Hej Misie!
Przed wami kolejny rozdział, troszkę mniej sensacyjny niż poprzedni. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że nie będzie tak źle i wam się spodoba :)
Indżoj!
************************
W milczeniu weszli do swojego wynajętego mieszkanka. Brendon opadł
na drewniane kuchenne krzesło i opierając łokcie o stół
ozdobiony poszarzałym obrusem, podpiera głowę rękami, zakrywając
twarz. Oddychał niespokojnie i głośno, jakby przebiegł właśnie
maraton. Ale dokładnie tak się czuł. Był zmęczony i miał dość.
Pragnął zwinąć się w kłębek i się nie ruszać. Znów czuł
się dzieckiem, znów czuł się mały i nic niewarty. A wszystko
przez jedno, głupie spotkanie. Z jego gardła wydobył się
niekontrolowany szloch, który szybko stłumił, bo przecież nie
może płakać. Nie przez niego. Nie zasłużył na to, by
poświęcać mu tyle czasu, ile zabiera płakanie. Ale mimo wszystko
łzy zbierają się pod jego powiekami i przeklina się za to, że
jest taki słaby i beznadziejny.
Blair spojrzała na niego zaniepokojona, nie wiedząc co zrobić, ale
w końcu usiadła na krześle obok i obejęła go, gładząc po
plecach. Nie wiedziała co się stało i kim był ten mężczyzna,
ale miała ochotę go odszukać i jeszcze raz mu przyłożyć, w
jakiś sposób trwale go uszkadzając. Być może wbicie jedynek
zmyłoby z jego gęby ten obleśny uśmiech, którym za każdym razem
obdarzał Brendona. Spojrzała pytająco na Spencera, ale ten tylko
pokręcił głową. Zgadła, że to był kolejny temat, na który
Brendon nie chciał rozmawiać i zapewne zabronił przyjacielowi
cokolwiek o tym mówić. Zupełnie jak poprzednio z jego chorobą. I
znów się w jakiś sposób wydało.
Kiedy Brendon przestał już drżeć od wstrzymywanego płaczu i jego
oddech nieco się uspokoił, chłopak oparł się o krzesło i
wierzchem dłoni wytarł policzki. Wyglądał żałośnie i kiedy
Blair na niego patrzyła, serce ściskało jej się z rozpaczy.
Chociaż był dorosły, teraz wydawał się bezbronny jak dziecko.
Brendon owinął ramiona wokół klatki piersiowej i westchnął,
tępo wpatrując się w stół. Wyraźnie myślami był gdzieś
indziej i ani Spencer, ani Blair nie mieli odwagi czegokolwiek do
niego powiedzieć. Chociaż Spencer wiedział o co chodzi, nigdy
właściwie nie zdawał sobie sprawy z tego jak to naprawdę wygląda.
Kiedy chłopcy ze szkoły znęcali się nad Brendonem, Spencer w
jakiś sposób był dumny, gdy każąc im przestać, dokuczanie
faktycznie ustało. Ale kiedy Brendon przyszedł kiedyś do niego po
nieobecności w szkole i z grymasem bólu schylił się po plecak,
duma Spencera szybko zniknęła. W jednej chwili znalazł się przy
przyjacielu i bez pytania o pozwolenie podwinął jego koszulkę ku
górze, odsłaniając duży, fioletowy siniak na jego brzuchu i
żebrach. Brendon wydawał się zawstydzony tym co odkrył Spencer i
czym prędzej odskoczył od niego. Był wystraszony i nieufny, więc
zaganianie go w kozi róg w niczym by wtedy nie pomogło.
Nie było go w ten dzień w szkole, a rana była dość świeża i
wtedy prawda uderzyła w Spencera jak grom, prawie zwalając go z
nóg. Dlatego zaproponował przyjacielowi by został u niego na noc,
ale Brendon szybko go zbył, tłumacząc się tym, że obiecał pomóc
mamie przy kolacji, co oczywiście było obrzydliwym kłamstwem. Ale
takie kłamstwo było lepsze od prawdy, przynajmniej Brendon wtedy
tak myślał.
