raka” albo „Niedawno mój sąsiad umarł na raka”. To było pierwsze co ludziom przychodziło do głowy, gdy tylko wspominał o swoim zawodzie. Jakby to miało jakieś znaczenie. Owszem, gdyby byli jego pacjentami... Ale co się odpowiada w takiej sytuacji? Rozmowa o chorobach to nie najlepszy temat na randki i inne towarzyskie spotkania.
- To musi być ciężka praca, prawda? - powiedziała zamiast tego, uśmiechając się ciepło i wtedy Spencer pomyślał, że może, może, nie będzie tak źle jak myślał. Znów jej przytaknął.
- Ale ktoś to musi robić. I naprawdę lubię pomagać ludziom – powiedział z zamyśleniem, krzywiąc się nieco. Brendona nie uratował.
- Jesteś spięty – mruknęła Shay, odstawiając swoją butelkę na bok. Przesunęła się w jego kierunku. Popatrzył na nią niepewnie, nie wiedząc do czego czarnowłosa zmierza. - Spokojnie. Moja współlokatorka studiowała fizjoterapię i nauczyła mnie kilku sztuczek. Odpręż się... - powiedziała łagodnie, zmuszając go by odwrócił się do niej tyłem. Po chwili poczuł jej dłonie na swoich ramionach. Początkowo go zabolało, gdy ucisnęła jego spięte mięśnie, ale ból szybko ustąpił przyjemności i Boże, ona miała naprawdę cudowne ręce. Zamknął oczy, głęboko oddychając.

- Co robisz? - zapytał niewyraźnie, czując jak jej dłonie wślizgują się za jego koszulkę i lądują na jego klatce piersiowej. Od razu otworzył oczy i odwrócił głowę tak, by widzieć dziewczynę. Shay tylko się roześmiała i wyciągnęła dłonie spod jego ubrania.
- Głuptasie... - mruknęła, wstając i kierując się w stronę łóżka. Usiadła na nim, lekko zapadając się w miękkim materacu i skrzyżowała nogi, opierając łokcie na kolanach. Spojrzała na Spencera, który nadal niepewnie siedział na dywanie, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że zostali sami. Kiedy Blair i Brendon wyszli? I co najważniejsze: gdzie wyszli? Przecież...
- Są dorośli. Poradzą sobie – powiedziała Shay, jakby czytając mu w myślach. Czyżby był aż tak łatwy do rozszyfrowania? Wszyscy mogli z niego czytać jak z otwartej księgi czy po prostu ta dziewczyna była tak wyjątkowa i potrafiła robić takie rzeczy?
- Shay, nie zrozum mnie źle... - zaczął, podnosząc się z ziemi. Spencer był typem człowieka, który szanował wszystkich ludzi i raczej nie wyobrażał sobie spędzenia nocy z dopiero co poznaną kobietą. Nie, jeśli nie miałby co do niej żadnych innych zamiarów. A tak właśnie było. Nie miał czasu na związki. Przynajmniej nie na razie. Brendon mu zawsze marudził, że jest już stary i powinien sobie kogoś znaleźć, kto pójdzie z nim po pierwszą sztuczną szczękę i pojedzie razem do sanatorium, bo on tego nie zamierza robić. Później mówił, że nie chce żeby Spencer został sam. Bo tak naprawdę Spencer nie potrafił wymienić innego imienia, poza imieniem Brendona, człowieka którego mógłby nazwać przyjacielem. Owszem, miał znajomych, kolegów i koleżanki z pracy, rodzinę. Ale przyjaciela miał tylko jednego. I to nie na tak długo jak by sobie tego życzył.
Dopiero kiedy podniósł się na równe nogi, poczuł jak dużo wypił. Cały pokój nieco zawirował, powodując że Spencer miał ochotę się roześmiać. Mimowolnie usiadł obok dziewczyny na łóżku.
- My też jesteśmy dorośli – powiedziała Shay, wciąż się uśmiechając i patrząc na niego z dołu. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś sensownego, jednak zupełnie nic mu nie przychodziło do głowy. Przed oczami stanęła mu jego ostatnia dziewczyna, z którą był właściwie od początku studiów. Byli na jednym roku, ale kiedy on postanowił zostać onkologiem, ona chciała być chirurgiem. Studia medyczne są wymagające, więc mieli coraz mniej czasu dla siebie i tak jakoś się rozpadło. To było dawno. Zbyt dawno.
Dlatego specjalnie się nie opierał, kiedy Shay zmieniła pozycję i nachyliła się, by go pocałować. I nie opierał się, kiedy już razem leżeli na łóżku, nie przerywając pocałunków. Ani potem, kiedy wzdychając, Shay wiła się pod jego palcami, gdy delikatnie muskał jej gładką i miękką skórę.
Cóż, chyba powinien potem podziękować Brendonowi...

