Przed wami kolejny rozdział. Mam nadzieję, że wam się choć troszkę spodoba? Już nie jest taki tęczowy, przynajmniej mi się tak wydaje.
Nie przedłużając...
Indżoj!
**************************
Znaleźli centrum handlowe, gdzieś w centrum miasta i właśnie się
po nim włóczyli, z kubkami w dłoniach, ponieważ lody i dość
mokra pogoda sprawiły, że chcieli odrobinki ciepła. Brendon
trzymał Blair pewnie za rękę, co jakiś czas lekko ściskając jej
dłoń lub gładząc kciukiem miękką skórę.
- Chciałeś mieć kiedyś jakąś moc? - zapytała ni z tego, ni z
owego Blair, wpatrując się w szyby wystawowe, które mijali. Co
jakiś czas jej wzrok zawieszał się na czymś dłużej, ale jednak
nie potrafiła się skusić na nic z tych sieciowych sklepów.
Wybierała zazwyczaj niewielkie butiki na zakupy.
- Moc? - Brendon lekko zmrużył oczy, nie będąc do końca pewnym
co dziewczyna ma na myśli. Pociągnął łyk ze swojego papierowego
kubka, rozkoszując się karmelową latte, wiedząc że później
będzie go od tego prawdopodobnie bolał żołądek. Czymże jest
chwila cierpienia, w porównaniu z taką rozkoszą? Podobnie myślał
o tatuażach.
- No wieeeesz... Latanie i te sprawy – wyjaśniła, uśmiechając
się do niego. Sama nie wiedziała skąd jej przyszedł do głowy
właśnie ten temat, ale wydawał się w sam raz na przechadzkę po
galerii.
- Och. No tak. Cóż, kiedy miałem jakieś 15 lat, marzyło mi się
żeby być niewidzialnym, żeby podglądać dziewczyny.
- Zbok! - roześmiała się czerwonowłosa, doskonale rozumiejąc
takie marzenia. Jej młodszy brat nieraz plótł podobne rzeczy.
Czasem się zastanawiała czy wszyscy młodzi chłopcy tacy są, ale
widocznie tak już było. Tylko jedno im w głowie. - A teraz? Jaką
supermoc byś chciał mieć?
- Chciałbym umieć cofać czas – mruknął Brendon, ciągnąc
dziewczynę do któregoś ze sklepów. Wydało jej się to logicznym,
ta sprawa z czasem. Na pewno chciał coś naprawić z przeszłości.
Albo może gdyby wykryto u niego wcześniej chorobę, nie musiałby
tak szybko umierać. Chociaż wtedy by się pewnie nie spotkali. -
Ten moment... - dodał Brendon, a Blair wróciła do niego myślami.
Puścił jej rękę, grzebiąc między wieszakami w ubraniami. - Ten
moment tuż przed orgazmem. Dokładnie wtedy przewijałbym czas o
kilka sekund do tyłu – posłał jej szeroki uśmiech, a Shepherd
otworzyła szeroko usta, jednocześnie się uśmiechając. Nabijał
się z niej, totalnie!
- Miałam nadzieję na jakąś gadkę o naprawianiu błędów
przeszłości czy coś – burknęła, patrząc na wieszaki w rękach
Brendona.
- Ach, nie. Bez moich błędów nie byłbym tym, kim jestem teraz. I
pewnie wszystko byłoby inaczej – wcisnął jej ubrania w ręce. -
Trzymaj. Chcę cię w tym zobaczyć.
- Faceci podobno nie lubią zakupów? - zagadnęła Blair z nadzieją,
patrząc z ukosa na ubrania.
- Może jestem inny niż wszyscy? Nie marudź, przebieraj się!
- Wow – usłyszała Blair, kiedy niepewnie wyszła z przymierzalni.
I wbrew pozorom ten głos nie należał do Brendona. Stała przed nią
wysoka, szczupła dziewczyna z oliwkową cerą i krótkimi, czarnymi
włosami. Mierzyła ją wzrokiem, przez co czerwonowłosa poczuła
się totalnie niezręcznie i zaczęła się rozglądać za Brendonem.
- Świetnie wyglądasz – dodała dziewczyna, w końcu patrząc jej
na twarz. Miała dziwny akcent, inny niż większość londyńczyków,
których do tej pory spotkali.
- Dzięki – wybąkała Blair, nie bardzo wiedząc co zrobić. Stała
więc, przeklinając w duchu Brendona za zniknięcie. Przecież nie
wciskała się w tę sukienkę tak długo!
- Jestem Shay – dziewczyna wyciągnęła w jej kierunku dłoń,
ozdobioną kilkoma pierścionkami. Na nadgarstku miała srebrną
bransoletkę z mnóstwem malutkich przywieszek.