Cała prawda wydała się tydzień później, kiedy Brendon siedział
na trybunach boiska, po raz kolejny unikając zajęć wychowania
fizycznego. Co chwilę poprawiał grzywkę, starając się usilnie
zakryć czoło, chociaż włosy były zbyt krótkie.
- Co się stało? - zapytał Spencer, wskazując na jego czoło,
kiedy się do niego przysiadł. Wtedy znów zobaczył panikę w
oczach Brendona i był już zupełnie pewny tego, co wcześniej już
ustalił.
- To głupota. Nie zauważyłem otwartej szafki i...
- Brendon. Nie okłamuj mnie, proszę... - powiedział, patrząc na
przyjaciela. Brendon nie patrzył mu w oczy tylko nerwowo wyłamywał
sobie palce i szarpał rękawy. W końcu westchnął i zrezygnowany
opuścił ramiona.
To było pod koniec roku szkolnego, kiedy Spencer był w ostatniej
klasie i jesienią wybierał się na studia. Nie wyobrażał sobie by
zostawić Brendona. Czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za
tego chłopaka. Dlatego zaproponował mu by pojechał razem z nim i
zostawił za sobą rodzinę, w której brakowało nie tylko
pieniędzy, ale i miłości.
To właśnie wtedy Spencer zobaczył jak Brendon się naprawdę
uśmiecha, nie tylko ustami, ale i oczami, w których migały wesołe
iskierki i mimo wszystko wiedział, że postąpił dobrze. Niedługo
po tych wydarzeniach dowiedział się od swoich rodziców, że matka
Brendona rozwiodła się z jego ojczymem.
Teraz nie rozumiał tylko jednej rzeczy.
- Co ten kutas robi we Francji? - szepnął Spencer nieświadomie,
wyrywając wszystkich z tego dziwnego otępienia.
- Dowiem się w końcu o co tak właściwie chodzi? - westchnęła
Blair, nie mogąc znieść już dłużej niewiedzy. To chyba była
ważna informacja.
- To był mój ojczym – powiedział Brendon ochrypłym głosem. A
potem opowiedział im obojgu tę historię. I oboje słyszeli ją
pierwszy raz. Brendon nigdy nie powiedział tak naprawdę Spencerowi
co działo się w jego domu. Nie powiedział, że na początku Mark
tylko go wyzywał. Aż pewnego dnia po raz pierwszy go uderzył, w
końcu się przełamując i robiąc sobie z Brendona worek
treningowy. Bił go za każdym razem gdy coś mu nie wyszło, a z
czasem nawet bez powodu. Ale to nie było takie złe. Gorsza była
przemoc psychiczna, bo koleś był mistrzem w zrównywaniu ludzi z
ziemią. Potrafił w jakiś sposób dostrzec wszystkie wady i obawy w
człowieku i w perfidny sposób wykorzystać je przeciwko niemu. I
Brendon nie mógł nic powiedzieć, bo Mark na samym początku mu
powiedział, że kara nie będzie lekka.
- Jeśli okażesz się ciotą i komukolwiek piśniesz słówko
gówniarzu, obiecuję że zatłukę ciebie i twoją matkę...
Jaki miał wybór? Milczał więc, przyjmując ciosy, modląc się by
wszystko w końcu się skończyło. Ale jakoś upragniony koniec nie
nadchodziło.
***
Kiedy wraz z Blair weszli później do ich pokoju, Brendon stanął
na środku i nie bardzo wiedząc co zrobić, włożył ręce do
kieszeni. Wcale nie był jeszcze zmęczony. Mogliby obejrzeć jakiś
film albo posłuchać muzyki albo... Albo i nie. Bo Blair miała
zupełnie inne plany. Widziała dzisiaj przestraszonego Brendona,
który nijak nie potrafił się obronić przed duchami przeszłości.