***



Brendon i Blair wcale nie opuścili ich pokoju hotelowego ukradkiem i niezauważenie. Bynajmniej. Wyszli chichocząc i lekko się zataczając, wzajemnie się trzymając, co sprawiało, że jeszcze szybciej tracili równowagę. Po prostu Spencer przestał zwracać na nich uwagę i nie zauważył.
Już na korytarzu Brendon przyparł Blair do ściany, całując ją, jednak Blair szybko go odepchnęła.
- Głupek – mruknęła, ale mimo wszystko się uśmiechnęła. Kiedy Brendon ponowił próbę, zakryła mu usta dłonią. - Nie.
Brendon wydawał się nieco zbity z tropu odmową Blair. No bo dlaczego nie?
- Naprawdę, Brendon? Jesteśmy oboje wstawieni... - powiedziała, a usta Brendona zmieniły się w podkówkę.
- Czyli nici z szczęśliwego zakończenia tej nocy – powiedział Brendon, za co oberwało mu się w ramię od Blair. - Hej! Nie wolno bić umierających!
- Och, zamknij się już i chodź! - powiedziała ze zniecierpliwieniem Blair, nieco się krzywiąc na wzmiankę o umieraniu, bo właściwie na chwilę o tym zapomniała. Złapała Brendona za rękę i zaciągnęła do windy. Wcisnęła guzik z numerkiem najwyższego piętra i obserwowała mały ekranik nad drzwiami, na którym wyświetlały się numery pięter.
To nie tak, że wcale nie chciała Brendona. Wręcz przeciwnie, mimo wszystko Brendon był naprawdę przystojny i kiedy zachowywał się normalnie i nie wygłupiał się, sprawiał dobre wrażenie. Po prostu nie uważała za stosowne tego, by pójść z nim teraz do łóżka. Nie umiała tego do końca wytłumaczyć nawet samej sobie, ale tak właśnie czuła i nie zamierzała postępować wbrew temu uczuciu.

Kiedy dojechali na ostatnie piętro hotelu, a przynajmniej ostatnie, które było przeznaczone dla gości, ponownie zaczęła ciągnąć za sobą Brendona i uciszać go, gdy tylko próbował się dowiedzieć gdzie tak właściwie idą. Chłopak oczywiście był jej zupełnie posłuszny, idąc za nią jak grzeczny i dobrze wychowany piesek. Cóż, trudno mu się dziwić, stracił dla niej głowę.
Blair znała się trochę na hotelach, więc szukała najbliższych drzwi prowadzących na klatkę schodową. Kiedy już takie znaleźli, a te okazały się być otwarte, cicho pisnęła z radości. Pod ścianą na korytarzu stały dwa duże regały. Na półkach były poukładane ręczniki, dodatkowe poduszki oraz koce. Wcisnęła Brendonowi w dłonie dużą, miękką poduszkę, a sama złapała dwa koce i już po chwili wspinali się schodami w górę. Po przejściu na wyższe piętro szybko znaleźli drzwi prowadzące na dach. Była na nich tabliczka informująca o tym, że to przejście tylko dla osób upoważnionych, ale drzwi okazały się być i tak otwarte, ku uciesze Blair.
Wyszli na dach, z którego było widać panoramę miasta. London Eye, Tower Bridge, Big Ben... Z tej wysokości mogli dostrzec praktycznie wszystko, co było dość duże i dobrze oświetlone. Na niebie jasno świecił duży księżyc, ale poza nim nie było widać nic innego – żadnych gwiazd. Świeciły zbyt słabo by przedrzeć się przez chmury. Blair sprawnie rozłożyła jeden koc, położyła na nim poduszkę, tak by opierała się o niewielką ściankę, którą był otoczony cały dach i usiadła, zachęcając Brendona do zrobienia tego samego. Chłopak bez protestów usiadł obok niej i oparł się o poduszkę. Czerwonowłosa przykryła ich oboje kocem i przytuliła się do Brendona. Przez chwilę siedzieli tak w zupełnej ciszy, pomijając dźwięki miasta. Było już właściwie nad ranem, może koło 3.00 albo 4.00.