- Blair – dziewczyna grzecznie uścisnęła dłoń czarnowłosej,
nie wiedząc co dalej zrobić.
- Nie jesteś tu sama, prawda? - zagadnęła dziewczyna, a widząc
spłoszone spojrzenie Shepherd, uśmiechnęła się serdecznie,
dodając – Nie bój się. Przecież cię nie zjem. Po prostu widzę
jak się rozglądasz.
Blair wciąż była niepewna, bo zazwyczaj żadne dziewczyny nie
podchodziły do niej w sklepie i nie zagadywały, na początku
rzucając komplementy. Faceci – owszem, czasem się jakiś
przytrafił. Ale nigdy dziewczyny...
- Um, tak. Jestem tu z moim chłopakiem, ale... Gdzieś zniknął,
najwyraźniej.
***
Brendon, przy wtórze głośnych protestów Blair, kupił jej
sukienkę, którą wcześniej mierzyła. Ale zanim to zrobił,
obejrzał dziewczynę ze wszystkich stron, oglądając jak czarny
materiał i czarna skóra prezentują się na jej ciele. Oboje z Shay
stwierdzili, że idealnie pasuje do jej czerwonych włosów, przez co
czarnowłosa zdobyła przychylność Brendona. Urie postanowił, że
nadaje się ona idealnie do jego planu odstresowania Spencera, więc
szybko zaproponował jej pójście z nimi do hotelu i małą,
kameralną imprezkę w ich pokoju. Shay oczywiście od razu się
zgodziła, szczebiocząc o tym, jak ślicznie razem wyglądają.
Skomplementowała Brendona, mówiąc mu że ma całuśne usta,
powodując, że Blair zatrzęsła się z zazdrości, chociaż nie
przyznała się do tego nawet przed sobą. A potem powiedziała, że
tyłek Blair wyglądał naprawdę słodziutko w tej sukience.
Albo jawnie flirtowała z obojgiem naraz, albo Blair miała jakieś
urojenia.
Skończyli więc na podłodze ich pokoju hotelowego z dwoma wielkimi
pudełkami pizzy, mnóstwem piwa i butelką Jacka Danielsa.
- Gramy w butelkę! - Brendon klasnął w dłonie, wychylając
zielone szkło i opróżniając je z resztek złocistego napoju. - Ja
zaczynam – to mówiąc, zakręcił. Butelka wskazała na Blair, a
na usta bruneta wpłynął dziwny uśmieszek. Może dlatego, że
wszyscy już trochę wypili, nawet Spencer, który zazwyczaj
wolał być jak najbardziej trzeźwy. Siedział teraz po turecku z
rękami w kieszeniach swojej bluzy, oparty o łóżko i uśmiechał
się, zerkając raz na Brendona, raz na Blair, za to starannie
omijając wzrokiem Shay. Był nieco zażenowany faktem, że była
teoretycznie „dla niego”.
- Pytanie czy zadanie? - zapytał Brendon. Blair po krótkim namyśle,
wybrała zadanie, zgadując że pytania bruneta będą zbyt osobiste,
a nie miała ochoty wywnętrzać się przed ich nową koleżanką. -
To było takie do przewidzenia – jęknął Brendon. - No to pocałuj
Shay!
- Żartujesz sobie? - wypaliła Blair, od razu orientując się jak
to musiało zabrzmieć. Nie chciała urazić tej dziewczyny. Ale nie
przywykła do całowania obcych. Shay jednak nie miała chyba nic
przeciwko, bo uśmiechała się serdecznie do Blair. - Brendon...
- 3 minuty – powiedział brunet, wyciągając z kieszeni telefon i
grzebiąc w nim w poszukiwaniu stopera. Kiwnął głową na Blair,
ignorując jej mordercze spojrzenie. W życiu nie całowała się z
dziewczyną! Jak niby miała się do tego zabrać?
- No chodź, nie gryzę, chyba że lubisz? - wyszczerzyła się Shay,
poklepując dywan tuż obok siebie. Blair niepewnie przyklęknęła
tuż obok niej, tak by były twarzą w twarz. Czarnowłosa wydawała
się być naprawdę miłą dziewczyną, która nie brała niczego na
poważnie. Do tego była naprawdę ładna. Miała dość orientalną
urodę – jej kruczoczarne włosy błyszczały, a piękna, oliwkowa
skóra podkreślała jej zielone oczy. No i miała sylwetkę, której
na pewno zazdrościło jej 3/4 dziewczyn na
świecie. Nie była chuda jak kościotrup – miała śliczne,
kobiece kształty, ale jej ciało w jakiś sposób wydawało się być
silne i mocne.