Wiedziała, że ten dzień nie był dla niego jakoś zaskakująco
dobry, a nie chciała by takie dni się zdarzały. Chciała by każdy
kolejny dzień był dla niego pozytywną niespodzianką, czymś
niezapomnianym i dobrym. Tak by mógł się uśmiechnąć wieczorem i
powiedzieć sobie, że to był dobry dzień.
Dlatego skrupulatnie zamknęła drzwi ich pokoju i odwróciła się
przodem do chłopaka, który stał nieco zagubiony na środku i
wyglądał jeszcze drobniej niż normalnie i bardziej krucho niż
zazwyczaj.
Uśmiechnęła się delikatnie i podeszła do niego powoli,
zarzucając mu ręce na szyję. Chłopak odruchowo objął ją w
pasie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Blair
przechyliła nieco głowę w bok, składając słodki pocałunek na
jego ustach, którego nie zdążył odwzajemnić, by po chwili
wędrować dłoniom po jego torsie w dół, do brzucha i z powrotem,
nieco podciągając jego koszulkę. Brendon patrzył na to co robi z
nieco zaskoczoną i zakłopotaną miną. Blair zdążyła już
zauważyć, że był niepewny siebie i tego jak wygląda. Właściwie
nie widziała go bez koszulki, poza jednym razem. Ubierał raczej
luźne ubrania i zakrywał się na różne możliwe sposoby. Dlatego
postanowiła, że dzisiaj sprawi, iż będzie się czuł naprawdę
wyjątkowo.
- Mogę? - zapytała, chwytając za rąbek jego koszulki i
podciągając ją do góry. Chłopak podniósł ręce pozwalając się
rozebrać, ale nie patrzył wtedy na nią, bojąc się jej reakcji.
Uśmiechnęła się czule, widząc jego zakłopotanie i znów go
pocałowała. - Jesteś idealny... - szepnęła, nie pozwalając mu
zaprzeczyć. Brendon wcale nie czuł się idealny. Nienawidził
swoich kości i bladej skóry. Nienawidził podłużnej blizny na
swoich plecach, której nabawił się podczas jednych z napadów
szału Marka. Nienawidził nawet niewielkiej blizny po kateterze,
która nigdy nie zdąży wyblaknąć.
Ale Blair uważała, że wszystko to czego Brendon w sobie nie lubi,
określa go jako człowieka. Bez tego wszystkiego nie byłby
Brendonem, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Dlatego później składała
delikatne pocałunki na każdym z tych znaków na jego ciele,
wywołując u niego gęsią skórkę. Nigdzie się nie spieszyli, po
prostu wzajemnie się poznawali. Brendon myślał wtedy, że nie
widział nigdy nic piękniejszego. Mleczna, miękka skóra dziewczyny
była wszystkim czego potrzebował, jej delikatne dłonie na sobie i
gorący oddech. To wszystko sprawiało, że na chwilę zapomniał o
wszystkim. Zapomniał, że kiedykolwiek się bał, że bolało, że
chciał umrzeć, że kiedykolwiek płakał, cierpiał lub nie czuł
nic. Lub wręcz przeciwnie – kiedy czuł wszystko ze zdwojoną
siłą, a to sprawiało mu wiele przykrości. Zapomniał, jak bardzo
źle się czuł, kiedy z niczym sobie nie radził, kiedy nie rozumiał
co się z nim dzieje, chociaż Spencer starał się mu wszystko
tłumaczyć. Na ten jeden, najpiękniejszy moment zapomniał, że
umiera i to było najlepsze uczucie, jakiego ostatnio doświadczył.