- Co robimy jutro? - zapytała Blair, patrząc z dołu na Brendona. Chłopak miał przymknięte oczy i był prawdopodobnie wykończony całym dzisiejszym dniem, ale nie wyglądało na to, by chciał po prostu zasnąć. Brendon wzruszył lekko ramionami, na tyle na ile pozwalała mu ich pozycja.
- Może pora wyruszyć dalej? - zamyślił się na chwilę. - Francja? Albo coś... Francja jest dostatecznie blisko. Wiesz, Paryż i tak dalej. Wieża Eiffela nie może być taka mainstreamowa, co? - uśmiechnął się i mocniej przytulił Blair.
- Co tylko chcesz.
Paryż był dobrym pomysłem. Nie była zbytnią romantyczką, ale to miasto miało jakiś urok, to na pewno. Właściwie pewnie prędzej czy później by tam pojechała, a teraz ma do tego wspaniałą okazję i towarzystwo. Tylko że tak nie będzie zawsze.
Myślenie o tym, że Brendona za niedługo nie będzie wydawało się jej absurdalne. Był tu teraz, mogła go dotknąć, czuła jego ciepło i słyszała bicie jego serca. Jak może po prostu go nie być? To było nierealne. Jak ktoś po prostu może umrzeć? I co potem? Po prostu nas nie ma?
- O czym myślisz? - zapytał miękko Brendon, widząc jej smutną minę. Właściwie domyślał się co jej chodziło po głowie, ale miał malutką nadzieję, że jednak się myli.
- O niczym ważnym – odpowiedziała szybko i posłała mu uśmiech. - Nie rozmawiajmy o tym teraz.
Brendon jej przytaknął, również nie chcąc ciągnąć tego tematu. Bał się tego co go czeka, ale wolał się do tego nie przyznawać, nawet przed sobą. Zdecydowanie wolał po prostu nie myśleć i przytulać się do Blair, patrząc na migające światła nocnego Londynu, który chyba nigdy nie spał. Po chwili zdał sobie sprawę z tego, że Blair nie poruszyła się od jakieś momentu. Zerknął na nią, a widząc, że dziewczyna zasnęła, uśmiechnął się. Kto by pomyślał, że to takie proste? Tak łatwo się po prostu zakochać. Oczywiście nie powiedział jej tego jeszcze, to byłoby bez sensu. Wyznawanie miłości po tygodniu znajomości naprawdę było bez sensu. Zwłaszcza, kiedy śmierć już stała za rogiem i tylko czekała na niego.

***

W Paryżu znaleźli się po południu następnego dnia. Brendon wpadł rano do ich pokoju hotelowego w Londynie z nadzieją przyłapania Spencera i Shay razem, ale niestety kiedy już był w środku, okazało się, że Spencer jest sam. Aczkolwiek jego uśmiech, który nie chciał mu zejść z ust, delikatne rumieńce i malinka na szyi mówiły same za siebie. Brendon rzucał co chwilę jakieś głupie komentarze w jego kierunku, powodując tym, że rumieniec chłopaka się powiększał, ale Blair zazwyczaj w porę uciszała bruneta. Co do Blair i Brendona, oboje byli niewyspani i nieco obolali, po nocy spędzonej na twardym dachu, jednak nie narzekali. Jeśli Spencer mógł na coś narzekać to tylko na to, że ta dwójka stała się jeszcze bardziej nieznośna.
Wynajęcie pokoju w jakimś hotelu w Paryżu okazało się naprawdę trudne. Z trzech z nich wyszli z kwitkiem. Na szczęście Blair, ku zdziwieniu chłopaków, znała francuski dość dobrze. Przydała jej się prywatna szkoła dla dziewcząt, jak widać. Znajomość języka pozwoliła jej wypatrzyć niewielki motelik w jednej z uliczek. Można tam było wynająć pół piętra w uroczej kamieniczce za właściwie grosze. Było to niewielkie mieszkanko, dwa pokoje, kuchnia i malutka łazienka, ale zgodnie stwierdzili, że jest idealnie. Pokoje były dość przestronne i jasne, w pastelowych kolorach. Kuchnia była jakby z zeszłego wieku, ale mikrofalówka i kuchenka były nowe. A łazienka wydawała się naprawdę słodka. Niewielka, biała wanna na żelaznych, zdobionych nóżkach i rurki w kolorze miedzi. Blair od razu zakochała się w tym mieszkanku, które wynajęli na tydzień od starszej kobiety, która patrzyła na nich troszkę podejrzliwie. Koniec końców jednak poczęstowała ich domowej roboty plackiem z wiśniami i winem, które również sama zrobiła.