Blair, w nagłym przypływie sympatii do Shay, w połowie pewnie
spowodowanym urodą dziewczyny, a w drugiej połowie procentami
krążącymi w jej organizmie, przerzuciła ręce przez ramiona
dziewczyny i posłała Brendonowi bezczelny uśmiech.
- No to licz te minuty – mruknęła jeszcze, zanim przybliżyła
swoją twarz do twarzy Shay i pocałowała ją. Najpierw delikatnie
muskała jej usta swoimi wargami, w końcu przyzwyczajając się do
tego, że całuje dziewczynę, niepewnie pogłębiła pocałunek.
Nigdy nie była homofobką. Ale nigdy nie myślała o całowaniu
dziewczyny, ani o tym, że w ogóle będzie to kiedyś robić. Część
jej koleżanek ze szkoły zawsze z chichotem wspominała jak to razem
ze swoją przyjaciółką uczyły się nawzajem całować i tak
dalej. Blair nie miała jakiejś bliższej przyjaciółki. Większość
wolnego czasu spędzała z chłopakami, nadrabiając chwile spędzone
tylko w towarzystwie dziewczyn w szkole. Poza tym wysłuchując
problemów koleżanek z klasy na przerwach nieraz dochodziła do
wniosku, że chłopcy są dużo prostsi w obsłudze. Wystarczyło, że
wpadała do któregoś ze swoich przyjaciół z jakimś jedzeniem, a
później z piwem, a już było wszystko dobrze, nawet jeśli się
wcześniej pokłócili.
- 3 minuty minęły! - krzyknął Brendon, stukając palcem w ekran
komórki. Blair odsunęła się od Shay i posłała jej szeroki
uśmiech. - To było gorące... - mruknął jeszcze i wrócili do
dalszej zabawy.
- Spencer – powiedziała Blair – Pytanie czy zadanie?
***
- Więc, Spencer... - zaczęła Shay, kiedy chłopak wyraźnie jej
unikał. Spojrzał na nią lekko przestraszony. To nie tak, że był
kompletną ciotą jeśli chodzi o dziewczyny. Po prostu był trochę
nieśmiały i nie potrafił nic z tym zrobić, nieważne jak
bardzo się starał. Chociaż z wiekiem stał się bardziej otwarty,
mimo wszystko wciąż nie lubił być w centrum uwagi. W
przeciwieństwie do Brendona, który po podleczeniu niektórych ran z
przeszłości, okazał się być naprawdę radosną osobą.
Shay była naprawdę ładna i wydawała się być miła. Ale nic poza
tym o niej nie wiedział i to go nieco peszyło. O czym miałby z nią
rozmawiać? Raczej nie o pogodzie. W głowie miał totalną pustkę,
a wypity alkohol wcale mu niczego nie ułatwiał – wbrew pozorom.
Spojrzał w kierunku Blair i Brendona. Para była zajęta sobą,
zamknięta w swojej własnej bańce i nie zwracała uwagi na to co
dookoła. Spencer po raz kolejny pomyślał o tym, jak słodko razem
wyglądają i ile radości widać w oczach Brendona, gdy tylko Blair
zwraca na niego uwagę. A w tej chwili jej oczy były właśnie
skierowane wprost na chłopaka, kiedy z uwagą słuchała jak coś
jej szepcze, jakby zdradzał jej największe sekrety świata. To musi
być miłe uczucie, mieć kogoś kto praktycznie spija słowa z
twoich ust, miękko na ciebie patrzy i delikatnie dotyka, jakby się
było najbardziej kruchą i ważną rzeczą, jaka istnieje. Tak, to
musi być miłe.
- Brendon mówił, że jesteś lekarzem – znów spróbowała
dziewczyna, sprawiając że uwaga Spencera skupiła się na niej.
Przytaknął lekko, nie wiedząc co powiedzieć i pociągnął łyk
piwa z zielonej butelki, którą ściskał w dłoni. Może troszkę
zbyt mocno. - Więc, Spencer, co leczysz?
Wydawała się być naprawdę zainteresowana jego życiem, chociaż
może była po prostu dobrą aktorką. Kobiety są w tym dobre.
Potrafią udawać wiele rzeczy, o czym już kilka razy boleśnie się
przekonał.
- Jestem onkologiem – powiedział niskim głosem, sam się dziwiąc
jego tonowi. Brzmiał właściwie normalnie i nawet nie było słychać
drżenia. Modlił się w duchu o to, by dziewczyna nie powiedziała
tego, co zawsze słyszał. „Moja ciocia miała raka” albo
„Niedawno mój sąsiad umarł na raka”. To było pierwsze co
ludziom przychodziło do głowy, gdy tylko wspominał o swoim
zawodzie. Jakby to miało jakieś znaczenie. Owszem, gdyby byli jego
pacjentami... Ale co się odpowiada w takiej sytuacji? Rozmowa o
chorobach to nie najlepszy temat na randki i inne towarzyskie
spotkania.