Dlatego później w nocy, kiedy leżeli w splątanej pościeli,
przytuleni do siebie, ze splecionymi razem nogami, trzymając się za
ręce, uśmiechał się delikatnie. Włosy Blair łaskotały go w
twarz, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Pomyślał jeszcze o
tym, że tak naprawdę zaczął żyć, kiedy jedną nogą był już w
grobie i że to jest niesprawiedliwe. Dopiero później, kiedy na
zewnątrz zaczynało już świtać, zasnął.
- Dzień dobry! - powiedział rano Spencer, witając się z Blair i
Brendonem, którzy wyszli ze swojego pokoju. Siedział przy stole i
przeglądał jakąś gazetę, a w ręce trzymał kubek z kawą. Na
stole leżały bułki i jakieś owoce.
- Siema – uśmiechnął się Brendon i usiadł przy stole. Mimo że
był zaspany, uśmiechał się pod nosem i Spencer nie mógł się
powstrzymać przed roześmianiem się. Zarówno Blair jak i Brendon
mieli poplątane włosy i wyglądali na niewyspanych, ale byli
szczęśliwi. I cóż... Spencer słyszał w nocy powód ich
dzisiejszego samopoczucia.
- Ciężka noc, co? - mruknął z złośliwym uśmieszkiem i znów
skupił się na gazecie. Blair postawiła przed Brendonem kubek, a
drugi ściskała w dłoni i usiadła tuż obok swojego chłopaka.
Brunet zmrużył oczy, patrząc na Spencera.
- Nie bądź zazdrosny... – burknął. - Przecież nie znasz
francuskiego? - zagadnął, wskazując na gazetę.
- Wyobraź sobie, że to jest po angielsku – Spencer pokazał
Brendonowi język, na co brunet się roześmiał. Zachowywali się
jak para dzieciaków, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało.
- Dzięki, kotku – Brendon cmoknął Blair w usta w podziękowaniu
za wcześniej podany mu napój. Dziewczyna uśmiechnęła się do
niego i wzięła bułkę z talerzyka, który stał tuż przed nią.
- Zrobić ci kanapkę? - zapytała, a Brendon po raz kolejny ją
pocałował, na co Blair zachichotała. Spencer tylko wyjrzał zza
swojej gazety, ale nic nie powiedział. Jednak kiedy usłyszał
kolejne zdrobnienie wypowiedziane przesłodzonym tonem i mlaskający
odgłos całusa, nie wytrzymał.
- Co jest z wami?
Blair i Brendon popatrzyli po sobie, wzruszyli ramionami i wybuchnęli
razem śmiechem.
- Długo ci to zajęło... - sapnął Brendon, trzymając się za
brzuch i biorąc głębokie wdechy, by się nieco uspokoić. - Wisisz
mi 20 dolców – mruknął do Blair, której uśmiech zniknął z
twarzy. Zmrużyła oczy i groźnie popatrzyła na Brendona, po czym
na chwilę zniknęła w pokoju. Kiedy wróciła, wcisnęła
chłopakowi pieniądze w wyciągniętą dłoń.
- Co wy odwalacie? - zapytał zdziwiony Spencer, zupełnie nie
rozumiejąc zachowania tej dwójki.
- Właśnie przegrałam zakład o to, kiedy nie wytrzymasz tego
słodkiego paplania. Przez ciebie przegrałam!
Blair wyszła z kuchni, uprzednio zabierając kanapkę z talerza
Brendona, którą mu sama wcześniej zrobiła.
- O stary... - mruknął Smith, patrząc za znikającą dziewczyną.
Brunet tylko wzruszył ramionami i wziął do ręki jabłko.
- Przejdzie jej – uśmiechnął się i ugryzł kawałek owocu.
***
Po śniadaniu wybrali się pozwiedzać Paryż, w końcu po to tutaj
przyjechali. Blair nadal była trochę nadąsana z powodu tylko sobie
znanego, jednak widocznie ze sobą walczyła, by zbyt szybko nie
przestać się gniewać. Kiedy już byli pod Wieżą Effela, Brendon
niewiele myśląc, złapał ją za rękę i zaciągnął jak
najbliżej konstrukcji. Mimo głośnych protestów dziewczyny, mocno
objął ją w talii i przyciągnął do siebie.