Kiedy już się mniej więcej rozpakowali i zdążyli zgłodnieć, postanowili udać się gdzieś, gdzie można coś zjeść. Przy okazji zwiedzili troszkę miasta, omijając jednak jego ścisłe centrum. Na to postanowili przeznaczyć następny dzień.
- Tutaj wygląda dobrze – Spencer wskazał palcem na jakąś restauracyjkę. Przed nią były wystawione stoliki, a na każdym stały niewielkie latarenki ze świeczkami w środku. Wszyscy się zgodzili, że wygląda świetnie. Zajęli jeden ze stolików na zewnątrz, a po chwili już jedli, aż uszy im się trzęsły. Prawie. Brendon właściwie dźgał tylko jedzenie widelcem, co jakiś czas przeżuwając niewielkie kęsy. Nie był głodny, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jednak coś musi zjeść. Nie czuł smaku potraw więc czuł się jakby żuł tekturę i zapijał ją wodą. Nikomu się nie żalił i nie zamierzał. Nie był jakimś wielkim smakoszem by to, że jego życie nagle straciło smak, w jakiś drastyczny sposób wpłynęło na jego życie.

- Brendon? - usłyszeli wszyscy jakiś niski, ochrypły głos i razem odwrócili się w tamtym kierunku. Przed nimi stał dość dobrze zbudowany mężczyzna w białej koszuli i czarnych spodniach. Patrzył z niedowierzaniem wprost na bruneta, który nienaturalnie pobladł i zastygł w miejscu, kurczowo ściskając widelec w dłoni, zupełnie jakby chciał nim dźgnąć w mężczyznę.
Pierwszy zorientował się Spencer i położył dłoń na kolanie Brendona w uspokajającym geście. Brendon tylko drgnął i westchnął, jednak nie wypuścił widelca z dłoni. W tej chwili czuł się jakby znów miał te kilkanaście lat i był zupełnie bezradny. Chociaż wiedział, że jest już dorosły i cały jego strach jest irracjonalny, nie mógł nic poradzić na reakcję jego organizmu. Bo właśnie przed nim stał mężczyzna, przez którego miał ochotę umrzeć. Przez którego czuł się gorszy i nic niewarty. To on sprawił, że przez długi czas Brendon nie potrafił wyrażać swoich emocji i miał tak niskie poczucie wartości, że właściwie nie istniało.

- Mark – powiedział w końcu, dziwiąc się swojemu tonowi głosu, który był rozedrgany i załamywał się. Przeklął się za to w duchu, a widząc uśmiech mężczyzny, przeklął i jego. Mark spojrzał najpierw na Blair, która była zupełnie zbita z tropu, nie wiedząc co się właściwie dzieje, a potem na Spencera, który miał zacięty wyraz twarzy i wyglądał, jakby mógł się właściwie rzucić na niego w każdej chwili.
- Dawno się nie widzieliśmy. Pozwolisz, że się przysiądę? - powiedział i mimo niemego sprzeciwu Brendona zajął czwarte, wolne krzesło, które stało przy stoliku, dokładnie naprzeciw Brendona. Urie nagle poczuł nieznośny ból głowy i skrzywił się, przykładając dłoń do skroni, co nie uszło uwadze Spencera.
- Naprawdę nie sądzę, by Brendon cieszył się z pańskiej obecności tutaj – wysyczał Spencer, mierząc mężczyznę wzrokiem. W myślach wypalał mu dziurę w czaszce na wylot i patrzył jak jego mózg wypływa przez ten otwór. Miał ochotę przyłożyć przybyszowi prosto w nos. Mark, nie zdając sobie z tego sprawy albo ignorując niechęć, jaka biła od Spencera, uśmiechnął się do niego.
- Dzieciak Smith'ów, co? Że też cię od razu nie poznałem. To przez ciebie Brendon uciekł z domu, zostawiając swoją matkę i łamiąc jej tym serce – powiedział, wciąż się uśmiechając, ale teraz już patrząc wprost na Brendona, który czuł, że robi się coraz mniejszy. Serce biło mu jak oszalałe i miał ochotę rozpłynąć się w powietrzu, byleby Mark przestał. Odruchowo spuścił wzrok i wbił go w stół. Blair, nadal nie wiedząc o co chodzi, nieco przytłoczona tyloma nowymi informacjami, patrzyła to na Brendona, to na Spencera. Nie wiedziała właściwie nic o Brendonie i właśnie teraz to w nią uderzyło. Zupełnie nic nie wiedziała.
- To nie ja go krzywdziłem – warknął Spencer, walcząc ze sobą, by nie podnieść noża i nie wbić go w dłoń Marka, która leżała na stole. Mężczyzna zupełnie to zignorował i spojrzał na Blair. Dziewczyna tylko uniosła pytająco brew i spojrzała mu wprost w oczy. Doskonale wiedziała, że tacy ludzie po prostu czują się lepsi. Nie zamierzała odwracać wzroku tak jak zrobił to Brendon. Chociaż patrzenie komuś w oczy jest dość trudne, zmusiła Marka by jako pierwszy przestał się na nią patrzeć. Mężczyzna tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. Splótł razem swoje wielkie dłonie i znów spojrzał na Brendona.
- Nie wyglądasz najlepiej. Czyżby życie cię skopało? Tak to bywa kiedy się jest niedouczonym i nic niewartym uciekinierem. Albo nawet gorzej...
- Dość!