- To musi być ciężka praca, prawda? - powiedziała zamiast tego,
uśmiechając się ciepło i wtedy Spencer pomyślał, że może,
może, nie będzie tak źle jak myślał. Znów jej
przytaknął.
- Ale ktoś to musi robić. I naprawdę lubię pomagać ludziom –
powiedział z zamyśleniem, krzywiąc się nieco. Brendona nie
uratował.
- Jesteś spięty – mruknęła Shay, odstawiając swoją butelkę
na bok. Przesunęła się w jego kierunku. Popatrzył na nią
niepewnie, nie wiedząc do czego czarnowłosa zmierza. - Spokojnie.
Moja współlokatorka studiowała fizjoterapię i nauczyła mnie
kilku sztuczek. Odpręż się... - powiedziała łagodnie, zmuszając
go by odwrócił się do niej tyłem. Po chwili poczuł jej dłonie
na swoich ramionach. Początkowo go zabolało, gdy ucisnęła jego
spięte mięśnie, ale ból szybko ustąpił przyjemności i Boże,
ona miała naprawdę cudowne ręce. Zamknął oczy, głęboko
oddychając.
- Co robisz? - zapytał niewyraźnie, czując jak jej dłonie
wślizgują się za jego koszulkę i lądują na jego klatce
piersiowej. Od razu otworzył oczy i odwrócił głowę tak, by
widzieć dziewczynę. Shay tylko się roześmiała i wyciągnęła
dłonie spod jego ubrania.
- Głuptasie... - mruknęła, wstając i kierując się w stronę
łóżka. Usiadła na nim, lekko zapadając się w miękkim materacu
i skrzyżowała nogi, opierając łokcie na kolanach. Spojrzała na
Spencera, który nadal niepewnie siedział na dywanie, wpatrując się
w nią szeroko otwartymi oczami. Dopiero po chwili uświadomił
sobie, że zostali sami. Kiedy Blair i Brendon wyszli? I co
najważniejsze: gdzie wyszli? Przecież...
- Są dorośli. Poradzą sobie – powiedziała Shay, jakby czytając
mu w myślach. Czyżby był aż tak łatwy do rozszyfrowania? Wszyscy
mogli z niego czytać jak z otwartej księgi czy po prostu ta
dziewczyna była tak wyjątkowa i potrafiła robić takie rzeczy?
- Shay, nie zrozum mnie źle... - zaczął, podnosząc się z ziemi.
Spencer był typem człowieka, który szanował wszystkich ludzi i
raczej nie wyobrażał sobie spędzenia nocy z dopiero co poznaną
kobietą. Nie, jeśli nie miałby co do niej żadnych innych
zamiarów. A tak właśnie było. Nie miał czasu na związki.
Przynajmniej nie na razie. Brendon mu zawsze marudził, że jest już
stary i powinien sobie kogoś znaleźć, kto pójdzie z nim po
pierwszą sztuczną szczękę i pojedzie razem do sanatorium, bo on
tego nie zamierza robić. Później mówił, że nie chce żeby
Spencer został sam. Bo tak naprawdę Spencer nie potrafił wymienić
innego imienia, poza imieniem Brendona, człowieka którego mógłby
nazwać przyjacielem. Owszem, miał znajomych, kolegów i koleżanki
z pracy, rodzinę. Ale przyjaciela miał tylko jednego. I to nie na
tak długo jak by sobie tego życzył.
Dopiero kiedy podniósł się na równe nogi, poczuł jak dużo
wypił. Cały pokój nieco zawirował, powodując że Spencer miał
ochotę się roześmiać. Mimowolnie usiadł obok dziewczyny na
łóżku.
- My też jesteśmy dorośli – powiedziała Shay, wciąż się
uśmiechając i patrząc na niego z dołu. Otworzył usta, żeby
powiedzieć coś sensownego, jednak zupełnie nic mu nie przychodziło
do głowy. Przed oczami stanęła mu jego ostatnia dziewczyna, z
którą był właściwie od początku studiów. Byli na jednym roku,
ale kiedy on postanowił zostać onkologiem, ona chciała być
chirurgiem. Studia medyczne są wymagające, więc mieli coraz mniej
czasu dla siebie i tak jakoś się rozpadło. To było dawno. Zbyt
dawno.
Dlatego specjalnie się nie opierał, kiedy Shay zmieniła pozycję i
nachyliła się, by go pocałować. I nie opierał się, kiedy już
razem leżeli na łóżku, nie przerywając pocałunków. Ani potem,
kiedy wzdychając, Shay wiła się pod jego palcami, gdy delikatnie
muskał jej gładką i miękką skórę.