- Kobieto, nie opieraj się, daj mi być romantycznym! - uśmiechnął
się nieco, widząc zaskoczoną minę Shepherd. Dlatego dłużej nie
czekając aż dziewczyna znów zacznie udawać obrażoną, przycisnął
swoje usta do jej i pocałował ją. I ten pocałunek zdecydowanie
przerodził się w taki, przez który ludzie rzucają oburzone
spojrzenia, a dziadkowie cmokają z oburzeniem.
- Bez ciebie nie byłoby tak samo... - wymruczał Brendon, wciąż
mocno trzymając przy sobie Blair. Nie widział nic więcej, poza jej
zielonymi oczami i pełnymi ustami. - Dziękuję.
- Za dużo gadania, za mało całowania – burknęła Blair, zezując
w kierunku ust chłopaka. Cóż, jedną z zalet Brendona było to, że
naprawdę potrafił całować. Blair nie wiedziała jak to robił,
ale za każdym razem miękły jej kolana, a w brzuchu uaktywniało
się stado denerwujących motyli. Pomyślała nawet, że być może
się zakochała i to dlatego. Ale to było głupie i bez sensu. Blair
nigdy nie była tak naprawdę zakochana. Owszem, miała chłopaków,
ale to zazwyczaj było po prostu lubienie, przyjaźń albo jakiś
rodzaj pociągu fizycznego. Ale miłość? Skąd właściwie
się wie, że to jest właśnie te uczucie?
Później tego dnia, odpoczywali w ich wynajętym mieszkanku, głównie
z powodu Brendona, który upierał się, że nic mu nie jest. I
faktycznie, z daleka może wyglądał zupełnie normalnie i zdrowo,
jednak jego przystawanie, by rzekomo podziwiać wystawy, albo
opieranie się o Blair, dały Spencerowi jasny obraz sytuacji. Było
gorzej, chociaż Brendon i tak trzymał się lepiej, niż Smith
wcześniej podejrzewał. Właściwie kiedy Brendon był jeszcze w
szpitalu i ledwo co było go widać spod kołdry, Spencer zakładał,
że tak już będzie. Ale kiedy przerwali leczenie i wszystkie środki
w organizmie bruneta przestały działać, poprawiło mu się.
Oczywiście poprawa była złudna, choroba wcale nie zamierzała
przestać go zabijać.
Nie było więc dziwne to, że Urie zasnął właściwie od razu,
kiedy jego głowa zetknęła się z poduszką. Blair zamknęła drzwi
„ich” pokoju i zrobiła sobie oraz Spencerowi herbatę. Francuska
herbata nie była jakaś znakomita, ale było to coś, bez czego
dziewczyna nie potrafiła żyć.
- Spencer? - zagadnęła, wyrywając go tym samym z zamyślenia.
Spojrzał na nią pytająco, trzymając kubek w dłoniach. -
Pogorszyło mu się, hm? - bardziej stwierdziła niż zapytała.
Przez większość czasu starali się nie zwracać uwagi na to, że
Brendon jest chory, tak jak sam o to prosił, jednak tak nie mogło
być zawsze. Spencer pokiwał głową, potwierdzając przypuszczenia
Blair. Widział, że naprawdę zależy jej na Brendonie. Pozwalała
mu na dokuczanie i głupie żarciki, śmiejąc się za każdym razem,
nawet jeśli coś nie było zabawne. Słuchała wszystkiego co mówi,
jakby to były najciekawsze historie na świecie, chociaż w
większości były to głupie opowiastki o niczym. Po prostu była
tylko dla niego i to sprawiało, że Urie był szczęśliwy. A jeśli
on był szczęśliwy, to Spencer był również.
- Co będzie dalej? No wiesz... Nie chcę być potem zaskoczona,
albo... wystraszona.