Wszyscy spojrzeli z zaskoczeniem na Blair, która wstała, tym samym górując nad resztą. Zmrużyła oczy i patrzyła wprost na Marka, wystawiając w jego kierunku wskazujący palec, jakby w groźbie. Mężczyzna tylko się uśmiechnął i też spróbował wstać, ale dziewczyna dźgnęła go boleśnie w mostek, sprawiając, że znów usiadł.
- Nie wiem kim ty jesteś człowieku, do kurwy nędzy, ale otwórz jeszcze raz tą swoją parszywą japę, a osobiście roztrzaskam ci twarz o beton – powiedziała spokojnie, patrząc na niego groźnie. Mark jednak nie przejął się groźbami dziewczyny i łapiąc ją za nadgarstek, wstał z miejsca. Jednak nim Spencer czy Brendon mogli zareagować, Blair kopnęła go w krocze, a kiedy zgiął się wpół, uderzyła kolanem w jego twarz, popychając go. Mark zatoczył się, trzymając rękę na nosie. Przez jego palce powoli zaczynała przeciekać krew. Wszyscy goście w restauracji patrzyli zaszokowani na tę scenę. Łącznie ze Spencerem i Brendonem, którym szczęki właściwie opadły do ziemi.
- Nie wiem jak wy, ale ja już nie jestem głodna – mruknęła Blair, wciąż patrząc na swoją „ofiarę”. Mark nadal zgięty w pół, opierał się o stolik, na który został pchnięty. Z restauracji wyszło dwóch kelnerów. Jeden podszedł do Marka, a drugi do Blair. Dziewczyna szybko coś powiedziała do niego po francusku, czego chłopcy nie mogli zrozumieć, a w jej oczach zebrały się łzy. Pomachała troszkę rękami dla większego dramatyzmu, a potem wtuliła w Brendona. Kelner pokiwał ze zrozumieniem głową i spojrzał z nienawiścią na Marka. Powiedział coś do drugiego kelnera.
- Lepiej stąd chodźmy – szepnęła Blair Brendonowi, dramatycznie pociągając nosem i ręką rozmazując sobie makijaż. Chłopcy nadal w szoku oczywiście się zgodzili i razem szybko opuścili restaurację.
- Może ktoś mi powiedzieć kto to właściwie był? Mam nadzieję, że przyłożyłam właściwemu kolesiowi... - mruknęła Blair, patrząc pytająco na chłopaków, kiedy byli już wystarczająco daleko od restauracji, by mogła przestać udawać rozpacz.
- Po kolei. Co to było i co powiedziałaś tym kelnerom? - powiedział Spencer, patrząc na nią nieco przestraszonym wzrokiem.
- Kurs samoobrony. Tatuś nalegał. No i powiedzmy, że Francuzi poważnie traktują nietolerancję i przemoc wobec kobiet.
Brendon i Spencer wciąż wydawali się nieco zagubieni, a Blair się roześmiała.
- Powiedziałam im, że to jakiś przybłęda, który zaczął obrażać moich przyjaciół gejów, a kiedy chciałam was obronić, podniósł na mnie rękę – Blair wzruszyła ramionami.
- Serio? Gejów? - burknął Spencer, wkładając ręce do kieszeni. Każde z nich miało już dość.  

3 komentarzy:

Izzie pisze...

Czyżby Mark,to ojciec Brendona? ;) Podoba mi sie mniej slodki obraz ich podrózy,nadaje to troche smaczku :)

Yggdrasil pisze...

Ładnie, bardzo ładnie. Spencer się trochę rozerwał, w końcu. No i akcja końcowa sprawiła, że w końcu polubiłam Blair. Ma u mnie dużego plusa! :)

Złota Żmija pisze...

Za mało Spencera jak dla mnie. Ale rekompensuje to ostatnia scena. Pewnie tak jak reszta zachodzę w głowę, kim był ten Mark.
Pozdrawiam^^

Prześlij komentarz