Cóż, chyba powinien potem podziękować Brendonowi...
***
Brendon i Blair wcale nie opuścili ich pokoju hotelowego ukradkiem i
niezauważenie. Bynajmniej. Wyszli chichocząc i lekko się
zataczając, wzajemnie się trzymając, co sprawiało, że jeszcze
szybciej tracili równowagę. Po prostu Spencer przestał zwracać na
nich uwagę i nie zauważył.
Już na korytarzu Brendon przyparł Blair do ściany, całując ją,
jednak Blair szybko go odepchnęła.
- Głupek – mruknęła, ale mimo wszystko się uśmiechnęła.
Kiedy Brendon ponowił próbę, zakryła mu usta dłonią. - Nie.
Brendon wydawał się nieco zbity z tropu odmową Blair. No bo
dlaczego nie?
- Naprawdę, Brendon? Jesteśmy oboje wstawieni... - powiedziała, a
usta Brendona zmieniły się w podkówkę.
- Czyli nici z szczęśliwego zakończenia tej nocy – powiedział
Brendon, za co oberwało mu się w ramię od Blair. - Hej! Nie wolno
bić umierających!
- Och, zamknij się już i chodź! - powiedziała ze
zniecierpliwieniem Blair, nieco się krzywiąc na wzmiankę o
umieraniu, bo właściwie na chwilę o tym zapomniała. Złapała
Brendona za rękę i zaciągnęła do windy. Wcisnęła guzik z
numerkiem najwyższego piętra i obserwowała mały ekranik nad
drzwiami, na którym wyświetlały się numery pięter.
To nie tak, że wcale nie chciała Brendona. Wręcz przeciwnie, mimo
wszystko Brendon był naprawdę przystojny i kiedy zachowywał się
normalnie i nie wygłupiał się, sprawiał dobre wrażenie. Po
prostu nie uważała za stosowne tego, by pójść z nim teraz do
łóżka. Nie umiała tego do końca wytłumaczyć nawet samej sobie,
ale tak właśnie czuła i nie zamierzała postępować wbrew temu
uczuciu.
Kiedy dojechali na ostatnie piętro hotelu, a przynajmniej ostatnie,
które było przeznaczone dla gości, ponownie zaczęła ciągnąć
za sobą Brendona i uciszać go, gdy tylko próbował się dowiedzieć
gdzie tak właściwie idą. Chłopak oczywiście był jej zupełnie
posłuszny, idąc za nią jak grzeczny i dobrze wychowany piesek.
Cóż, trudno mu się dziwić, stracił dla niej głowę.
Blair znała się trochę na hotelach, więc szukała najbliższych
drzwi prowadzących na klatkę schodową. Kiedy już takie znaleźli,
a te okazały się być otwarte, cicho pisnęła z radości. Pod
ścianą na korytarzu stały dwa duże regały. Na półkach były
poukładane ręczniki, dodatkowe poduszki oraz koce. Wcisnęła
Brendonowi w dłonie dużą, miękką poduszkę, a sama złapała dwa
koce i już po chwili wspinali się schodami w górę. Po przejściu
na wyższe piętro szybko znaleźli drzwi prowadzące na dach. Była
na nich tabliczka informująca o tym, że to przejście tylko dla
osób upoważnionych, ale drzwi okazały się być i tak otwarte, ku
uciesze Blair.
Wyszli na dach, z którego było widać panoramę miasta. London Eye,
Tower Bridge, Big Ben... Z tej wysokości mogli dostrzec praktycznie
wszystko, co było dość duże i dobrze oświetlone. Na niebie jasno
świecił duży księżyc, ale poza nim nie było widać nic innego –
żadnych gwiazd. Świeciły zbyt słabo by przedrzeć się przez
chmury. Blair sprawnie rozłożyła jeden koc, położyła na nim
poduszkę, tak by opierała się o niewielką ściankę, którą był
otoczony cały dach i usiadła, zachęcając Brendona do zrobienia
tego samego. Chłopak bez protestów usiadł obok niej i oparł się
o poduszkę. Czerwonowłosa przykryła ich oboje kocem i przytuliła
się do Brendona. Przez chwilę siedzieli tak w zupełnej ciszy,
pomijając dźwięki miasta. Było już właściwie nad ranem, może
koło 3.00 albo 4.00.
- Co robimy jutro? - zapytała Blair, patrząc z dołu na Brendona.
Chłopak miał przymknięte oczy i był prawdopodobnie wykończony
całym dzisiejszym dniem, ale nie wyglądało na to, by chciał po
prostu zasnąć. Brendon wzruszył lekko ramionami, na tyle na ile
pozwalała mu ich pozycja.