Spencer się zdziwił. Właściwie nigdy o tym nie myślał. O tym,
że Blair będzie... do końca. Bycie obecnym przy śmierci człowieka
było czymś, czego nie życzył nikomu. Chociaż był lekarzem, sam
nie do końca rozumiał co się wtedy dzieje. Oczywiście znał
regułki, które o tym mówiły. Miał je wyryte w mózgu. I wiedział
o procesach, jakie wtedy następują w ciele człowieka. Ale człowiek
to przecież nie tylko ciało, ale i dusza. Spencer nieraz powtarzał
rodzinom pacjentów, że odchodzą do lepszego miejsca. Był
wierzący, tak było prościej. Ale Brendon twierdził, że to
głupie. Co jemu powinien powiedzieć?
- Po prostu będzie coraz słabszy – powiedział w końcu, lekko
wzdychając. - Będzie potrzebował coraz więcej odpoczynku. Aż w
końcu zaśnie...
Nagle perspektywa utraty przyjaciela spadła na jego ramiona,
utrudniając mu oddychanie i zacisnęła mu gardło, które stało
się nieprzyjemnie suche.
- Ale... Nie będzie go nic bolało, prawda? - zapytała Blair z
nadzieją. Była wyraźnie zmartwiona, ale starała się jakoś
trzymać i zachować zimną krew, mimo wszystko. Wolała wiedzieć to
już teraz, niż panikować potem. Kiedy Spencer pokręcił głową,
odetchnęła z ulgą, bo tego właśnie się bała. Że będzie
musiała oglądać Brendona wijącego się z bólu. To by mogło ją
złamać.
- Jestem lekarzem – dodał pocieszająco, przypominając sobie o
swojej apteczce w domu, która w tej chwili była wyposażona między
innymi w kilka ukradzionych ze szpitala ampułek morfiny. Cóż,
należało się temu palantowi, który zarządzał szpitalem.
Zresztą, kto by zauważył brak kilku środków przeciwbólowych?
***
Chociaż planowali dłużej zabawić w Paryżu, Brendon wydawał się
być nieco znudzony. Być może była to jego kolejna maska, mająca
na celu ukrycie innego uczucia. Nadal nie wiedzieli skąd Mark się
tutaj wziął i co to właściwie miało znaczyć. Wszyscy więc
zrozumieli, że to miasto w tej chwili nie było ulubionym miejscem
na ziemi dla chłopaka. I nikt się nie zdziwił, kiedy zechciał
stąd wyjechać. Spencer na początku chciał go przekonać do
powrotu do Stanów i szukaniu rozrywki właśnie tam, ale ustąpił
pod gniewnym spojrzeniem Brendona.
Ani Blair, ani Spencer nie wiedzieli również kiedy Brendon wyszedł
z ich wynajętego mieszkania, ale kiedy rano się obudzili, nigdzie
go nie było. Oczywiście to wywołało niemałe zamieszanie i
panikę. Urie w żadnym wypadku nie powinien wychodzić nigdzie sam.
Ale zanim zdążyli w jakikolwiek sposób zareagować, drzwi się
otworzyły i stanął w nich cały i zdrowy Brendon. No, może nie do
końca.
- Brendon? - Blair uniosła lewą brew, krzywiąc się nieznacznie.
Chłopak wciąż stał w drzwiach, chyba nieco zaskoczony widokiem
swojej dziewczyny i przyjaciela. Kołysał się na piętach, kurczowo
trzymając się klamki.
- Hmmm? - mruknął, szeroko otwierając oczy, co wyszło bardziej
komicznie niż by tego sobie życzył.
- Jesteś pijany... - burknął Spencer, odruchowo zerkając na
zegarek. Nie było jeszcze nawet 9.00 rano, a Brendon wyglądał
jakby wypił całą butelkę wódki i zapił jakimś tanim winem.