- Może pora wyruszyć dalej? - zamyślił się na chwilę. -
Francja? Albo coś... Francja jest dostatecznie blisko. Wiesz, Paryż
i tak dalej. Wieża Eiffela nie może być taka mainstreamowa, co? -
uśmiechnął się i mocniej przytulił Blair.
- Co tylko chcesz.
Paryż był dobrym pomysłem. Nie była zbytnią romantyczką, ale to
miasto miało jakiś urok, to na pewno. Właściwie pewnie prędzej
czy później by tam pojechała, a teraz ma do tego wspaniałą
okazję i towarzystwo. Tylko że tak nie będzie zawsze.
Myślenie o tym, że Brendona za niedługo nie będzie wydawało się
jej absurdalne. Był tu teraz, mogła go dotknąć, czuła jego
ciepło i słyszała bicie jego serca. Jak może po prostu go nie
być? To było nierealne. Jak ktoś po prostu może umrzeć? I co
potem? Po prostu nas nie ma?
- O czym myślisz? - zapytał miękko Brendon, widząc jej smutną
minę. Właściwie domyślał się co jej chodziło po głowie, ale
miał malutką nadzieję, że jednak się myli.
- O niczym ważnym – odpowiedziała szybko i posłała mu uśmiech.
- Nie rozmawiajmy o tym teraz.
Brendon jej przytaknął, również nie chcąc ciągnąć tego
tematu. Bał się tego co go czeka, ale wolał się do tego nie
przyznawać, nawet przed sobą. Zdecydowanie wolał po prostu nie
myśleć i przytulać się do Blair, patrząc na migające światła
nocnego Londynu, który chyba nigdy nie spał. Po chwili zdał sobie
sprawę z tego, że Blair nie poruszyła się od jakieś momentu.
Zerknął na nią, a widząc, że dziewczyna zasnęła, uśmiechnął
się. Kto by pomyślał, że to takie proste? Tak łatwo się po
prostu zakochać. Oczywiście nie powiedział jej tego jeszcze, to
byłoby bez sensu. Wyznawanie miłości po tygodniu znajomości
naprawdę było bez sensu. Zwłaszcza, kiedy śmierć już stała za
rogiem i tylko czekała na niego.
***
W Paryżu znaleźli się po południu następnego dnia. Brendon wpadł
rano do ich pokoju hotelowego w Londynie z nadzieją przyłapania
Spencera i Shay razem, ale niestety kiedy już był w środku,
okazało się, że Spencer jest sam. Aczkolwiek jego uśmiech, który
nie chciał mu zejść z ust, delikatne rumieńce i malinka na szyi
mówiły same za siebie. Brendon rzucał co chwilę jakieś głupie
komentarze w jego kierunku, powodując tym, że rumieniec chłopaka
się powiększał, ale Blair zazwyczaj w porę uciszała bruneta. Co
do Blair i Brendona, oboje byli niewyspani i nieco obolali, po nocy
spędzonej na twardym dachu, jednak nie narzekali. Jeśli Spencer
mógł na coś narzekać to tylko na to, że ta dwójka stała się
jeszcze bardziej nieznośna.
Wynajęcie pokoju w jakimś hotelu w Paryżu okazało się naprawdę
trudne. Z trzech z nich wyszli z kwitkiem. Na szczęście Blair, ku
zdziwieniu chłopaków, znała francuski dość dobrze. Przydała jej
się prywatna szkoła dla dziewcząt, jak widać. Znajomość języka
pozwoliła jej wypatrzyć niewielki motelik w jednej z uliczek. Można
tam było wynająć pół piętra w uroczej kamieniczce za właściwie
grosze. Było to niewielkie mieszkanko, dwa pokoje, kuchnia i malutka
łazienka, ale zgodnie stwierdzili, że jest idealnie. Pokoje były
dość przestronne i jasne, w pastelowych kolorach. Kuchnia była
jakby z zeszłego wieku, ale mikrofalówka i kuchenka były nowe. A
łazienka wydawała się naprawdę słodka. Niewielka, biała wanna
na żelaznych, zdobionych nóżkach i rurki w kolorze miedzi. Blair
od razu zakochała się w tym mieszkanku, które wynajęli na tydzień
od starszej kobiety, która patrzyła na nich troszkę podejrzliwie.
Koniec końców jednak poczęstowała ich domowej roboty plackiem z
wiśniami i winem, które również sama zrobiła.
Kiedy już się mniej więcej rozpakowali i zdążyli zgłodnieć,
postanowili udać się gdzieś, gdzie można coś zjeść. Przy
okazji zwiedzili troszkę miasta, omijając jednak jego ścisłe
centrum. Na to postanowili przeznaczyć następny dzień.