- Nawalony jak autobus do Lichenia! - poprawił go z dumą Urie i w
końcu zdecydował się zamknąć drzwi, co przez dłuższy moment
nie chciało mu wyjść. Widocznie ciągłe naciskanie klamki nie
szło dobrze w parze z zatrzaskiwaniem się zamka, ale otumaniony
umysł bruneta nie potrafił tego zrozumieć. W końcu Blair
zatrzasnęła drzwi, jednocześnie odciągając od nich Brendona,
który posłał jej tylko wdzięczny uśmiech. - No nieważne... -
mruknął w końcu, opierając się barkiem o ścianę.
- Jest 9.00 rano, a ty się już tak urządziłeś... - jęknął
Spencer, siadając przy kuchennym stole i podpierając głowę ręką.
Sam nie wiedział co o tym myśleć.
- No mówiłem, że nieważne... - powiedział niewyraźnie Brendon i
zaczął grzebać w kieszeni bluzy. Po kilku nieudanych próbach w
końcu udało mu się z niej wyciągnąć jakąś pomiętą ulotkę.
Wyciągnął ją przed siebie, prostując rękę. Blair wzięła od
niego pomięty papier i nieco go prostując, przejrzała zawartość.
Następnie spojrzała na Brendona spod rzęs, kładąc jedną rękę
na biodrze.
- Polska? - zapytała niepewnie, podając ulotkę Spencerowi.
Brendon, kiedy był wstawiony, rzadko łapał co wypada, a czego nie.
Dlatego nieco niepewnym krokiem podszedł do Blair i owijnął ręce
wokół jej talii, przytulając się do niej.
- Mhm – mruknął Brendon, opierając się czołem o jej ramię.
Dziewczyna nieco się zachwiała pod ciężarem jego ciała, które
nieco bezwładnie właśnie na niej się opierało. Poczuła jego
ciepły oddech na swojej skórze i mimowolnie przeszły ją dreszcze.
- Pączki i... pierogi. Wódka... - Brendon nadal mówił właściwie
w jej ramię, przez co jego już i tak niewyraźne słowa, stawały
się jeszcze bardziej niezrozumiałe.
- Alkoholu to ty masz chyba dość... - sapnęła Blair, nieco go od
siebie odpychając. - I powinieneś iść spać – dodała,
trzymając ręce na jego ramionach, nieco się obawiając, że
chłopak upadnie. Brendon jednak wbrew pozorom nie zamierzał upadać.
I wcale nie chciał iść spać. Dlatego znów przytulił się do
Blair, zupełnie ignorując Spencera, który był obecny przy całej
tej scenie i na pewno czuł się niekomfortowo.
- Ale ty ze mną – powiedział jak rozkapryszone dziecko, składając
niedbałe pocałunki na odsłoniętej skórze szyi dziewczyny.
Doskonale wiedział, że to na nią działa. Odkrył to ostatnio.
Blair zwyczajnie się wtedy poddawała. I podobnie było tym razem,
gdyż na chwilę przestała go od siebie odpychać i zamarła,
oddając się przyjemności.
Dopiero po chwili naprawdę go odepchnęła, przypominając sobie o
Spencerze, który tylko uśmiechał się, patrząc na nich kątem
oka. Blair skarciła Brendona spojrzeniem, przy okazji również
zerkając na Smith'a, rumieniąc się z zakłopotania.
- No co? - powiedział Brendon do Spencera, który wciąż się
tajemniczo uśmiechał, wyglądając na bardziej rozbawionego niż
zakłopotanego. I faktycznie bawił go widok Brendona, który
zachowuje się jak napalony nastolatek. Spencer potrząsnął głową,
a jego uśmiech mimowolnie się poszerzył.
- Jesteś napalony jak Jacob w czwartej części „Zmierzchu” -
zachichotał Spencer, wyraźnie rozbawiony swoim porównaniem.
Brendon wyraźnie poczuł się urażony porównaniem do wilkołaka.