- Tutaj wygląda dobrze – Spencer wskazał palcem na jakąś
restauracyjkę. Przed nią były wystawione stoliki, a na każdym
stały niewielkie latarenki ze świeczkami w środku. Wszyscy się
zgodzili, że wygląda świetnie. Zajęli jeden ze stolików na
zewnątrz, a po chwili już jedli, aż uszy im się trzęsły.
Prawie. Brendon właściwie dźgał tylko jedzenie widelcem, co jakiś
czas przeżuwając niewielkie kęsy. Nie był głodny, ale doskonale
zdawał sobie sprawę z tego, że jednak coś musi zjeść. Nie czuł
smaku potraw więc czuł się jakby żuł tekturę i zapijał ją
wodą. Nikomu się nie żalił i nie zamierzał. Nie był jakimś
wielkim smakoszem by to, że jego życie nagle straciło smak, w
jakiś drastyczny sposób wpłynęło na jego życie.
- Brendon? - usłyszeli wszyscy jakiś niski, ochrypły głos i razem
odwrócili się w tamtym kierunku. Przed nimi stał dość dobrze
zbudowany mężczyzna w białej koszuli i czarnych spodniach. Patrzył
z niedowierzaniem wprost na bruneta, który nienaturalnie pobladł i
zastygł w miejscu, kurczowo ściskając widelec w dłoni, zupełnie
jakby chciał nim dźgnąć w mężczyznę.
Pierwszy zorientował się Spencer i położył dłoń na kolanie
Brendona w uspokajającym geście. Brendon tylko drgnął i
westchnął, jednak nie wypuścił widelca z dłoni. W tej chwili
czuł się jakby znów miał te kilkanaście lat i był zupełnie
bezradny. Chociaż wiedział, że jest już dorosły i cały jego
strach jest irracjonalny, nie mógł nic poradzić na reakcję jego
organizmu. Bo właśnie przed nim stał mężczyzna, przez którego
miał ochotę umrzeć. Przez którego czuł się gorszy i nic
niewarty. To on sprawił, że przez długi czas Brendon nie potrafił
wyrażać swoich emocji i miał tak niskie poczucie wartości, że
właściwie nie istniało.
- Mark – powiedział w końcu, dziwiąc się swojemu tonowi głosu,
który był rozedrgany i załamywał się. Przeklął się za to w
duchu, a widząc uśmiech mężczyzny, przeklął i jego. Mark
spojrzał najpierw na Blair, która była zupełnie zbita z tropu,
nie wiedząc co się właściwie dzieje, a potem na Spencera, który
miał zacięty wyraz twarzy i wyglądał, jakby mógł się właściwie
rzucić na niego w każdej chwili.
- Dawno się nie widzieliśmy. Pozwolisz, że się przysiądę? -
powiedział i mimo niemego sprzeciwu Brendona zajął czwarte, wolne
krzesło, które stało przy stoliku, dokładnie naprzeciw Brendona.
Urie nagle poczuł nieznośny ból głowy i skrzywił się,
przykładając dłoń do skroni, co nie uszło uwadze Spencera.
- Naprawdę nie sądzę, by Brendon cieszył się z pańskiej
obecności tutaj – wysyczał Spencer, mierząc mężczyznę
wzrokiem. W myślach wypalał mu dziurę w czaszce na wylot i patrzył
jak jego mózg wypływa przez ten otwór. Miał ochotę przyłożyć
przybyszowi prosto w nos. Mark, nie zdając sobie z tego sprawy albo
ignorując niechęć, jaka biła od Spencera, uśmiechnął się do
niego.
- Dzieciak Smith'ów, co? Że też cię od razu nie poznałem. To
przez ciebie Brendon uciekł z domu, zostawiając swoją matkę i
łamiąc jej tym serce – powiedział, wciąż się uśmiechając,
ale teraz już patrząc wprost na Brendona, który czuł, że robi
się coraz mniejszy. Serce biło mu jak oszalałe i miał ochotę
rozpłynąć się w powietrzu, byleby Mark przestał. Odruchowo
spuścił wzrok i wbił go w stół. Blair, nadal nie wiedząc o co
chodzi, nieco przytłoczona tyloma nowymi informacjami, patrzyła to
na Brendona, to na Spencera. Nie wiedziała właściwie nic o
Brendonie i właśnie teraz to w nią uderzyło. Zupełnie nic nie
wiedziała.
- To nie ja go krzywdziłem – warknął Spencer, walcząc ze sobą,
by nie podnieść noża i nie wbić go w dłoń Marka, która leżała
na stole. Mężczyzna zupełnie to zignorował i spojrzał na Blair.
Dziewczyna tylko uniosła pytająco brew i spojrzała mu wprost w
oczy. Doskonale wiedziała, że tacy ludzie po prostu czują się
lepsi. Nie zamierzała odwracać wzroku tak jak zrobił to Brendon.
Chociaż patrzenie komuś w oczy jest dość trudne, zmusiła Marka
by jako pierwszy przestał się na nią patrzeć. Mężczyzna tylko
się uśmiechnął i pokręcił głową. Splótł razem swoje wielkie
dłonie i znów spojrzał na Brendona.
- Nie wyglądasz najlepiej. Czyżby życie cię skopało? Tak to bywa
kiedy się jest niedouczonym i nic niewartym uciekinierem. Albo nawet
gorzej...
- Dość!
Wszyscy spojrzeli z zaskoczeniem na Blair, która wstała, tym samym
górując nad resztą. Zmrużyła oczy i patrzyła wprost na Marka,
wystawiając w jego kierunku wskazujący palec, jakby w groźbie.
Mężczyzna tylko się uśmiechnął i też spróbował wstać, ale
dziewczyna dźgnęła go boleśnie w mostek, sprawiając, że znów
usiadł.
- Nie wiem kim ty jesteś człowieku, do kurwy nędzy, ale otwórz
jeszcze raz tą swoją parszywą japę, a osobiście roztrzaskam ci
twarz o beton – powiedziała spokojnie, patrząc na niego groźnie.
Mark jednak nie przejął się groźbami dziewczyny i łapiąc ją za
nadgarstek, wstał z miejsca. Jednak nim Spencer czy Brendon mogli
zareagować, Blair kopnęła go w krocze, a kiedy zgiął się wpół,
uderzyła kolanem w jego twarz, popychając go. Mark zatoczył się,
trzymając rękę na nosie. Przez jego palce powoli zaczynała
przeciekać krew. Wszyscy goście w restauracji patrzyli zaszokowani
na tę scenę. Łącznie ze Spencerem i Brendonem, którym szczęki
właściwie opadły do ziemi.
- Nie wiem jak wy, ale ja już nie jestem głodna – mruknęła
Blair, wciąż patrząc na swoją „ofiarę”. Mark nadal zgięty w
pół, opierał się o stolik, na który został pchnięty. Z
restauracji wyszło dwóch kelnerów. Jeden podszedł do Marka, a
drugi do Blair. Dziewczyna szybko coś powiedziała do niego po
francusku, czego chłopcy nie mogli zrozumieć, a w jej oczach
zebrały się łzy. Pomachała troszkę rękami dla większego
dramatyzmu, a potem wtuliła w Brendona. Kelner pokiwał ze
zrozumieniem głową i spojrzał z nienawiścią na Marka. Powiedział
coś do drugiego kelnera.
- Lepiej stąd chodźmy – szepnęła Blair Brendonowi, dramatycznie
pociągając nosem i ręką rozmazując sobie makijaż. Chłopcy
nadal w szoku oczywiście się zgodzili i razem szybko opuścili
restaurację.
- Może ktoś mi powiedzieć kto to właściwie był? Mam nadzieję,
że przyłożyłam właściwemu kolesiowi... - mruknęła Blair,
patrząc pytająco na chłopaków, kiedy byli już wystarczająco
daleko od restauracji, by mogła przestać udawać rozpacz.
- Po kolei. Co to było i co powiedziałaś tym kelnerom? -
powiedział Spencer, patrząc na nią nieco przestraszonym wzrokiem.
- Kurs samoobrony. Tatuś nalegał. No i powiedzmy, że Francuzi
poważnie traktują nietolerancję i przemoc wobec kobiet.
Brendon i Spencer wciąż wydawali się nieco zagubieni, a Blair się
roześmiała.
- Powiedziałam im, że to jakiś przybłęda, który zaczął
obrażać moich przyjaciół gejów, a kiedy chciałam was obronić,
podniósł na mnie rękę – Blair wzruszyła ramionami.
- Serio? Gejów? - burknął Spencer, wkładając ręce do kieszeni.
Każde z nich miało już dość.

3 komentarzy:
Czyżby Mark,to ojciec Brendona? ;) Podoba mi sie mniej slodki obraz ich podrózy,nadaje to troche smaczku :)
Ładnie, bardzo ładnie. Spencer się trochę rozerwał, w końcu. No i akcja końcowa sprawiła, że w końcu polubiłam Blair. Ma u mnie dużego plusa! :)
Za mało Spencera jak dla mnie. Ale rekompensuje to ostatnia scena. Pewnie tak jak reszta zachodzę w głowę, kim był ten Mark.
Pozdrawiam^^
Prześlij komentarz