Warknął na przyjaciela, nieco czerwieniąc się ze złości, przez
co wyglądał jak uroczy, rozjuszony szczeniaczek. Wydawał się być
nawet bardziej trzeźwy niż przed sekundą. Patrzył spod zmrużonych
powiek na Spencera, prawdopodobnie próbując go zabić wzrokiem.
- Przynajmniej nie mam testosteronu na poziomie wczesnego Biebera! -
powiedział w końcu, a to przeważyło szalę i Spencer już
zupełnie się roześmiał, co jeszcze bardziej zdenerwowało
Brendona. Blair starała się nie roześmiać, ale ta niewinna
sprzeczka chłopaków, która przypominała starcie chłopców z
podstawówki, wydawała się naprawdę zabawna. Mimo wszystko
ograniczyła się do półuśmiechu i zagryzienia wargi.
W końcu Spencer się uspokoił i wycierając łzy rozbawienia z
kącików oczu, wstał z krzesła. Brendon nadal wydawał się nieco
obrażony, ale bardziej wyglądało jakby starał się utrzymać
dobrą minę do złej gry, niż faktycznie boczył się na
przyjaciela.
- Dobra dzieciaki – powiedział Spencer, nie mogąc się
powstrzymać. - To ja w takim razie pójdę zobaczyć tą twoją...
Polskę, dobrze?
Brendon pokiwał głową, ciesząc się, że jego spontaniczna
propozycja właściwie została już przyjęta. Nawet sam nie
pamiętał skąd mu to przyszło do głowy i skąd wziął ulotkę.
Kiedy Spencer wyszedł, Brendon znów skupił swoją uwagę na Blair,
która jednak tym razem nie poddała się tak łatwo sztuczkom
chłopaka.
- Najpierw mój drogi, powiesz mi gdzie byłeś – powiedziała,
patrząc na niego groźnie, dając mu tym samym do zrozumienia, że
nie ma innego wyjścia. Brendon jęknął żałośnie, prawie tupiąc
nogą. Czasami faktycznie zachowywał się jak rozkapryszony
dzieciak.
- No ale Blaaaaaaair... Nie możemy potem? - przygryzł dolną wargę
i zrobił minę szczeniaczka, która mimo iż nieco rozpuściła lód
na sercu dziewczyny, nie do końca podziałała. Blair pokręciła
głową i przysunęła się do chłopaka, ciągnąc go nieco za
koszulkę, by się pochylił.
- Im szybciej mi powiesz... - mruknęła, skradając mu szybkiego
całusa i przysuwając się jeszcze bliżej chłopaka, tak że teraz
stykali się ze sobą klatkami piersiowymi.
Nie trzeba chyba dodawać, że Brendon dość szybko powiedział
Blair, że był w pobliskim barze, gdzie jedno piwo zamieniło się w
dwa, ewentualnie siedem. Na pytanie dlaczego wyszedł sam, w nocy,
bez powiedzenia im o tym, nie potrafił podać jednoznacznej
odpowiedzi, ale było to coś między nudą a potrzebą poczucia
malutkiego dreszczyku adrenaliny.

3 komentarzy:
Ta,wiedzialam,że w końcu wyladuja w Polsce ;) tam to dopiero beda mogli sie porzadnie napic. Szkoda mi takiego chorutkiego Brendona,ale cóż,na tym sie opiera cala historia;)
Aah, też wiedziałam, że wylądują w Polsce, w końcu nie ma to jak polskie pączki, prawda PanicGirl? :D Tylko mam nadzieję, że wybiorą Kraków zamiast Warszawy ;; i standardowo i hope that later will be better.
Naprawdę podoba mi się to opowiadanie!
Znalazłam je przez przypadek, ale jest świetne.
Mam nadzieję, że nie przestałaś go pisać, bo ostatni rozdział dodałaś miesiąc temu :/
Czekam na nowy!
Pozdrawiam! ;)
Prześlij komentarz